logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Zawsze trzeba się upierać przy prawdzie

Czwartek, 22 kwietnia 2021 (20:34)

Z Krzysztofem Wyszkowskim, współtwórcą i byłym działaczem Wolnych Związków Zawodowych, członkiem Kolegium IPN, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Sąd Najwyższy – Izba Kontroli Nadzwyczajnej Sądu Najwyższego – rozstrzygnęła spór z Lechem Wałęsą na Pana korzyść. Czuje Pan satysfakcję?

– Nie ukrywam, że miałem nadzieję na takie korzystne dla mnie rozstrzygnięcie. Dlatego czuję wielką satysfakcję, wielką radość, a jednoczesne wielką ulgę, że po tylu latach prawda się sama obroniła. Muszę przyznać, że cały ten proces, cały ten czas – już nie wspominając o finansach – kosztował mnie bardzo, bardzo dużo. Przede wszystkim był to ogromny wysiłek psychiczny, obciążenie, i choć w jakimś sensie się przyzwyczaiłem do tej sytuacji, to jednak sprawa ta pozostawiła trwałe ślady. Doświadczyłem też wiele przykrości ze strony medialnych liderów komercyjnych mediów, które bezpodstawnie okrzyknęły mnie kłamcą. Mam nadzieję, że to się teraz skończy, bo te przykrości dotyczyły i dotykały nie tylko mnie samego, ale również moją rodzinę. Liczę na to, że teraz otwiera się nowy okres w moim życiu, bo przypomnę, że poza 16 latami sporów sądowych z Lechem Wałęsą, miałem też trwający 10 lat spór z Tadeuszem Mazowieckim oraz z Krzysztofem Skubiszewskim czy chociażby z Urzędem Ochrony Państwa. Tak czy inaczej mam nadzieję, że epoka Sodomy i Gomory w sądach III Rzeczypospolitej się skończyła i teraz zaczniemy iść prostą drogą sprawiedliwości.

W uzasadnieniu Sąd Najwyższy stwierdził, że w interesie społecznym i dobra opinii publicznej leży prawo każdego obywatela do mówienia prawdy…

– Każdy jest zobowiązany do mówienia prawdy i życia w prawdzie. Te słowa uzasadnienia oznaczają ni mniej, ni więcej, że każdy obywatel ma obowiązek mówić prawdę, a państwo – także sądy – mają obowiązek realizować sprawiedliwość, jeśli za mówienie prawdy kogoś dotyka krzywda. Wyrok sądu apelacyjnego nakazujący mi przeproszenie Lecha Wałęsy był wobec mnie głęboko krzywdzący i upokarzający. Dlatego dzisiaj tym bardziej jestem zbudowany postawą Sądu Najwyższego.

Chodź wyrok zapadł w 2011 roku, to jednak nie wykonał Pan postanowienia Sądu Apelacyjnego w Gdańsku i nie przeprosił Wałęsy. Dlaczego? Wierzył Pan w sprawiedliwość?

– Zakładałem Wolne Związki Zawodowe, później NSZZ „Solidarność” i pod groźbą puszczenia mnie w skarpetkach – jak mawiał Lech Wałęsa – pod presją wyroków postkomunistycznych sądów miałem kłamać? Sumienie mi nie pozwalało, dlatego uznałem, że niech się dzieje wola Boża, najwyżej niech stracę mieszkanie i wszystko, ale nie przeproszę, bo nie będę kłamać. Jestem już starym człowiekiem, kieruję się w życiu pewnymi zasadami, dlatego nie mogłem się zgodzić na taki wyłom. I wygrałem. Okazało się, że upór, konsekwencja, trwanie przy prawdzie, obrona uczciwości i zasad – nawet po latach zwyciężają. Oczywiście kosztów psychicznych, finansowych nikt mi dziś nie wróci, ale uważam, że mimo tych wszystkich bolesnych doświadczeń jednak było warto. Zawsze trzeba się upierać przy prawdzie.

Zastanawiam się, skąd ten upór Lecha Wałęsy, który wytaczał Panu kolejne procesy? Musiał mu Pan dobrze zajść za skórę…

– Myślę, że było odwrotnie, nigdy nie byłem wrogiem Wałęsy. Lech Wałęsa powinien pamiętać, że kiedyś, w 1978 roku, przyszedł do mnie, proponując współpracę z Wolnymi Związkami Zawodowymi. Otoczyłem go – rzec można – opieką, później go nawet broniłem przed zarzutami, że był agentem bezpieki. Osobiście, jednoosobowo przeciwstawiałem się Kuroniowi, Borusewiczowi, którzy zaraz po strajku sierpniowym żądali, aby ogłosić, że Wałęsa był agentem i usunąć go z funkcji przewodniczącego Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego. Także później wspierałem go i namówiłem – wręcz przymusiłem – do kandydowania na prezydenta Rzeczypospolitej. Nie wiedząc wówczas jeszcze, że był agentem bezpieki, oczekiwałem, że osoba Lecha Wałęsy pomoże obalić Jaruzelskiego. Jednak później, kiedy się dowiedziałem, kiedy były dowody, to miałem poczucie – wręcz obowiązek – żeby pokazać prawdę o Wałęsie.

A czy ze strony Lecha Wałęsy oczekuje Pan jakiegoś gestu?

– Nie sądzę, żeby Lecha Wałęsę było stać na coś takiego. Przyznam, że mam dużo współczucia dla tego człowieka, którego przed laty obserwowałem z bliska, opiekowałem się nim, a później forsowałem jego kandydaturę na prezydenta Rzeczypospolitej. Myślę, że Lech Wałęsa sam ze sobą powinien stanąć w prawdzie, bo wszystkie kłamstwa notorycznie powtarzane zaprowadziły go w ślepy zaułek. Jednakowoż tu nie chodzi tylko o samego Lecha Wałęsę, ale winni są też ludzie, którzy używają go do walki de facto z Polską, z prawdą, z godnością narodową. Dlatego właściwie nie należy już niczego oczekiwać od Wałęsy, ale raczej od ludzi, którzy go bronią, i to dopiero jest hańba. Uważam, że ci ludzie powinni poczuć się winni tego, że pomogli Wałęsie tak nisko upaść.

Tym bardziej trudno to zrozumieć w sytuacji, kiedy z dokumentów IPN jasno wynika, że w latach 70. Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie „Bolek” i za pieniądze donosił na swoich kolegów…

– Dokładnie. Już nie można wyraźniej tego określić, skoro są oryginały jego donosów, pokwitowania odbioru pieniędzy. Zresztą potwierdzają to też jego koledzy z Wydziału W-4 Stoczni Gdańskiej, którzy już wtedy wiedzieli, że Wałęsa był szpiclem. Ta sprawa jest już absolutnie rozstrzygnięta i tylko ludzie wrogo ustosunkowani do Polski, doprawdy działając w złej wierze, mogą dzisiaj twierdzić, że nie wierzą w agenturalną przeszłość Lecha Wałęsy. Oczywiście prawda o Wałęsie jest nie na rękę także obcej agenturze, piątej kolumnie z zagranicy, która ciągle – niestety – funkcjonuje w naszym kraju, jest obecna nie tylko w lewicowych czy wręcz lewackich środowiskach politycznych, ale także w niektórych mediach, które są na usługach obcych.  

Komentując decyzję Sądu Najwyższego, powiedział Pan, że haniebna przeszłość odchodzi na swoje miejsce…

– Myślę, że narracja przyjęta wcześniej przez sądy była upokarzająca – nie tylko dla mnie. Byłem krytykiem Okrągłego Stołu, ale mimo to uznawałem realia III Rzeczypospolitej, zmiany konstytucyjne. Natomiast sytuacja, kiedy jeszcze w latach dziewięćdziesiątych byłem ścigany przez Urząd Ochrony Państwa, przez prokuraturę, przez sądy – przypomnę tylko 10 lat procesu, akty oskarżenia wobec mojej osoby, później procesy z Lechem Wałęsą, których było wiele, to wszystko pokazuje, że instytucje państwa działały przeciwko mnie. Proszę mi wierzyć, że to było coś okropnego, co sprawiało, że niektórym mogło się zrodzić w głowie pytanie – czy żyjemy w wolnej Polsce, czy Polska jest krajem niepodległym, czy nie jest, sądy są niezależne i niezawisłe, czy może zawisłe od różnych ludzi związanych z postkomuną, którzy chcą wpływać na werdykty? W tym sensie były to także niełatwe dla mnie lata, powiedziałbym, nawet pewnego cierpienia, poczucia upokorzenia i odbierania godności. Ale był to też czas odbierania godności państwu i polskiemu społeczeństwu. Tak to odczuwałem i dlatego uważałem, że mam nie tylko prawo, ale również obowiązek opierać się temu całemu systemowi i świadczyć o prawdzie. Nie mogłem przystać na to, żeby godność państwa polskiego i społeczeństwa była szargana i poniżana. Dziś – tym wyrokiem – ta smutna przeszłość odchodzi, a jej miejsce zajmuje prawda. Wyrok pokazuje, że sprawiedliwość w Polsce istnieje.    

           Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl