logo
logo

Zdjęcie: ipn.gov.pl/ Internet

Nie ulegnę homodyktatowi

Poniedziałek, 11 lutego 2013 (02:02)

Aktualizacja: Poniedziałek, 11 lutego 2013 (02:02)

Z prof. Stefanem Zawadzkim z Wydziału Historii Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, sygnatariuszem listu naukowców z Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego występujących w obronie poseł Krystyny Pawłowicz, rozmawia Anna Ambroziak

 

 

Stał się Pan celem niewybrednych ataków grupki chuliganów, która postanowiła zadbać o tolerancję na uczelni, oplakatowując drzwi do Pańskiego gabinetu afiszami z napisami: „Zawadzki przeciw pedalstwu” i „Pedały do gazu”. Pojawiły się również swastyki.

– To była grupka trzech lub czterech osób, które z całą pewnością – jeśli to są rzeczywiście studenci – nie są wyrazicielami odczuć ani nie są formalną reprezentacją młodzieży akademickiej. To pewne. Spotkałem się z wieloma wyrazami sympatii przekazywanymi zarówno w rozmowie bezpośredniej, telefonicznej, jak również w formie e-maila – w tym przypadku z całej Polski. Cała sytuacja i agresywność zachowań sprawiają przykrość, ale to zdarzenie przyjmuję ze stoickim spokojem z bardzo prostego powodu – w podpisanym przeze mnie oświadczeniu AKO w obronie pani prof. Pawłowicz nie ma nic, co można uznać za obraźliwe. Trzeba złej woli, by doszukać się takiej intencji sygnatariuszy oświadczenia. Nagonkę na mnie wiążę nie tylko z faktem, że jestem wiceprzewodniczącym AKO i sygnatariuszem oświadczenia.

Co Pan ma na myśli?

– Niedawno udzieliłem wywiadu-komentarza do naszego oświadczenia lokalnej telewizji WTK w Poznaniu. Młody – wydawałoby się – rzetelny dziennikarz zmanipulował jednak moją wypowiedź.

W jaki sposób?

– Z pierwszej części mojej wypowiedzi wyrwał dwa, trzy słowa o tym, że skłonności homoseksualne można leczyć. Tak, to niezbity fakt. W gabinetach lekarzy, lekarzy-seksuologów leczą się tacy pacjenci. Istota mojej wypowiedzi dotyczyła jednak czegoś innego, a mianowicie sprzeciwu wobec dążenia do przyznania związkom homoseksualnym praw małżeństw oraz sprzeciwu wobec nagonki na panią prof. Pawłowicz. Na koniec wskazałem na nieuczciwość pani dr Kozłowskiej-Rajewicz, która stwierdziła, że wśród sygnatariuszy oświadczenia nie ma kompetentnych badaczy. Tymczasem przynajmniej kilku było jej nauczycielami podczas studiów biologii na UAM, a jeden spośród nich to wybitny europejski uczony, badacz ewolucji, uhonorowany za te badania przez niemiecki uniwersytet doktoratem honoris causa. Podkreśliłem, że słowo „anomalia” zostało użyte świadomie, dodam, z szacunku dla tych, którzy borykają się z tym problemem. Podkreśliłem wreszcie, że anomalia to odstępstwo od normy, słowo opisujące fakt, a nie wartościujące. Wszystkie te elementy zostały celowo pominięte, by ukazać mnie w jak najciemniejszych barwach.

Jednak WHO wykreśliła homoseksualizm z listy chorób.

– To prawda. Jeśli homoseksualizm to nie choroba, to czego osoby z takimi problemami poszukują w gabinetach lekarzy? Proszę zauważyć, że aby rozpocząć leczenie, musi pojawić się wola samego zainteresowanego. Przede wszystkim musi on sam uznać, że homoseksualizm jest anomalią, nierzadko nabytą na skutek swobody seksualnej, że pewne doświadczenia mogą prowadzić do homoseksualizmu. Można je leczyć, ale jest to sfera ludzkiej intymności i każda tego rodzaju decyzja powinna zostać podjęta w sposób autonomiczny.

We wspomnianym wywiadzie podkreśliłem ponadto, że widzę różnicę między tzw. tolerancją tego zjawiska a jego akceptacją. Cały problem polega dziś właśnie na tym, że transseksualiści oraz homoseksualiści próbują wymusić na społeczeństwie akceptację, powiem więcej – dążą do afirmacji swojej orientacji, lansując wzorce, których nie powinno się promować. Jeśli ktoś uznaje to rozróżnienie za obraźliwe, to niestety, ale nic nie mogę na to poradzić.

Jak się Pan dowiedział o całej tej akcji plakatowej?

– Do całego zdarzenia doszło w miniony wtorek. Nie było mnie wtedy w gabinecie – jest okres sesji, normalnie w tym dniu mam seminarium, które na okres sesji jest zawieszone. Kończyłem pilnie tekst, a następnego dnia rano wyjeżdżałem do Warszawy. I tego właśnie chyba ci młodzi ludzie nie wiedzieli. O wszystkim poinformował mnie pan dziekan, sugerując, abym nie przychodził. Rzeczywiście, po chwili wahania, uznałem, że szkoda tracić czas, który warto przeznaczyć na ważniejsze sprawy. Jestem gotowy rozmawiać, ale tylko z tymi, którzy chcą rozmowy na argumenty, nie na inwektywy. Wiem, że grupa zapowiadała przyjście pod drzwi mojego gabinetu w piątek. Teraz słyszę, że mają mnie odwiedzić dzisiaj.

Co Pan teraz zamierza zrobić ?

– Zachowuję spokój. Mogę zmieniać poglądy pod wpływem argumentów, niestety z ust i graffiti tych młodych osób one nie płyną. Ta metoda oddziaływania na mnie nie ma szans powodzenia. Już raz próbowano zmusić mnie do nieetycznych działań, gdy na studia doktoranckie zgłosił się pan mgr Paweł Zyzak. Próbowano wywrzeć na mnie i na komisję, której przewodziłem jako kierownik studium doktoranckiego, nacisk, by utrącić tego kandydata, bo nie podobały się wyniki jego badań zawarte w opublikowanej wcześniej książce o byłym prezydencie Lechu Wałęsie. Nie robiło to na mnie większego wrażenia. Dziś z czystym sumieniem mogę stwierdzić, iż braliśmy pod uwagę wyłącznie jakość projektu oraz to, że nikt nie wykazał, iż w swojej pracy magisterskiej pan Zyzak nie dochował norm obowiązujących badacza, którego celem musi być tylko jedno: dociekliwe poszukiwanie prawdy. Organizatorzy obecnej akcji poszli, niestety, krok dalej, bo trudno określić obecną akcję inaczej niż jako formę psychologicznego terroru. Wobec mnie ta metoda jest pozbawiona szans na jakikolwiek sukces. Próżny trud.

Jakiej reakcji władz uczelni się Pan spodziewał?

– Zdecydowanej, tymczasem do dziś brak jakiejkolwiek reakcji ze strony pana rektora prof. dr. hab. Bronisława Marciniaka. Z żalem stwierdzam, że jestem tym mocno rozczarowany, odnosiłem się do jego wyboru z dużą dozą sympatii. Muszę obiektywnie przyznać, że od czasu, kiedy z woli społeczności akademickiej kieruje uczelnią, zdecydowanie lepiej funkcjonuje biblioteka uniwersytecka, choć nie chciałbym w najmniejszym stopniu dezawuować pracy dyrektora i innych pracowników biblioteki. Dla humanisty jest to niesłychanie ważne. Spodziewałem się, że wobec takich chuligańskich ekscesów pan rektor wyda stosowne oświadczenie lub zareaguje w inny stosowny wobec mnie i młodzieży sposób.

Rektor Bronisław Marciniak wydał już oświadczenie, w którym odżegnuje się od listu AKO.

– Nigdy nie twierdziliśmy, że stanowisko Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Lecha Kaczyńskiego w Poznaniu jest stanowiskiem władz uczelni. Stanowczo podkreślam, iż nie ma ku temu żadnych podstaw. Mam wrażenie, że pan rektor nie zdaje sobie sprawy ze skutków swojego oświadczenia. Przy braku reakcji na działania owej grupki osób ci nierozważni młodzi ludzie – którzy dali dowód swej niedojrzałości – mogą odczytać to jako przyzwolenie na takie działania. Ten brak symetrii: szybka, zbędna reakcja na oświadczenie AKO i brak reakcji na naruszanie godności profesora uczelni (swastyka na drzwiach mojego gabinetu) budzi moje najwyższe zdumienie. Natomiast muszę podkreślić, że spotkałem się z wyważoną, lecz stanowczą reakcją dziekana wydziału historycznego prof. Kazimierza Ilskiego oraz spokojną i dyskretną reakcją dyrektora Instytutu Historii prof. Józefa Dobosza, a także kierownika administracyjnego budynku. Cała ta trójka zachowała się – w moim przekonaniu – tak jak powinna. Rozmawiali z tymi młodymi ludźmi, zwracając uwagę na niestosowność ich zachowania. Zdjęto kartki z wulgarnymi napisami, które przylepiono do drzwi mojego gabinetu. Drzwi umyto. Chciałbym tu zaznaczyć, że osobiście tych napisów nie widziałem i – prawdę mówiąc – nie byłem tym specjalnie zainteresowany. Wystosowałem do władz uczelni list, w którym stanowczo podkreśliłem, że ja i moi studenci mają prawo do spokoju oraz poczucia bezpieczeństwa, którego mnie pozbawiono, oraz że próbuje się mnie pozbawić godności i psychicznie sterroryzować. Nie mam też żadnej pewności, czy tego typu postawa nie wygeneruje takiej sytuacji, jaka miała miejsce w Łodzi.

Ma Pan na myśli zabójstwo Marka Rosiaka? Obawia się Pan o swoje życie?

– Tak. Przypomnijmy, że nagonka na PiS doprowadziła do mordu z motywów politycznych.

Chuligańskie wybryki nie ograniczyły się do obraźliwych napisów na drzwiach, jest również szkalujący Pana film. Studenci, ukrywający się pod nazwą „Akcja homoterapia”, zapowiadają też ataki na kolejnych sygnatariuszy apelu. Czy rozważa Pan podjęcie kroków prawnych wobec tych brutalnych wobec Pana działań?

– Przysłano mi nawet ten film, ale go nie oglądałem. Jest mi bardzo przykro z powodu całego tego zajścia. Ale chcę tu stanowczo podkreślić, że tego typu działania mnie nie upokarzają. W moim głębokim przekonaniu ci młodzi ludzie upokorzyli samych siebie. A co do ataków na kolejnych sygnatariuszy listu – tak dużo niektóre grupy mówią dziś o faszyzacji życia – to jest właśnie znakomity objaw faszyzacji i terroru wymierzonego w ludzi inaczej myślących. Chciałbym jednak z całą stanowczością podkreślić: ci młodzi ludzie nie są moimi przeciwnikami. Jeśli czuję ogromny niesmak, to tylko dlatego, że ktoś ich tak ukształtował.

Procesowanie się ze studentami – jeśli to są studenci – uwłaczałoby mojej godności i powinności profesora. Moją rolą jest uczyć ich sporu na argumenty. Z jednym wyjątkiem. Gdyby w najmniejszym nawet stopniu dopuścili się działań o charakterze fizycznym lub ograniczającym swobodę poruszania się, będę bezwzględny i wówczas podejmę wszelkie kroki prawne.

Traktuje Pan tych młodych ludzi jako ofiary indoktrynacji grupki Janusza Palikota?

– Właśnie tak. Są to ofiary pewnego wychowania. Muszą mieć mistrza, który ich w taki sposób ukształtował. To jego/ich wychowankowie, ponoszą za te działania pełną moralną odpowiedzialność.

Nie spodziewa się Pan chyba, że te osoby byłyby w stanie wejść w rzeczową polemikę z Panem?

– Ale ja jestem otwarty na wszelką merytoryczną dyskusję. Chciałbym też zaznaczyć, że w wywiadzie, o którym wcześniej wspomniałem – a co nie zostało wyemitowane – zaznaczyłem, że skoro osoby, które uważają, iż pani profesor Pawłowicz przekroczyła dopuszczalną normę językową, powinny też reagować na wystąpienia byłego wicemarszałka Sejmu pana Stefana Niesiołowskiego. Można byłoby też przytoczyć liczne „wystąpienia” pana Palikota i jego niewybredne, ohydne działania pod adresem śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, także po jego śmierci. Chcę też podkreślić jedno: jestem pełen współczucia dla osób, które zostały dotknięte anomalią, jaką jest homoseksualizm.

Sejmową wypowiedź pani prof. Pawłowicz wypaczono – mówiła ona o jałowości związków jednopłciowych w tym sensie, że osoby te nie mogą mieć potomstwa. To podnosiliśmy w oświadczeniu. Z punktu widzenia ewolucji homoseksualizm jest anomalią. Najważniejszym zadaniem każdego gatunku jest przekazanie genów następnemu pokoleniu. Stanowi ono motor ewolucji i podstawę istnienia gatunku. Absurdalność polega na tym, iż nikt nie zagląda i nie chce takim parom zaglądać do łóżka. Mówiąc żartobliwie, parady miłości to forma wystawiania tego łoża na widok publiczny. Istotą sporu jest żądanie przyznania tym związkom praw zastrzeżonych dotąd dla małżeństw, a to tylko dzięki nim rodzą się nowe pokolenia.

Minister Kozłowska-Rajewicz określiła oświadczenie AKO mianem „steku bzdur”. Jej zdaniem, „od dawna wiadomo, że ewolucja nie ma żadnego celu, a gatunki – zadań” i że odbieracie godność parom bezpłodnym.

– Jeśli przyroda nie wytwarza żadnych praw, to co bada nauka? To jakieś kuriozalne i nielogiczne stwierdzenia. Natomiast bezpłodność małżeństwa: kobiety i mężczyzny, to nie wybór – to los, zresztą bardzo dotkliwy. Związki homoseksualne są bezpłodne z natury rzeczy. Porównywanie osób bezpłodnych do homoseksualistów to zwykła manipulacja, bo bezpłodność nie wynika z decyzji człowieka. Tymczasem badania dowodzą, że – choć oczywiście nie wszyscy – wielu homoseksualistów świadomie wybrało swoją orientację. A przy okazji gratuluję pani minister eleganckiego języka w znanej już mowie miłości. Przemawia przez nią rozum w czystej postaci: „Panowie profesorowie, zamknijcie się: Pani poseł orzekła, koniec dyskusji!”.

Dziękuję za rozmowę.

 

Stefan Zawadzki, prof. zw. UAM, organizator i kierownik Zakładu Historii Starożytnego Wschodu, badacz dziejów starożytnej Mezopotamii, autor pięciu książek (dwóch w j. angielskim, przy czym ostatnia doczekała się 13 pozytywnych recenzji, w tym 10 zagranicznych) i prawie 120 artykułów publikowanych w renomowanych międzynarodowych czasopismach naukowych. Laureat programu Mistrz Fundacji na rzecz Nauki Polskiej w 2002 r., laureat nagrody ministra nauki i szkolnictwa wyższego za wybitne osiągnięcia w badaniach na rzecz rozwoju nauki w 2007 r., w 2011 r. uhonorowany Medalem Uniwersytetu Szczecińskiego.

Anna Ambroziak

Nasz Dziennik