Wycofywanie się wojsk rosyjskich z anektowanego Krymu łagodzi napięcie, ale czy rozwiązuje problem?
– Oczywiście, że nie rozwiązuje to problemu, który nie polega tylko na ekspansjonistycznej polityce Federacji Rosyjskiej, ale również na trwającym trzy dekady – od powstania niepodległej Ukrainy – głębokim kryzysie tego państwa, co władze na Kremlu skrzętnie wykorzystują. To wszystko sprawia, że oligarchiczna Ukraina nie jest w stanie skutecznie przeciwstawiać się na forum międzynarodowym działaniom destabilizacyjnym ze strony Rosji.
Z czym zatem mieliśmy ostatnio do czynienia, czy było to – jak słyszymy – sprawdzanie gotowości rosyjskiej armii?
– Była to demonstracja siły, która miała na celu pokazanie, że to Rosja jest reżyserem w tym regionie, że rozdaje karty. Celem tych działań było także wymuszenie na Ukrainie podjęcia negocjacji nie tyle z Federacją Rosyjską, co z władzami republik w Doniecku i Ługańsku. Podkreślił to zresztą sam prezydent Putin w odpowiedzi na gotowość do rozmów wyrażoną przez prezydenta Zełenskiego. Tym samym Ukraina w pewnym stopniu legitymizowałaby istnienie tych enklaw państwowych. Dlatego też Putin odpowiedział na zaproszenie prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego. Na razie cele te nie zostały zrealizowane, ale był to pierwszy krok w grze prowadzonej przez Putina. Rosja wycofuje wojska z granicy z Ukrainą, ale warto przypomnieć, że we wrześniu planowane są przy granicy z Ukrainą kolejne manewry wojskowe „Zapad 2021”.
Czy interwencja rosyjska na Ukrainie była realna i czy ten problem już za nami? Putin nie robi kroku wstecz, żeby za chwilę pójść kilka kroków do przodu?
– Z całą pewnością celem Rosji nie była inwazja wojskowa na Ukrainę. Działania Moskwy są bardziej subtelne i długofalowe. Moskwa doskonale zdaje sobie sprawę, że bezpośrednia akcja militarna uderzyłaby również w dalekosiężne plany Rosji.
Eksperci – w tym również Pan – przekonują, że Putin testuje nową administrację amerykańską, tyle że jaki to ma sens?
– Prezydent Putin doskonale wie, że konflikt wywołany aneksją Krymu nie ma większego wpływu na dwustronne stosunki amerykańsko-rosyjskie. Dla Waszyngtonu Moskwa jest bardzo ważna w pierwszej kolejności z uwagi na globalną rywalizację Stanów Zjednoczonych z Chinami. Obaj przywódcy: amerykański i rosyjski, mają tego świadomość.
Nie ulega wątpliwości, że przez kilka ostatnich tygodni mieliśmy do czynienia z wojną nerwów. Kto dzisiaj jest wygranym?
– Przede wszystkim Władimir Putin, który krok po kroku osiąga swoje cele. Jego kalkulacje, że może sobie pozwolić na wiele, po raz kolejny się potwierdziły. Proszę zwrócić uwagę, że Stany Zjednoczone bardzo szybko wycofały się z zapowiedzi skierowania swoich okrętów w rejon wybrzeża Morza Czarnego. Przecież nie trzeba było być amerykanistą, żeby przewidzieć, że tak się stanie. Z drugiej strony również Niemcy i Francja apelowały o deeskalację konfliktu, co nastąpiło. Co więcej, Niemcy potwierdziły, że mimo własnych aspiracji związanych z ekspansją gospodarczą na Ukrainie i Białorusi, uznają, że kraje te stanowią rosyjską strefę wpływów. Zapewne związane jest to z kalkulacją, że współpraca Berlina i Moskwy przyczyni się do nieformalnego podziału wzajemnych interesów i wpływów na tym obszarze.
Co tak naprawdę kombinuje Putin, co szykuje Moskwa?
– Putin konsekwentnie realizuje cel polityki rosyjskiej, jakim jest utrzymanie protektoratu nad Ukrainą i Białorusią. To polityka mocno ugruntowana w tradycji Moskwy od XVI wieku poprzez politykę rosyjskiego imperium carskiego i sowiecką. Oczywiście zmienia się świat, zmieniają się także uwarunkowania geopolityczne, ale kierunek ekspansji rosyjskiej, nie tyle militarnej, ile politycznej i ekonomicznej, nie uległ zmianom.
Słyszymy, że napięta sytuacja na granicy rosyjsko-ukraińskiej niepokoi opinię światową, ale czy polityka Sachodu wobec Moskwy jest skuteczna i czy jest coś, co zmusiłoby Putina do refleksji i rezygnacji z dążenia uczynienia Ukrainy – jak Pan zaznaczył – strefą swoich wpływów?
– Tylko głęboki kryzys gospodarczy i demograficzny, problemy narodowościowe, w tym związane z wewnętrznym umacnianiem się islamu, mogą radykalnie zmienić sytuację. W dającym się przewidzieć horyzoncie czasowym scenariusz taki nie wydaje się jednak realny. Ponadto sprowadzanie ekspansjonistycznej polityki Rosji tylko do osoby Władimira Putina jest daleko idącym uproszczeniem. Wielu ekspertów zachodnich zwraca uwagę, że Rosja, na przykład pod rządami uwięzionego opozycjonisty Aleksieja Nawalnego (co jest oczywiście rozważaniem czysto teoretycznym), nie zmieniłaby swojej polityki, nie stałaby się państwem, które wpisałoby się w opcję euroatlantycką. I nie jest to związane, jak zauważa wielu ekspertów, z nacjonalizmem, a nawet myśleniem imperialistycznym, ale ma to związek z trwałym kierunkiem polityki zewnętrznej Rosji, wciąż mającej aspiracje odgrywania roli trzeciego Rzymu. Kluczem do reorientacji polityki Moskwy mogą być relacje z Polską. Normalizacja stosunków między Warszawą a Moskwą leży w interesie obydwu tych państw, ale przede wszystkim w interesie stabilizacji na obszarze Europy Wschodniej. Warunkiem tej normalizacji jest uznanie przez Rosję faktu, że Polska jest krajem suwerennym, który ma prawo do prowadzenia własnej polityki zagranicznej.
Tak czy inaczej wydaje się, że nie tylko Putin jest problemem, ale także postawa Berlina, który de facto wspiera Putina. Może należałoby postawić Niemcy do pionu i doprowadzić do zatrzymania projektu Nord Stream?
– Niemcy prowadzą skuteczną, wielowymiarową politykę międzynarodową. W tym z największymi graczami – Stanami Zjednoczonymi, Chinami i Rosją. Żadne z mocarstw nie jest zainteresowane polityką konfrontacji z Niemcami, ale również z Rosją.
Czy Moskwa jest rzeczywiście potęgą, na którą dzisiaj próbuje się kreować?
– Fakt faktem, Rosja jest drugą potęgą militarną świata, krajem z ogromnym, niewykorzystanym potencjałem. Oczywiście pojawiają się nieliczne analizy ekspertów wojskowych, którzy nie oceniają tak wysoko wojskowych możliwości Rosji. Zdaniem analityków Strategic Forecasting – prywatnej amerykańskiej agencji wywiadu, Federacja Rosyjska z powodu gospodarczej niewydolności i separatystycznych ruchów narodowościowych jest skazana na wewnętrzne przemiany. Według analityków poważny kryzys ma doprowadzić w ciągu obecnej dekady do decentralizacji władzy w Rosji. Jednak jest to bardziej życzeniowa niż realistyczna prognoza. Najbliższy okres nie zapowiada kryzysu gospodarczego, społecznego, a tym bardziej osłabienia potencjału militarnego Moskwy. To tylko może zachęcać do kontynuacji wielkomocarstwowej polityki Kremla.

