logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Tysiące polskich rodzin czeka na sprawiedliwość

Środa, 28 kwietnia 2021 (19:06)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Sąd Najwyższy w maju ma się wypowiedzieć w sprawie tzw. kredytów frankowych. Długo już czekamy na tę decyzję?

– Co więcej, im bliżej terminu, który był już dwukrotnie przekładany z powodu pandemii – takie przynajmniej były tłumaczenia – to właściwie nie ma dnia, żeby w mediach ogólnopolskich nie była prowadzona batalia lobbystyczna banków – bo tak to należy określić. Głos zabierają ekonomiści, politycy, także prof. Leszek Balcerowicz, ale również prof. Ewa Łętowska.

Co to znaczy…?

– Większość banków nie chce rozmawiać, nie chce negocjować ugód z kredytobiorcami, a zatem wracają do starej narracji. Wyjaśnijmy, że w całej tej dyskusji wszyscy komentatorzy wracają do starej retoryki, która ma wprowadzić dezinformację i powoduje, że opinia publiczna – kolejny raz ma zaciemniony, wręcz zakłamany obraz sytuacji. Cały czas forsowana jest teza, że są to kredyty walutowe, a klientom zostały udzielone kredyty we frankach szwajcarskich. Chcę po raz kolejny to zdementować i odkłamać, co zresztą robiłem przez cztery lata minionej kadencji Sejmu jako poseł. Potwierdził to też zarówno Narodowy Bank Polski, Rzecznik Finansowy, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – mianowicie, że kredytobiorcy nie widzieli na oczy franka szwajcarskiego. Co więcej, Narodowy Bank Szwajcarii potwierdził już dawno, że nie było żadnych operacji walutowych na rynku. Warto też wyjaśnić, że kredyt walutowy jest wtedy, kiedy klient do ręki dostaje walutę. W tym wypadku nikt takiej waluty nie otrzymał – owszem były jednostkowe przypadki, kiedy były udzielane kredyty walutowe, ale wszystkie zasady zostały w takich przypadkach zachowane. Natomiast to, z czym mieliśmy do czynienia w Polsce, to były kredyty indeksowane lub denominowane do franka szwajcarskiego. Inaczej mówiąc, bank zastosował mechanizm przeliczeniowy wewnętrzny, tworząc instrument finansowy, który obowiązuje w relacjach bank – bank, ale nie powinien i nie mógł zaistnieć na linii bank – konsument.

Wiemy zatem, że nie było żadnych franków?

– Dokładnie, co więcej, miliardowe cyfry, które się cały czas pojawiają, są wyliczeniami banków, które ciągle uważają, że takie pieniądze się im należą. Tyle że nie było żadnych franków, nie było żadnej obcej waluty. Drugą kwestią, jaka się nasuwa po lekturach materiałów, jakie się ostatnio ukazują, przebijają, dotyczy tego, że ktoś próbuje 700 tys. osób, które zostały zmuszone do wzięcia tych kredytów, skłócić z resztą kredytobiorców, którzy zaciągali swoje kredyty w złotówkach. Tyle że tzw. frankowicze i pozostali kredytobiorcy mają i mieli kredyty w złotówkach. Potwierdzają to wszyscy i tylko prof. Balcerowicz oraz osoby z jego środowiska – również Związek Banków Polskich mają z tym problem.

Choć były to kredyty złotówkowe, to banki wolą mówić o kredytach walutowych. Czemu ma służyć ta narracja?

– Chodzi o to, że straty musi ktoś pokryć i w tej narracji, jaka się przebija w mediach, winny jest obywatel, kredytobiorca, 700 tys. osób, które zaciągnęły kredyty. W Sejmie, kiedy zajmowałem się tym tematem, cały czas słyszałem – w przekazie medialnym, w przekazie wielu różnych osób, że „widziały gały, co brały”. Na co ja odpowiadałem, że „widziały gały, co dawały”. Fakty są bowiem takie, że produktu nie wymyślili sobie kredytobiorcy, ale produkt pod nazwą „kredyty frankowe” stworzyły banki i to banki jako instytucje finansowe podjęły ryzyko. Świadomie wymyśliły produkt, który był wadliwy – dzisiaj już o tym wszyscy wiedzą, co Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej już wielokrotnie podkreślał, natomiast w bankach i instytucjach finansowych szuka się winnego. Trwa polowanie i najprościej jest winę zrzucić na 700 tys. osób, które podpisały umowy, a nie na mechanizm i na tych, którzy tę całą lawinę uruchomili.

Jak ta kwestia wygląda w innych krajach?

– Cała lawina tzw. kredytów frankowych przeszła m.in. przez Australię, całą Europę Zachodnią, przez Polskę i teraz niczym tajfun czy COVID-19 przechodzi przez Rosję, Białoruś, Ukrainę itd. Można zatem powiedzieć, że ten produkt, ten wirus bankowy cały czas krąży. Na terenie Unii Europejskiej w państwach tzw. starej Unii ten problem już dawno załatwiono. Wyjaśniono sobie, że jest to produkt wadliwy i że było to naruszenie praw konsumenta, było to wbrew unijnej Dyrektywie 93/13, która odnosi się do praw konsumenta.

Banki wolą o tym nie mówić lub udają, że ten temat nie istnieje. Narracja budowana jest wokół strat, że te straty poniesie bank, a jeśli tak, to ktoś – nie bank – musi za to zapłacić…

– Panie redaktorze, jeśli ktoś ma firmę, prowadzi działalność gospodarczą i ponosi straty, to jest ryzyko biznesowe. Natomiast, jak bankrutuje kredytobiorca lub jeśli nie daje rady spłacać kredytów, to mówi się, że to jest jego ryzyko. Na marginesie przypomnę, że jedynym krajem na świecie, gdzie prezesi banków – w wyniku kryzysu bankowego – poszli do więzienia, jest Islandia. Zostali skazani za złamanie prawa, za doprowadzenie przez swoją chciwość do poważnego kryzysu na rynku islandzkim – i tam nie było zmiłuj, dlatego bankierzy poszli siedzieć. U nas sytuacja wygląda tak, że ktoś poprzez tworzoną narrację próbuje pisać usprawiedliwienie dla prezesów, dla zarządów banków, które co by nie powiedzieć, będą się teraz musiały wytłumaczyć przed swoimi właścicielami, akcjonariuszami, co może zaboleć. Ktoś bowiem wymyślił sobie produkt, który miał przynosić wielkie zyski, ale okazuje się, że ten produkt był wadliwy i przynosi im wielkie straty.

Czy banki w Polsce miały świadomość, co robią, decydując się na udzielanie tzw. kredytów frankowych?

– Tak, wiedziały. Dlatego że większość banków w Polsce, to tzw. banki córki banków na terenie tzw. starej Unii. W Polsce był tylko jeden przypadek, kiedy były właściciel tzw. bank matka UniCredit zabronił Bankowi Pekao SA udzielania takich kredytów. Gdy tzw. bank matka UniCredit na terenie Włoch poniósł straty na skutek tego rodzaju kredytów, miał świadomość, że jeśli podobny manewr zastosuje na terenie Polski, odbije się to potężną czkawką i skończy się poważnymi problemami.

To znaczy, że wśród bankierów była taka świadomość?

– Owszem była, ale prezesi – zdecydowana większość uznała, że warto podjąć ryzyko, ruszyć temat, nawet jeśli odbywa się to z naruszeniem prawa, nawet jeśli z tego tytułu będą straty. Po prostu właściciele banków wyszli z założenia, obliczyli, jaki potencjalnie procent kredytobiorców zdecyduje się pójść do sądu, jaki procent spraw klienci mogą wygrać, i uznali, że i tak wyjdą na swoje.

Jednak wspomniany przez Pana wcześniej Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu był w tej sprawie bezwzględny…           

– Bezwzględny i bardzo konkretny. Zastanawiające w tym wszystkim jest to, że banki europejskie tak bardzo wybiórczo traktują prawo, a do konsumentów podchodzą jak do przysłowiowego worka ziemniaków. Fakty są bowiem takie, że banki, jak worek ziemniaków mogą sprzedać kredyt do Funduszu Hipotecznego, który przejmuje hipotekę. Co więcej, banki wpisują sobie takie kredyty w straty i idą do Skarbu Państwa po zwolnienie z podatku. Twierdzą, że mają same straty z powodu złych kredytów tzw. frankowych, a konsument, który jest na końcu tego łańcucha, jest właściwie bezbronny i ma za wszystko zapłacić.

Sąd Najwyższy przez lata przyglądał się tzw. kredytom frankowym, milczał, nie zabierając głosu. Dlaczego?

– To jest dobre pytanie. Przez cztery lata jako poseł na Sejm RP prosiłem i apelowałem, aby Sąd Najwyższy wypowiedział się w tej sprawie, zwłaszcza że wszyscy wiedzieli, że taka decyzja przyspieszyłaby sprawy, które byłyby prostsze i nie pogrążałyby ludzi w kosztach. Niestety, mimo protestów, próśb Sąd Najwyższy milczał od tego tematu uciekał, tego tematu nie podejmował. Dopiero bardzo jednoznaczny wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 2019 r. niejako uzmysłowił sędziom Sądu Najwyższego, że dłużej nie da się uciekać od tego tematu. Dodam, że kiedy byłem posłem, to do wielu kwestii w tym zakresie Sąd Najwyższy nie chciał się odnosić i tego tematu nie podejmował. Rodzi się zatem pytanie, po czyjej stronie są sądy – także Sąd Najwyższy. Jeśli sąd tak długo uciekał, unikał odpowiedzi, to po czyjej stronie stał, i czyich interesów bronił…? Na pewno nie interesów Polaków wrobionych w produkt finansowy tzw. kredyt frankowy. Polacy dostali bowiem kredyt złotówkowy, ale na potrzeby medialne nazywany kredytem frankowym. Był to cały proceder, wielka zmasowana akcja, kiedy na terenie Polski masowo sprzedawano klientom wadliwy produkt ze świadomością, że będzie to bańka mydlana, która spowoduje poważny kryzys. Warto o tym mówić, warto to podkreślać i przekazywać społeczeństwu, jak to faktycznie wygląda. Czekamy do połowy maja, kiedy – mam nadzieję – Sąd Najwyższy wreszcie się wypowie.

We wszystkich umowach dotyczących tzw. kredytów frankowych są zapisy abuzywne. Co to takiego?

– Zapisy abuzywne – to zapisy niezgodne z prawem, które naruszają zasady życia społecznego. Taki wykaz zapisów abuzywnych istnieje w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów, tylko że banki – choć nie tylko one, bo także inne instytucje finansowe – mimo iż wiedzą o takim rejestrze, to często próbują go omijać. Tak czy inaczej banki wiedziały, co robiły, oferując ten produkt klientom, miały też świadomość ryzyka, jakie mogą ponieść. Prezesi banków doskonale wiedzieli, w co grają i film „Banksterzy”, to nie jest film science fiction, ale jest to obraz oparty na prawdziwych wydarzeniach związanych z największą aferą finansową w III RP, tzw. aferą frankową. To jest film o dramatach tysięcy polskich rodzin, które ciągle czekają na sprawiedliwość. Nikt nie chce tu nikogo okradać, wykorzystywać, ale czas najwyższy, żebyśmy w Polsce domagali się takich samych standardów jak na terenie całej Unii Europejskiej i banki nie mogą tu być wyjątkiem.

Czemu ma służyć cała ta obecna kampania medialna, o której Pan wcześniej wspomniał?

– Jest to pisanie usprawiedliwienia dla zarządów, dla banków, a jednocześnie jest to wprowadzanie w błąd społeczeństwa. To świadome działanie – praca nad skłóceniem społeczeństwa. Mamy bowiem swoiste pranie mózgów, budowaną narrację, że są kredytobiorcy cwaniacy i frajerzy, którzy muszą dalej płacić. Tymczasem nie da się przewalutować złotówki na złotówkę. W Sejmie ukułem termin „polski frank” i przez cztery lata z mównicy sejmowej pytałem: w jaki sposób, jakim algorytmem banki chcą przeliczać złotówkę na złotówkę i dlaczego wychodzą z tego koszty? Nikt mi na to nie odpowiedział. Jeśli bowiem nie było żadnych franków, nie było żadnych ruchów walutowych, to nie może być mowy o jakimkolwiek przewalutowaniu. Przewalutowanie jest tylko i wyłącznie w Excelu, który pokazywał, że mamy taki a taki produkt, sprzedaliśmy tyle i tyle. W Excelu komputerów prezesów to były grube miliony zysków, tymczasem z tej bańki dzisiaj schodzi powietrze i trzeba to wszystko urealnić. Dzisiaj problem jest po stronie prezesów banków, a nie po stronie kredytobiorców.

            Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl