Co się dzieje z Platformą?
– Platforma rozpoczęła przyspieszony bieg po równi pochyłej. Jest to konsekwencja wcześniejszego zagubienia się tej formacji politycznej w różnych inicjatywach – często ze sobą sprzecznych. Widać przede wszystkim to, że nadzieje związane z objęciem przewodnictwa w Platformie przez Borysa Budkę – delikatnie rzecz ujmując – nie spełniły się. Stąd też w szeregach tej partii jest duże rozczarowanie. Chyba żaden z poprzednich szefów Platformy nie miał tak rażąco niskich notowań wśród członków i sympatyków tej partii. Jest to konsekwencja daleko zakrojonego kryzysu, który pogrąża tę formację. Słabość ośrodka decyzyjnego, kierowniczego – lidera powoduje, że Platforma coraz bardziej traci, co wywołuje frustrację, niepokój i pytanie: co dalej? Jak słabym liderem okazał się Borys Budka, to najlepiej widać w tej chwili. Do tego dochodzi też niemożność szerszego zaistnienia partii w sposób skuteczny na scenie politycznej, brak koncepcji i taktyki. I taki właśnie obraz Platformy wyłania się dzisiaj.
Jak głęboki to problem? W sondażach widać, że poparcie dla Platformy zmniejszyło się do 15 proc., a 51 polityków tej formacji – w liście otwartym do władz ugrupowania – pisze o potrzebie debaty?
– W Platformie już od dłuższego czasu nie ma debaty, brakuje też komunikacji wewnętrznej, co znalazło odzwierciedlenie we wspomnianym przez pana redaktora liście otwartym 51 parlamentarzystów tego ugrupowania. Nie ma też dyskusji programowej. List potwierdza też, że jego sygnotariusze nie są nawet w stanie sformułować jakiejś oferty programowej, dlatego ten list jest raczej wyrazem pewnego rozczarowania, ale też potwierdzeniem słabości Platformy. Autorzy wskazują, że partia ta nie ma odpowiedzi – jak twierdzą – „na kryzys wywołany pandemią i rządami PiS”. Przyznają, że partia jest bezradna wobec wyzwań, które przed nią stają. Można zatem powiedzieć, że jest to wyraz frustracji i bezsilności. Przyznam, że w tym liście znalazło się jedno dość interesujące sformułowanie, spostrzeżenie – mianowicie że uznanie zasad liberalnej demokracji i niedyskryminacji mniejszości nie może prowadzić do ulegania takim skrajnościom oraz że Platformie nie powinno zależeć na wojnie światopoglądowej. Jest to – jak się wydaje – krytyczne odniesienie do angażowania się Platformy i jej kierownictwa w popieranie działań organizacji skrajnie lewicowych właśnie w obszarze światopoglądowym. Interesujące jest także to, że pod listem podpisało się 51 parlamentarzystów w tym m.in. były lider partii Grzegorz Schetyna oraz obecny wiceprzewodniczący Bartosz Arłukowicz czy też ok. 20 proc. senatorów Koalicji Obywatelskiej w tym szef senackiego klubu Marcin Bosacki. Lista sygnatariuszy pokazuje, że nie jest to jednolita grupa, która miałaby jakąś wspólną strategię, wizję. To widać chociażby po mocno rozbieżnych wypowiedziach tych polityków.
Czego zatem dotyczy ten wewnętrzny spór w Platformie?
– Ten spór dotyczy właściwie kwestii personalnych, a więc tego, kto ma być nowym szefem Platformy. I tutaj pojawia się – rzec można – kilka stanowisk. Z jednej strony mamy nazwisko Radosława Sikorskiego, którego na czele Platformy widziałby Ireneusz Raś, a z drugiej strony pojawia się Bartosz Arłukowicz, który uważa, że szefem nadal powinien być Borys Budka. Jest też opcja, że to Rafał Trzaskowski powinien przejąć schedę po Budce, ale jego projekt „Campus Polska Przyszłości” krytykuje Ireneusz Raś. Co ciekawe, sygnotariusze „listu 51” ubolewają, że o projekcie Trzaskowskiego dowiadują się z mediów. Jak zatem widać, podziały w Platformie idą w różnych kierunkach i są – jak wspomniałem – bardziej personalne. Natomiast nie widać chęci głębszych zmian, które dałyby tej formacji nową jakość.
Platforma tonie nie tylko w sondażach, a Rafał Trzaskowski upatrywany jako przysłowiowy jeździec na białym koniu, który miał dać świeży powiew, raczej nie pomaga?
– Platforma znalazła się na zakręcie i zbliża się moment, że nikt już nie będzie chciał ratować tej masy upadłościowej. Wydaje się też, że najbardziej sprawnym graczem w tej formacji jest Rafał Trzaskowski, który nie tak dawno razem z Borysem Budką prezentował „projekt 276”, a więc plan uzyskania większości w Sejmie, co miało być wspólnym celem opozycji. Tyle że był to projekt zupełnie nierealistyczny, życzeniowy, wcześniej nieskonsultowany z pozostałymi ugrupowaniami politycznymi zasiadającymi w Sejmie, który Szymon Hołownia określił jako wydarzenie bardziej PR-owe. Trzaskowski szybko zorientował się, że jest to projekt egzotyczny i teraz wysunął swoją własną koncepcję projekt „Campus Polska Przyszłości” skierowany do ludzi młodych, do ludzi biznesu, kultury, sztuki, polityki, a jednocześnie mieszczący się w ramach jego wcześniejszej inicjatywy – ruchu obywatelskiego „Wspólna Polska”, który zrodził się po ubiegłorocznych wyborach prezydenckich, a który w międzyczasie stracił swoją dynamikę i zdążył znaleźć się w martwym punkcie. Widać, że Rafał Trzaskowski sytuuje swoje zainteresowanie, aktywność i pokłada nadzieje bardziej w tym nowym projekcie. Wydaje się, że mentalnie jest już poza Platformą i idzie własną drogą.
Pojawiają się głosy polityków Platformy, że lekarstwem na kryzys miałoby być wejście do ścisłego kierownictwa partii europosła Radosława Sikorskiego kojarzonego raczej z konserwatystami. Czy można powiedzieć, że „list 51” jest skrojony pod Sikorskiego?
– Z pewnością Radosław Sikorski cieszy się popularnością w kręgach Platformy, co wynika również z jego dość niekonwencjonalnego zachowania, niekonwencjonalnych wypowiedzi często przekraczających poczucie dobrego smaku, ale jednakowoż aprobowanych w środowisku sympatyków tej formacji. Znamy z przeszłości jego mocne wypowiedzi, a z drugiej strony jest to polityk o indywidualistycznym sposobie bycia. Tak czy inaczej objęcie władzy w Platformie przez Radosława Sikorskiego odmieniłoby nieco wizerunek tej politycznej formacji, co wcale nie oznacza, że byłby to wizerunek poważniejszy. Za rządów Sikorskiego na pewno obraz Platformy byłby bardziej barwny niż za przewodnictwa Borysa Budki. Jednak nie sądzę, żeby nawet wszyscy autorzy tego listu podzielali pogląd czy wizję Ireneusza Rasia. Przykładem może być Bartosz Arłukowicz – obecny wiceprzewodniczący Platformy, który opowiada się za zachowaniem obecnego stanu kierownictwa, a więc za Borysem Budką. Oczywiście nie można wykluczyć, że Sikorski może być jedną z osób, które będą próbowały reanimować Platformę.
Czy proces zapaści nie wymknął się spod kontroli, czy w Platformie jest skrzydło konserwatywne zdolne coś zmienić i czy w ogóle jest co reanimować?
– Na pewno. W tej chwili w Platformie nie ma już skrzydła konserwatywnego. Owszem są tam wciąż – także wśród autorów tego listu – nieliczne osoby, które można by określić mianem konserwatystów oczywiście na miarę Platformy, ale trudno mówić o jakiejś frakcji czy grupie. Te osoby na pewno będą podkreślać swój konserwatyzm po to, żeby budować swoją pozycję, eksponując kwestie ideowe, programowe – słowem konserwatyzm, który był jednym z elementów – przynajmniej deklaratywnych – w momencie powstawania Platformy. Chadekami mienili się np. Joanna Fabisiak, Paweł Zalewski czy aspirujący do tego miana wspomniany Ireneusz Raś.
Wracając jeszcze do Borysa Budki – parafrazując klasyka – jak kończy obecny szef Platformy?
– Myślę, że Borys Budka źle zaczynał i źle kończy. Po objęciu władzy w Platformie kreował swój obraz jako człowieka bardzo dynamicznego, radykalnego, co było też bardzo nienaturalne, sztuczne, marketingowe. Natomiast Budce od samego początku brak było autentyzmu, nie mówiąc już o zupełnym braku charyzmy. Swoją drogą tej charyzmy nie miał też Grzegorz Schetyna, ale wydaje się, że jego kompetencje w zakresie zarządzania partią były daleko większe niż w przypadku Borysa Budki. W momencie wyboru Borysa Budki na przewodniczącego Platformy balon został mocno nadmuchany, zresztą on sam był tym bardzo zainteresowany. Pamiętamy pierwsze jego wypowiedzi w roli szefa ugrupowania, które były bardzo radykalne także w kwestiach obyczajowości, światopoglądu, wsparcia dla ruchu lgbt itd. Jednak szybko okazało się, że mimo całej tej PR-owskiej otoczki „król jest nagi”. Z drugiej strony nastąpiło też znużenie, zmęczenie stylem uprawiania przez niego polityki – również mocnym zwrotem na lewo. Ten trend za rządów Borysa Budki i jego współpracowników bardzo mocno się zarysował i dzisiaj konsekwencje są takie, że Platforma nie jest już najważniejszą partią opozycyjną.
Czy Platforma dotrwa w tej formie do wyborów parlamentarnych w 2023 roku? Wydaje się, że tym, co trzyma tę formację w ryzach, jest wysoka subwencja dla partii politycznych.
– To prawda. Platforma jako najliczniejsza partia opozycyjna ma bardzo wysoką subwencję z budżetu państwa i zapewne to spowoduje, że formacja ta będzie trwała przynajmniej do czasu wyborów parlamentarnych. I nawet jakiekolwiek inicjatywy poza Platformą – na przykład projekt „Campus Polska Przyszłości”, jaki zapewne podejmie Rafał Trzaskowski – nie będą budowane w opozycji do Platformy co najwyżej obok. Myślę, że mimo wszystko te inicjatywy będą chciały zachować chociażby w formie wegetatywnej Platformę jako twór partyjny właśnie z uwagi na subwencję, na utratę której – przed wyborami – politycy Platformy nie mogą sobie pozwolić. Oczywiście można się spodziewać, że dojdzie tam do jakiegoś przegrupowania sił i być może Platforma stanie się częścią jakiegoś szerszego ruchu tworzonego przez te same osoby – polityków Platformy, ale jakościowej zmiany absolutnie nie będzie. Platforma póki co będzie potrzebna politykom, którzy wyrośli z jej struktur przede wszystkim ze względów finansowych.
Dziękuję za rozmowę.

