logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Na kłamstwa trzeba reagować

Sobota, 12 czerwca 2021 (15:45)

Aktualizacja: Niedziela, 13 czerwca 2021 (08:45)

Z prof. dr. hab. Wiesławem Wysockim, kierownikiem Katedry XIX i XX wieku w Instytucie Nauk Historycznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Jak Pan skomentuje słowa lidera frakcji parlamentarnej Alternatywy dla Niemiec (AfD) Alexandra Gaulanda, który uznał pakt Ribbentrop–Mołotow za słuszny z punktu widzenia realizmu politycznego?

– Okazuje się, że narodowy socjalizm jest w Niemczech ciągle silnie obecny. To, co usłyszeliśmy z ust lidera jednej z formacji politycznych zasiadających w niemieckim parlamencie, było iście goebbelsowską retoryką. To jest straszne, jeśli Niemcy mają czelność w ten sposób mówić o swoim łajdactwie, kpiąc z krwawej historii, którą sami stworzyli. To także dowód, że w Unii Europejskiej postawiliśmy na złego konia i zbliżyliśmy się do tych, którzy nie potrafią rozliczyć się ze swoją zbrodniczą przeszłością. Mało tego, w wielu aspektach próbują nas podporządkowywać sobie.

Z ust Alexandra Gaulanda słyszymy szokujące słowa, że tą decyzją, tym paktem, Stalin kupił sobie czas, żeby lepiej uzbroić się przed inwazją niemiecką…

– To nie ma nic wspólnego z prawdą historyczną. Fakty są takie, że każdy totalitarysta fałszuje historię w sposób wygodny dla siebie. To, co mówi Gauland, to jest ordynarne kłamstwo. Do takiego postępowania zdolny był tylko Goebbels i propaganda komunistyczna, która wyznawała zasadę, że kłamstwo systematycznie powtarzane pozostawia swoje ślady. Tu mamy kliniczny przykład kłamstwa goebbelsowskiego.

Skoro można uznać, że Polska, która – jak mówił Gauland – „nie chciała na swoim terytorium tolerować wojsk sowieckich”, co uniemożliwiało porozumienie Rosji z Zachodem, jest zatem winna tego, że taki pakt powstał, to równie dobrze można by Polskę obarczyć winą za wybuch II wojny światowej?

– To coś niesamowitego, jak można twierdzić, że Polska przez to, że się nie poddała zbrodniczym działaniom niemiecko-sowieckim, wywołała II wojnę światową. Wygląda na to, że każdy, kto zostanie napadnięty, każde takie państwo powinno natychmiast paść na kolana i być całkowicie bierne wobec agresywnych działań najeźdźców. To bezsensowna filozofia lansowana przez Niemcy.   

To już kolejna próba fałszowania historii…?

– Tym bardziej jest ona irytująca, że mamy do czynienia ze świadomym, zorganizowanym działaniem, które ma wywołać określone skutki. Efektem ma być wywołanie określonego wrażenia, że Niemcom wolno wszystko, a innym nie wolno nic, albo prawie nic, że inni mają być bezwolnymi wykonawcami założeń polityki lansowanej przez Berlin.

Komu zależy, żeby kontrowersyjne treści i fałszywy obraz rzeczywistości krążyły w przestrzeni publicznej?

– Mieliśmy takiego „genialnego” ministra spraw zagranicznych Radka, który kiedyś przy okazji realizacji projektu Nord Stream wspomniał o pakcie Ribbentrop – Mołotow. I dzisiaj można by to przypomnieć, bo cokolwiek by powiedzieć o tym polityku, to jednak w tym wypadku postawił trafną diagnozę. Mianowicie że dzisiaj interesy niemieckie idą w parze z rosyjskimi, a interesy rosyjskie idą zgodnie z interesami niemieckimi. To się sprawdza, co widać gołym okiem.

Skoro jesteśmy przy projekcie Nord Stream, to ostatnie działania administracji amerykańskiej wyraźnie wpisują się w tę narrację niemiecko-rosyjską…    

– Niestety, prezydentem Stanów Zjednoczonych jest dzisiaj Joe Biden – człowiek, który prowadzi bardzo złą politykę – można powiedzieć, że kontynuuje politykę zapoczątkowaną przez Baracka Obamę, która była i jest dla nas wyjątkowo szkodliwa. Zresztą wydaje się, że Joe Biden to człowiek, który chyba nie bardzo rozumie Europę, a zwłaszcza Europę Środkową. Poza tym widać, że nie bardzo rozumie Rosję i zdaje się, że ma na tym punkcie jakąś obsesję. To przykre i można tylko westchnąć i powiedzieć, że niestety tak dzisiaj wygląda polityka amerykańska. Kiedyś mówiliśmy, że na Kremlu była gerontokracja, kiedy I sekretarzem KPZR był Leonid Breżniew, i dzisiaj widać, że podobny problem jest na szczytach władzy w Waszyngtonie.

Bezrefleksyjna polityka Baracka Obamy i Angeli Merkel, czyli wprowadzenie Putina na europejskie i światowe salony, poniosły klęskę. Czyżby nie wyciągnięto żadnych wniosków?

– To jest pewna kontynuacja tego typu polityki sięgająca jeszcze czasów prezydenta Roosevelta, który spiskował ze Stalinem przeciwko Polsce – zresztą podobnie, jak czynił to Barack Obama. Pamiętamy nagranie, jakie obiegło świat, ze spotkania Obama – Miedwiediew podczas szczytu nuklearnego w Seulu w 2012 roku, kiedy mikrofony wychwyciły słowa amerykańskiego prezydenta, który nie mając świadomości, że jest nagrywany – w sprawie amerykańskiego systemu obrony przeciwrakietowej w Europie, przeciw któremu Rosja protestowała – prosił ówczesnego prezydenta Rosji, aby dano mu czas. Obama mówił, że na razie nie może działać w sposób otwarty ze względu na wybory prezydenckie, w których ubiegał się o reelekcję, ale jak deklarował, po wyborach będzie miał więcej możliwości, będzie bardziej elastyczny.

W podobnym tonie wypowiadał się Roosevelt. Ta wypowiedź Baracka Obamy pokazuje, jak demokraci podchodzili i – widać – podchodzą do współpracy z Moskwą. Nie owijając w bawełnę, trzeba powiedzieć, że jest to najgłupsza polityka, jaka tylko może być, ale cóż – nie każdy, kto nosi na piersi plakietkę USA, musi być rozważny, a zwłaszcza biegły w polityce europejskiej, w polityce wschodniej. Zresztą Amerykanie mają swoje prywatne podwórko i często się im wydaje, że świat ma być budowany według ich koncepcji, ich wizji. Też popełniają poważne błędy.

Wracając do zasadniczego tematu naszej rozmowy: polskie MSZ reaguje. Mamy wpis, że wypowiedź niemieckiego posła wskazująca Polskę jako czynnik destabilizujący europejski ład w okresie międzywojennym „zapisała się czarnymi zgłoskami w historii Bundestagu”. Tylko co z tego wynika, skoro co rusz tego typu wypowiedzi zakłamujące historię się pojawiają? Ostatnio po protestach ambasady RP w Rzymie włoski dziennik „Il Fatto Quotidiano” usunął sformułowanie „polski obóz nazistowski” w odniesieniu do niemieckiego obozu Stutthof…

– To jest, niestety, problem, z którym po 1990 roku nie daliśmy sobie rady. Chciałbym przypomnieć władzom naszego kraju, że w sądownictwie anglosaskim najbardziej karane są sprawy związane z finansami, z restauracją oraz z kłamstwem historycznym. Gdybyśmy my wytoczyli, chociaż jeden proces publiczny w sądzie anglosaskim, to nikt by się więcej nie odważył na szerzenie kłamstw historycznych przeciw Polsce, bo ryzykowałby wysokie kary i utratę ogromnych pieniędzy. To, że my tolerujemy co rusz tego typu kłamliwe wypowiedzi niemieckie, że przyjmujemy jako ambasadora Niemiec w Polsce syna hitlerowca – majora Bernda Freytaga von Loringhovena – oficera Wermachtu, który był adiutantem i jednym z żyjących świadków ostatnich dni życia Hitlera, i udajemy, że nic się nie dzieje, to także jest zbytnia łagodność i liberalizm polskiego rządu, polskich władz. Ambasadorem Republiki Federalnej Niemiec w Polsce powinien być człowiek, który ma świadomość winy i poczucie niemieckich krzywd wyrządzonych Polakom i innym nacjom w czasie II wojny światowej. Przysyłanie syna hardego hitlerowca jest niemożliwe do zaakceptowania. Godzenie się na taką – nazwijmy to – prowokację świadczy o słabości moralnej polskiego rządu. Niemcy prowadzą swoją własną politykę historyczną i każdą spolegliwość odczytują jak przejaw słabości i skrzętnie to wykorzystują. Zwłaszcza wobec Niemców nie powinniśmy okazywać słabości, uległości.

Wręcz przeciwnie musimy reagować stanowczo, domagać się na każdym kroku, aby Niemcy kajali się za swoje zbrodnie wojenne, wobec których nie ma przedawnienia. To Polska była ofiarą II wojny światowej i każda próba przeinaczania faktów historycznych jest kłamstwem, którego nie można tolerować, któremu należy się przeciwstawiać z całą stanowczością. Usprawiedliwianie paktu Ribbentrop – Mołotow, próby sugerowania, że było inaczej, niż mówią fakty historyczne, jest hańbą dla Niemiec. 

          Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl