Relacje amerykańsko-rosyjskie zawsze były i są kluczowe dla bezpieczeństwa Polski. Co w tym kontekście wynika dla nas ze spotkania Biden – Putin?
– Można się dopatrzeć plusów i minusów tego szczytu. Pozytywnie – wsłuchując się w głos prezydenta Joe Bidena – można wnioskować, że jest on świadom powagi sytuacji. Świadczy o tym przebieg samego spotkania i zachowanie obu prezydentów. Jak zapowiadano spotkanie miało trwać sześć godzin, a trwało niewiele ponad połowę tego czasu. Zaczęło się od skandalu związanego z nadmiarem rosyjskich dziennikarzy, którzy przepychali się razem z amerykańskimi odpowiednikami przy drzwiach wejściowych do pokoju rozmów obu delegacji. Widać też było, że nie został osiągnięty kompromis i Joe Biden podczas konferencji prasowej dość mocno artykułował różne kwestie sporne i – moim zdaniem – dosyć dobrze je ujął.
Natomiast jeśli chodzi o minusy, to nie widzę po stronie administracji amerykańskiej jakiegoś sukcesu. To znaczy prezydent Joe Biden nie był w stanie poszczycić się jakimś mocnym, namacalnym konkretem po spotkaniu z Putinem. Obaj prezydenci raczej wymienili protokoły rozbieżności w swoich interesach. Stany Zjednoczone wyartykułowały swoje uwagi co do zachowania Rosji. Widać to po czasie, jaki Biden poświęcił podczas konferencji prasowej kwestii cyberbezpieczeństwa i roli Rosji w atakach na Stany Zjednoczone i na inne państwa świata Zachodu, w tym kraje NATO.
Kwestie cyberbezpieczeństwa to jest – można powiedzieć – stała agenda Stanów Zjednoczonych w konfrontacji z Rosją…
– Owszem, są próby wymuszenia na Rosji zaprzestania tych ataków. Co więcej, w słowach Joe Bidena pojawiły się nawet swoiste groźby, jeśli taka sytuacja będzie dalej kontynuowana, jeśli nie nastąpi wycofanie się Rosji z tego typu ingerencji w funkcjonowanie Stanów Zjednoczonych i pastw sojuszniczych. Natomiast nie można powiedzieć, że sytuacja Waszyngtonu w konfrontacji z Moskwą jest dobra dla Ameryki, bo właściwie w ostatnich miesiącach to Władimir Putin zyskał więcej. Mam na myśli chociażby wycofanie się Stanów Zjednoczonych z sankcji na konsorcja biorące udział w budowie Nord Stream 2. Zwolnienie z tych wszystkich obostrzeń, które administracja prezydenta Donalda Trumpa nałożyła nie tylko na Rosję, ale również na podmioty prowadzące działalność gospodarczą, a zaangażowane w to przedsięwzięcie, to wszystko pokazuje, że to jednak Rosjanie się rozpychają, a Amerykanie raczej ustępują pola. Pod tym względem – obserwując mecz Stany Zjednoczone – Rosja, wygląda, że prowadzi Moskwa.
Czy Joe Biden, odkrywając karty jeszcze przed spotkaniem nie popełnił błędu, kiedy uczynił cały szereg koncesji wobec Putina, m.in. wspomniane przez Pana pozwolenie na dokończenie projektu Nord Stream 2, podczas gdy przywódca Rosji nie wykonał żadnego gestu?
– To prawda. Dlatego – jak wspomniałem – w meczu, który jeszcze się nie zakończył, prowadzi Rosja. To Rosja zyskuje więcej punktów, to Rosja nie traci bramek i to Rosja z punktu widzenia naszych interesów geopolitycznych niestety ma przewagę. Dla nas byłoby lepiej, żeby to Amerykanie zyskiwali kolejne koncesje i rozpychali się w tej części świata, a nie Federacja Rosyjska. Obserwując rozpoczętą w styczniu tego roku prezydenturę Joe Bidena, widać, że jest to, co prawda, może nie jeden do jednego, ale jednak powrót do słabej polityki Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej, powrót do polityki, którą można nazwać recydywą Baracka Obamy. Pamiętajmy, że za Obamy to Biden był wiceprezydentem i uczestniczył w dyskusjach, jak również w podejmowaniu kluczowych decyzji, które zapadały w obszarze polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Rzecz polega na tym, że w trakcie kampanii wyborczej Joe Biden atakował Donalda Trumpa za rzekomą prorosyjskość, natomiast dziś – z perspektywy, powiedzmy, historycznej – trudno jest takie punkty znaleźć, jeśli chodzi o konkretne decyzje polityczne Trumpa. Oczywiście wypowiedzi, jak wiemy, były różne, ale jeśli chodzi o stanowisko polityczne, to jednak Trumpa można bardziej porównać z Reaganem, natomiast Bidena trudno na razie z kimkolwiek porównać. No, może poza jego mistrzem Obamą.
Czym może się zakończyć uprawiana przez Joe Bidena polityka ustępstw wobec Rosji? Czy kolejny reset nie jest błędem?
– Oby do tego nie doszło, bo wszyscy pamiętamy, czym się zakończył reset w relacjach z Moskwą – rozpychaniem się Federacji Rosyjskiej w świecie – zwłaszcza na Ukrainie. Mieliśmy i wciąż mamy relatywizowanie całej tej sytuacji przez opinię międzynarodową, kiedy de facto jest zgoda na dezintegrację terytorialną Ukrainy. Dzisiaj świat Zachodu nie podnosi kwestii, że dwa obwody na wschodzie Ukrainy w Donbasie i Doniecku są de facto pasami ziemi niczyjej – opanowane przez rosyjskich separatystów, czy Półwysep Krymski, który wprost został inkorporowany do Federacji Rosyjskiej, z czym oczywiście władze ukraińskie – mając do tego pełne prawo moralne i międzynarodowe – się nie godzą.
I to powinno się znaleźć również na agendzie rozmów, to znaczy, czy i jaki Rosja ma plan wycofania się z inkorporowanych terenów. Na razie Moskwa działa wbrew porozumieniom międzynarodowym, takim jak porozumienie budapeszteńskie, którego sygnatariuszem i gwarantem nienaruszalności granic państwa ukraińskiego były wielkie światowe mocarstwa, np. Stany Zjednoczone. Musi być zatem jasne, jak obecny prezydent Joe Biden ustosunkowuje się do tego. Dotychczas nie ma na to odpowiedzi, natomiast jest próba relatywizowania tej sytuacji i – jak się wydaje – używanie argumentu, że co prawda Putin spalił jedną wieś, ale przecież może spalić całe miasto.
Natomiast z punktu widzenia prawdy obiektywnej, czy też poszanowania prawa międzynarodowego to, co zrobiła Rosja w 2014 roku i latach następnych, inkorporując Krym do swojego terytorium, to jest nic innego jak akt agresji wobec innego państwa. Przesuwanie granic – nawet w tak dziwnej wojnie hybrydowej, z którą do tej pory ludzkość nie miała styczności – jest swoistą formą agresji, swoistą formą wojny na wschodzie Ukrainy, gdzie ludzie ginęli i giną do tej pory.
Czy nie jest tak, że nie ma jasnej informacji, bo Biden celowo odpuszcza Ukrainę i w ogóle Europę Środkową na rzecz pozyskania Rosji i Berlina w konfrontacji z Chinami?
– Z pewnością tak jest. Rzeczywiście, priorytetem w polityce Joe Bidena – która jest, jakby nie było, kontynuacją polityki Donalda Trumpa, bo Trump i Biden mają to samo zdanie – największym konkurentem Stanów Zjednoczonych i zagrożeniem dla ich mocarstwowej, hegemonicznej pozycji w świecie są komunistyczne Chiny. I to jest przeciwnik nr 1 dla Waszyngtonu. Natomiast Rosja była traktowana przez Trumpa jako państwo niebezpieczne dla ładu światowego, z kolei administracja Bidena traktuje Rosję jako potencjalnego sojusznika. To znaczy Biden wchodzi w buty sojuszników polityków Zachodu – rodem z II wojny światowej, którzy traktowali komunizm i Stalina nie jako zagrożenie dla pokoju na świecie i przyszłego rywala, tylko jako sojusznika w walce z bezpośrednim, pierwszym i bardzo niebezpiecznym wrogiem.
Dzisiaj mamy zatem wręcz powrót do polityki Roosevelta. Wówczas świat i wywiad amerykański też dokładnie wiedziały, kim jest Stalin i czym jest reżim komunistyczny w Związku Sowieckim, a mimo to przymykano na to oczy, bo interesy amerykańskie były położone gdzie indziej. Walczono na dwóch frontach, czy to z Cesarstwem Japonii, czy III Rzeszą i Sowieci byli potrzebni jako sojusznicy w tej konfrontacji. Dzisiaj – moim zdaniem – prezydent Biden też krótkowzrocznie patrzy na Rosję. Faktem namacalnym świadczącym o odpuszczeniu Ukrainy jest chociażby brak szybkiej odpowiedzi na propozycję spotkania z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim. Do tego spotkania wprawdzie dojdzie niebawem, ale dopiero po spotkaniu z Putinem.
Putin na pewno ma świadomość, że Biden buduje blok antychiński. Co sprawia, że może podnosić stawkę i stawiać nowe pola żądań?
– Oczywiście, Putin ma świadomość, że z miesiąca na miesiąc, z kwartału na kwartał jego pozycja negocjacyjna będzie tylko i wyłącznie się umacniać. Za chwilę zostanie dokończona budowa drugiej nitki gazociągu Nord Stream 2. Można się zatem spodziewać, że w momencie, kiedy gaz popłynie drugą nitką gazociągu, to Putin będzie gotów wyłączyć gazociąg jamalski, co – moim zdaniem – spowoduje olbrzymie perturbacje w Europie Środkowej i Wschodniej, zwłaszcza na Ukrainie.
Wszystko zależy, kiedy to uczyni…
– Dokładnie. Jeśli Putin zrobi to dosyć szybko, to również będzie to uderzenie w Polskę, ponieważ kontrakt na dostawy rosyjskiego gazu mamy podpisany do końca 2023 roku, a wciąż jeszcze nie zakończyła się budowa gazociągu Baltic Pipe. Aczkolwiek z drugiej strony – nasze bezpieczeństwo energetyczne, jeśli chodzi o gaz, nasza sytuacja jest – można rzec – dość komfortowa. Jedną trzecią gazu ziemnego wykorzystywanego w Polsce, czy to w przemyśle, czy w gospodarstwach domowych, uzyskujemy z własnych źródeł, z własnych złóż gazu, które rokrocznie się powiększają, bo eksploatacje i wydobycie gazu jest w Polsce z roku na rok coraz większe. Ale mamy też dostawy gazu LNG z zagranicznych źródeł. Mamy Gazoport w Świnoujściu, w przyszłym roku będzie też mobilny pływający terminal gazowy w Zatoce Gdańskiej, jednocześnie mamy dostęp do kolektorów gazociągów europejskich i możemy ten gaz kupować z Zachodu. Ale jest to ostateczność, bo – jak wiadomo – w gazociągach niemieckich płynie rosyjski gaz i nie chcemy tego rosyjskiego paliwa kupować od pośredników, ale chcemy się uniezależniać.
Z perspektywy 2021 roku widzimy, jak dalekowzroczne były słowa polityków Prawa i Sprawiedliwości, którzy praktycznie od 20 lat domagali się, co w końcu się udało, aby inwestycję łączącą Polskę z norweskimi złożami gazu zrealizować i nie być zależnym od szantażu Federacji Rosyjskiej i dostaw gazu z tego właśnie kierunku. Bezpieczeństwo energetyczne jest dzisiaj na równi z bezpieczeństwem militarnym i tak trzeba to czytać. Bardzo dobrze, że jesteśmy na finiszu dywersyfikacji gazowej i Gazoport im. prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Świnoujściu jest tego najlepszym przykładem. Jest to inwestycja strategiczna z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa.

