logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Relacje z Moskwą należy układać z pozycji siły

Niedziela, 27 czerwca 2021 (19:56)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Podczas szczytu Rady Europejskiej Niemcy i Francja wezwały do ​​nowej strategii Unii Europejskiej wobec Rosji opartej na rozmowach z Putinem. Na szczęście udało się zablokować ten plan. Dlaczego prezydentowi Macronowi i nie tylko jemu, tak bardzo zależy na ociepleniu stosunków z Putinem?

– Dlatego, że widzi w tym interes, a – o dziwo – nie dostrzega zagrożenia. Pamiętajmy też, że Francja poza epoką napoleońską zasadniczo nie miała wielu konfliktów historycznych z Rosją, ponadto Francja jest w pewnym – nazwijmy to – dołku związanym z zapaścią gospodarczą, z rozmaitymi problemami społecznymi, więc szuka czynników odbicia i uznaje, że na Rosji może sporo zarobić. Zatem upatruje w tych relacjach z Moskwą swój własny interes. Oczywiście to musi się odbyć kosztem Europy centralnej, bo wprowadzenie Rosji do gry europejskiej zawsze odbywa się kosztem Europy środkowej. Stąd opór Europy środkowej – w tym przede wszystkim Polski. Jesteśmy świadkami sytuacji, o której wszyscy mówiliśmy, że się może wydarzyć – mianowicie, że realizuje się układ Paryż-Berlin-Moskwa, układ bardzo niebezpieczny dla Europy.

Włoskie Politico mówi, że Angela Merkel i Emmanuel Macron, którym podczas szczytów Rady Europejskiej zazwyczaj udaje się przeforsować swoje pomysły, tym razem zostali upokorzeni sprzeciwem wobec planu bratania się z Putinem…

– Szczytu Unia-Rosja nie będzie, propozycja Niemiec i Francji nie zyskała akceptacji Rady Europejskiej, upadła też argumentacja, że podejmując dialog z Putinem łatwiej będzie zapobiegać agresjom. Tak czy inaczej mieliśmy do czynienia z sondowaniem, z badaniem terenu czy i na ile pozostałe państwa Unii Europejskiej są w stanie zaaprobować ten niemiecko-francuski plan. Owszem napotkali opór, ale nie sądzę żeby tak łatwo zrezygnowali ze swoich planów. Możemy się zatem spodziewać, że będą prowadzone działania, aby ten opór złamać i w jaki sposób, albo może przestraszyć państwa, które nie aprobują tego pomysłu. To są stare, dobrze znane metody, więc należy się spodziewać, że wobec niepokornych pojawi się kwestia tzw. praworządności, pojawi się presja ze strony Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, do gry zapewne wkroczy Komisja Europejska i komisarz Vera Jourova.

Pamiętajmy, że to wszystko – te próby zbratania się z Rosją – dzieją się tuż po tym, co obserwowaliśmy na Białorusi – mam na myśli porwanie samolotu przez reżim Łukaszenki, po tym jak na oczach całego świata aresztowano Aleksieja Nawalnego, czy po tym, jak Putin mobilizował swoje wojska tuż przy granicy z Ukrainą. Jednak to wszystko dla Niemiec czy Francji – jak widać nie ma znaczenia. Hasła o demokracji, kwestie praw człowieka, które zachód tak ochoczo wynosi na sztandary tak naprawdę nie mają żadnego znaczenia, dlatego te wszystkie dokumenty można włożyć do kosza.         

Pojawiają się głosy, że Rosji trzeba się przeciwstawić w jej zapędach, ale tam, gdzie można współpracować biorąc pod uwagę zyski z handlu itd., to należy to robić. Tylko czy dialog z Moskwą i Putinem powinien mieć miejsce bez stawiania warunków i wyegzekwowania rezygnacji z działań na wschodzie Ukrainy czy uwolnienia Nawalnego?

– Relacje z Moskwą można i należy układać sobie z pozycji siły. Natomiast póki co mamy absolutne wycofanie się. Polityka Berlina polega na tym, że Niemcy, których zawsze ciągnęło na wschód, dążą do stworzenia nie Międzymorza, czy Trójmorza, ale Mitteleuropy – zaplecza, które swoimi zasobami ludzkim i surowcowymi wzmocniłoby potencjał rozwojowy Niemiec oraz na wschodzie strefy wpływów rosyjskich. Jak widać ta tradycja podziałów, tradycja bismarckowska w podejściu do relacji rosyjsko-niemieckich jest wciąż obecna i żywa. Zresztą Niemcy zawsze do tego dążyli, tylko kiedyś byli powstrzymywani przez Anglosasów, ale dzisiaj nie są, więc ujawniają to, co jest ich celem od dawna. I tu żadne inne elementy się nie liczą, dlatego wszystko inne co słyszymy jest zwyczajnie mydleniem oczu.

Czy i do jakiego momentu można prowadzić dialog z agresorem?

– Wygląda na to, że tak długo jak się tylko da. Zresztą słowo dialog niestety się zdewaluowało – zwłaszcza dzisiaj. Przypomnijmy sobie, jak to możliwe, że Prusy prowadziły dialog z Rosją carycy Katarzyny i mogły dokonać rozbiorów, a jednak te plany zrealizowano. Jak można było zawrzeć traktat o ustanowieniu stosunków dyplomatycznych i gospodarczych z Rapallo z kwietnia 1922 roku, wreszcie jak można było zawrzeć pakt Ribbentrop-Mołotow z sierpnia 1939 roku itd. Historia zna setki, a może nawet tysiące takich przykładów, gdzie liczyły się interesy, a retoryka jest tylko po to żeby osładzać fakty, bądź też kogoś szantażować. Niestety dzisiaj mamy do czynienia z destabilizacją sił w świecie i jesteśmy świadkami prób tworzenia – na różne sposoby – nowej równowagi. Włącza się w to Rosję jako czynnik równoważący, i to dlatego dla Europy środkowej nie ma miejsca. Nic zatem dziwnego, że Europa środkowa jest ciągle atakowana. Proszę zwrócić uwagę, że niedawno były prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama w całej Eurazji nie znalazł innych krajów niedemokratycznych poza Polską i Węgrami... To jest dokładnie ilustracja tego, z czym mamy do czynienia.

Joe Biden kontynuuje politykę swego mistrza Obamy – mam na myśli reset w relacjach z Moskwą, co więcej „uporządkowanie” relacji między Europą a Rosją powierza Niemcom…    

– Dokładnie. Polska jeszcze organizuje pewien sprzeciw, bo realnie jesteśmy mocniejsi niż jeszcze kilka lat temu – niż za prezydentury Baracka Obamy. Mamy realnie mocniejszy, suwerenny rząd, mniej podległy Berlinowi. Wydaje mi się jednak, że w najbliższych miesiącach Berlin i Bruksela zrobią wszystko, żeby wymienić rząd w Polsce. I to będzie ich cel taktyczny, aby domknąć ten układ całkowicie.   

Kto miałby tego dokonać, czyżby Donald Tusk, o którego powrocie do polskiej polityki tak wiele się mówi?

– Być może, wcale nie zdziwiłbym się gdyby tak się stało. Pomysł – z jego punktu widzenia – wydaje się niedorzeczny, ale być może ktoś mu powiedział, ale nie w Polsce, tylko zagranicą – Tusku musisz!

Zatem Donald Tusk wciąż realizuje cele niemieckie?  

– Nie wiem, osobiście nie przypominam sobie, czy był taki moment, w którym on i jego rząd by tego zaprzestał w perspektywie ważnych, strategicznych celów. Teraz jeszcze bardziej czuje się do tego zobowiązany, bo bardzo dużo zawdzięcza Niemcom. Cała jego kariera jest na tym osadzona, więc nie za bardzo ma też wyjście.

Wracając do relacji Unia – Rosja, czym może się skończyć polityka ustępstw i próba wciągnięcia do debaty europejskiej Putina, który ani na chwilę nie przestał realizować swojej polityki, stosuje cyberataki także na Polskę i próbuje osłabić Unię?

– Efektem będzie całkowite ubezwłasnowolnienie Europy centralnej. Obecnie mamy samodzielne, podmiotowe projekty dające ogromne szanse rozwojowe. Jest chociażby projekt Trójmorza, jest zresztą już realizowany projekt przekopu Mierzei Wiślanej, jest także projekt budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. Ale jeśli zgodzimy się na taki układ, jaki proponują Europie Niemcy, Francja i Rosja, to tworząc jakiekolwiek plany dotyczące naszej suwerenności politycznej czy gospodarczej, o zgodę będziemy się musieli pytać wszystkich dookoła. Oczywiście za każdym razem ktoś nie wyrazi zgody, bo uzna, że jest to sprzeczne z jego interesami. Dokładnie tak jak w XVIII wieku – za czasów króla Augusta III, gdzie oprócz Sejmu koronacyjnego żaden nie doszedł do skutku, wszystkie były zrywane i była całkowita niemoc zrobienia czegokolwiek w Polsce. I tym się to może skończyć, jeśli nie będziemy przeciwdziałać planom podporządkowania nas temu układowi. Pamiętajmy, że jesteśmy dzisiaj silniejsi niż jeszcze kilka lat temu. Mamy też cały szereg atutów, które powinniśmy wykorzystać, aby umiejętnie się w tej grze międzynarodowej poruszać. Czasami mamy też do czynienia – z naszego punktu widzenia – ze skrajnie, daleko posuniętą dekoniunkturą.

W konkluzjach szczytu Rady Europejskiej znalazł się także zapis wzmocnienia Partnerstwa Wschodniego. Jakie to ma znaczenie?

– Moim zdaniem nie ma to żadnego większego znaczenia poza ładnie brzmiącą retoryką. Jeśli partnerstwo wschodnie miałoby jakieś znaczenie, to przekładałoby się na konkrety – dajmy na to na jakieś propozycje dla Ukrainy w sensie instytucjonalnym, gospodarczym albo militarnym. Wtedy moglibyśmy mówić, że coś się w tej materii dzieje, ale de facto nie dzieje się nic. Od kilkunastu lat mamy do czynienia z iluzją, ze zwyczajnym mydleniem oczu, powtarzaniem tych samych haseł. Dlatego jeśli chodzi o wymierne efekty Partnerstwa Wschodniego, to na nic bym tu nie liczył.

Jako Polska też uczestniczymy w tym mydleniu oczu…

– Jest pytanie, co w tej sytuacji możemy innego zrobić. Polska jest akurat tym krajem, który krzyczy najgłośniej, woła, domaga się, naciska. Od czasu do czasu pojawiają się petycje, uchwały. W odniesieniu do tego zapisu z zakończonego w piątek szczytu Rady Europejskiej o wzmocnieniu Partnerstwa Wschodniego, to pewnie będą jakieś ruchy dyplomatyczne z naszej strony. Czekając, że w kwestii czynów nadejdą lepsze czasy, możemy też – nie oglądając się na Niemcy – w ramach możliwości sami zaproponować Ukrainie coś, co byłoby dla obu stron korzystne. Pamiętajmy też, że pomimo, iż stajemy się coraz silniejsi, że nasza pozycja gospodarcza wzrasta, to jednak nie jesteśmy mocarstwem, żeby rozdawać karty.

               Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl