logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Powinniśmy umacniać nasze siły zbrojne

Piątek, 3 września 2021 (07:36)

Aktualizacja: Piątek, 3 września 2021 (10:33)

Z dr. hab. Pawłem Soroką, profesorem Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Polityk Publicznych, koordynatorem Polskiego Lobby Przemysłowego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czy Pan Profesor podziela opinię prezydenta Bidena wyrażoną podczas niedawnego wystąpienia telewizyjnego, że sposób wycofania wojsk amerykańskich z Afganistanu był sukcesem?

– Z całą pewnością nie należy tego określać jako sukces. Prezydent Joe Biden nie tylko nie przyznał się do porażki, ale też nie odwołał się do przyczyn, co tu dużo mówić, złego stylu wycofania wojsk z Afganistanu. Co więcej, odpowiedzialnością za ewentualne nieprawidłowości obarczył innych.

Dlaczego nie należy uznać tego za sukces?

– Dlatego że wycofanie się Amerykanów miało bardzo chaotyczny przebieg. To nie był przemyślany, dobrze zorganizowany manewr. Tym bardziej że – jak zauważył Biden – już w marcu tego roku były sygnały, że talibowie mogą może nie tyle zająć Afganistan, co odnieść znaczące sukcesy. Zatem już od marca należało się przygotowywać, żeby to wycofanie było odpowiednio dobrze zorganizowane, a nie chaotyczne, z jakim mieliśmy do czynienia. Za taką oceną przemawiają chociażby dramatyczne sceny, które miały miejsce na lotnisku w Kabulu, świadczy o tym również fakt, że Amerykanie pozostawili całe swoje uzbrojenie armii afgańskiej, które przejęli talibowie. Osobiście dla mnie wstrząsającym, szokującym wręcz obrazem było zdjęcie talibów przebranych w mundury amerykańskich komandosów z pełnym uzbrojeniem. Jeszcze nie tak dawno trudno było sobie wyobrazić takie sceny, których teraz byliśmy świadkami.

Ale w świat poszedł komunikat, że Amerykanie przed opuszczeniem Afganistanu zniszczyli pozostawiony tam sprzęt…     

– Może tak było w przypadku lotniska w Kabulu, gdzie zresztą nie było dużo amerykańskiego uzbrojenia, ale zasadniczą, jedną z największych baz wojskowych była baza Bagram, położona kilkadziesiąt kilometrów na północ od Kabulu, którą Amerykanie często wykorzystywali do przeprowadzania nalotów na pozycje talibów. Mówi się oczywiście głównie o Amerykanach, ale należy pamiętać, że to była operacja sił sojuszniczych NATO. Nie wiem, co Amerykanie zrobili ze sprzętem wojskowym w bazie Bagram, ale z analiz, do których dotarłem, wynika, że większość uzbrojenia, zarówno Amerykanów, jak i armii afgańskiej, talibowie rzeczywiście przejęli. Oczywiście mogą mieć problemy z uruchomieniem, z obsługą tego nowoczesnego uzbrojenia – mam na myśli śmigłowce czy samoloty. Być może sprowadzą doradców z Rosji czy z innych państw, bo na pewno nie sojuszników amerykańskich. Ponadto – jak słyszymy – Amerykanie na misję w Afganistanie trwającą 20 lat wydali dwa biliony dolarów i obok pomocy humanitarnej, wspomagania władz afgańskich większość tej kwoty poszła na uzbrojenie, które teraz trafiło w ręce talibów, z którymi Amerykanie walczyli. Natomiast to, co się udało, to ewakuacja cywilów.

Tyle że były to działania wymuszone zaistniałą sytuacją…

– Owszem, ustalono termin ewakuacji 31 sierpnia i talibowie byli tu nieustępliwi. W związku z tym, że Kabul został bardzo szybko zajęty przez talibów, więc tego czasu brakowało – siłą rzeczy – w poczynania Amerykanów musiał się wkraść chaos, bałagan. To jak cywile szturmowali bramy lotniska – ale przede wszystkim kołujące po płycie przepełnione transportowe samoloty amerykańskie, nie mówiąc już o tych ludziach, którzy czepiali się podwozia startujących maszyn, a następnie spadali z wysokości – przejdzie zapewne do historii.

Można było uniknąć tego chaosu?

– Przeprowadzając ewakuację na taką skalę, która była przecież spodziewana, należało dokładnie przestudiować doświadczenia wietnamskie Amerykanów oraz ewakuację, jaką przeprowadził ZSRS, wycofując się w 1988 roku z Afganistanu. Niestety, nie wyciągnięto takich wniosków. Przypomnę, że armia sowiecka wycofywała się w sposób zorganizowany, zabierając ze sobą sprzęt itd., a wcześniej ewakuowali swoich obywateli. Natomiast w Wietnamie, kiedy armia północnowietnamska zdobyła Sajgon, w ostatniej chwili ewakuowano pracowników dyplomatycznych Stanów Zjednoczonych, m.in. śmigłowcami z dachu Ambasady Amerykańskiej, które to zdjęcia też ostatnio można było oglądać. Były to zatem poważne operacje, z których należało wyciągnąć wnioski, ale tego nowa administracja amerykańska nie zrobiła. Natomiast w poczynaniach dużo było żywiołowości i chaosu. To są tylko niektóre aspekty, które budzą niepokój, jeśli chodzi o stan mocarstwa, jakim są Stany Zjednoczone, i samego przywódcy Joe Bidena.

W jakim świetle stawia to prezydenta Bidena, bo pojawiają się głosy – także ze strony do niedawna jego zwolenników – że nie panuje nad sytuacją?

– Prawdziwi przywódcy sprawdzają się w sytuacjach kryzysowych. Takim prezydentem, który w niezmiernie trudnej sytuacji, grożącej wybuchem III wojny światowej – chodzi o kubański kryzys rakietowy w 1962 roku – był John Kennedy, który rok później zginął w zamachu w Dallas. Otóż Kennedy – nie wchodząc w szczegóły – stanął na wysokości zadania i w dużej mierze jemu zawdzięczamy, że nie doszło do wybuchu III wojny światowej. Przypomnę tylko, że to był czas, kiedy istniał Układ Warszawski i NATO, które ogłosiły już mobilizację, w Polsce również. Teraz historia – rzec można – powtarza się, bo w 1962 roku mieliśmy kryzys kubański, a teraz kryzys afgański i uważam, że urzędujący prezydent Ameryki Joe Biden nie stanął na wysokości zadania. Próba obrócenia tej ewidentnej porażki w sukces brzmi w ustach prezydenta bardzo niewiarygodnie.

Tych błędów Bidena w tak krótkim okresie jego urzędowania jest więcej: zgoda na dokończenie Nord Stream 2, teraz chaotyczna ewakuacja z Afganistanu. Czy Biden, biorąc pod uwagę także jego wiek, jest w ogóle w stanie sprawować urząd prezydenta?

– Świat wkracza w trudny, niebezpieczny okres turbulencji w różnych obszarach. To, co wydarzyło się w Afganistanie, ale także inne symptomy wskazują, że jesteśmy u progu zmian, gdzie nasili się rywalizacja między Stanami Zjednoczonymi a Chinami oraz między Stanami Zjednoczonymi a Rosją. Bardzo istotną kwestią jest to, czy Rosja stanie się sojusznikiem Chin, na co się zanosi. Idą zatem trudne czasy. Jeden z czołowych urzędników Unii Europejskiej określił to, co wydarzyło się w Afganistanie, jednym z największych wydarzeń geopolitycznych ostatnich lat. Sądzę, że wkraczamy w okres zmian geopolitycznych, które przyspieszą, a więc będzie to trudny i niebezpieczny czas. Jest pytanie, czy prezydent Joe Biden sobie z tym poradzi? Tutaj trzeba silnego przywódcy, takiego, który działa nie reaktywnie, ale w sposób przemyślany. Działania w Afganistanie były reaktywne, nie były to działania wyprzedzające. Teraz trzeba działać wyprzedzająco, bo takie mocarstwa jak Chiny czy militarnie również Rosja z całą pewnością będą próbowały wykorzystać sytuację i słabość Bidena.

Widać to już w Afganistanie, gdzie Amerykanie wychodzą, natomiast placówki dyplomatyczne Rosji czy Chin pozostają…                      

– Dokładnie. Okazało się, o czym prezydent Biden w ogóle nie wspomina, że w Afganistanie są różne bogactwa, złoża naturalne, choćby lit – metal wykorzystywany w produkcji baterii do laptopów i telefonów komórkowych, nie mówiąc już o żelazie czy miedzi. Wszystko wskazuje na to, że Rosja i Chiny będą dążyły do uruchomienia tych złóż. Jest też pytanie – skoro amerykańscy geolodzy przeprowadzili badania i wiedzieli o tych złożach, to dlaczego nie uruchomiono ich na przestrzeni ostatnich 20 lat? Owszem, Biden powiedział, że głównym motywem interwencji amerykańskiej była walka z terroryzmem, ale przecież chodziło też o wpływy amerykańskie w tym rejonie świata w rywalizacji właśnie z Chinami.  

Skoro Amerykanie mają świadomość, jak trudne czasy nadchodzą, dlaczego wybrali tak słabego prezydenta?

– Nie wiem, czy mieli w pełni świadomość, kogo wybierają. Ponadto trzeba powiedzieć, że w świecie amerykańskim były brane pod uwagę inne kalkulacje – chodziło o to, żeby miejsce prezydenta Donalda Trumpa zajął ktoś inny. I tutaj jedynym konkurentem, który miał szanse to zrobić, był kandydat demokratów. Pytanie brzmi, dlaczego akurat wysunięto Joe Bidena, który ma blisko 80 lat. Co więcej, nie jest zbyt sprawny, co widać także, jeśli chodzi o artykułowanie wypowiedzi. Myślę też, i nie jest to żadną tajemnicą, że bardzo dużą rolę w nowej administracji amerykańskiej odgrywa wiceprezydent Kamala Harris, która ma bardzo duży wpływ na prezydenta Bidena. Tak czy inaczej przy tej kandydaturze chodziło też o kwestie kulturowe, o bardzo lewicowe podejście do wielu kwestii. Odmiennie od polityki, jaką prowadził prezydent Trump. I tym się kierowano, wystawiając Joe Bidena, a mniejszą uwagę przywiązywano do aspektów zewnętrznych, międzynarodowych.

Zważając na skupienie się Stanów Zjednoczonych na rywalizacji z Chinami i patrząc na działania prezydenta Joe Bidena, czy bezpieczeństwo wschodniej flanki NATO nie jest dziś zagrożone? I w jakim świetle stawia to nasze sojusze?

– Sojusze są skuteczne wtedy, kiedy są wiarygodne i kiedy się sprawdzają w trudnych sytuacjach. Samo podpisanie jakiegoś dokumentu, nawet przy odpowiedniej otoczce medialnej, deklarowanie czy nawet podjęcie pewnych działań, to jest dopiero początek. To, co się stało w Afganistanie, to jest w dużym stopniu naruszenie wiarygodności Stanów Zjednoczonych jako mocarstwa oraz NATO jako sojusznika Waszyngtonu. W tym wypadku chodzi głównie o nas – o kraje Europy Środkowej i Wschodniej, bo to my jesteśmy na wschodniej flance Sojuszu Północnoatlantyckiego i wschodniej flance Unii Europejskiej. Sądzę, że powinniśmy wyciągnąć wnioski i mieć nadzieję, że sojusz, jakim jest NATO, który się sprawdził w czasie zimnej wojny, także teraz okaże się żywotny. Jednakowoż należy się też przygotowywać na gorsze scenariusze. Stąd powinniśmy umacniać nasze siły zbrojne, mam na myśli modernizację polskiej armii. Chodzi o rozwój ilościowy, ale przede wszystkim jakościowy i to w powiązaniu z rodzimym przemysłem obronnym.

Jak zatem ocenia Pan Profesor politykę obecnego resortu obrony, który skupia się na doposażaniu polskiego potencjału obronnego w oparciu o sprzęt głównie amerykański?   

– Podobnie jak Polskie Lobby Przemysłowe krytycznie oceniam działania MON, które zawarło wielkie kontrakty zbrojeniowe, bez jakiegokolwiek offsetu, mam na myśli rakiety HIMARS, samoloty F-35 czy czołgi Abrams. Modernizacja tego sprzętu będzie się musiała odbywać za granicą. A w przypadku konfliktu zbrojnego zawsze liczą się pierwsze tygodnie walki, gdzie sprzęt bardzo szybko się zużywa, dlatego należy go szybko odtwarzać. Stąd trzeba mieć na miejscu, u siebie sprawny przemysł obronny. Należy rozwijać, modernizować polską armię, ale przy jak największym udziale polskiego przemysłu obronnego, który powinien być umacniany. Zatem modernizacja armii w oparciu o własny przemysł obronny – to po pierwsze. Po drugie, potrzebne są działania dyplomatyczne. I tutaj uważam, że działania, jakie podejmuje prezydent Andrzej Duda, ale też rząd, są słuszne. Chodzi o zacieśnienie relacji z krajami bałtyckimi – Litwą, Łotwą, Estonią, także Rumunią, a więc współpraca regionalna i umacnianie jej w ramach „Dziewiątki Bukaresztańskiej”. Warto też spojrzeć na północ, bo niedoceniana jest współpraca z krajami skandynawskimi, Szwecją, Norwegią, Danią czy Finlandią, które na wschodniej flance też czują się zagrożone. Co ciekawe, mają one bardzo nowoczesny przemysł zbrojeniowy, z którym można i warto współpracować bardziej niż dotąd.

A jeśli chodzi o Unię Europejską?

– Istotne w tym całym układzie są także relacje z Unią Europejską. I jeśli Unia podejmie decyzje o zacieśnieniu współpracy wojskowej – zwłaszcza w dziedzinie technologicznej, dotyczącej nowoczesnego uzbrojenia, to powinniśmy w tym aktywnie brać udział, ale nie w kontrze do NATO, tylko traktować to jako drugi filar NATO, czyli w powiązaniu z Sojuszem Północnoatlantyckim. Inna sprawa, że również NATO powinno wyciągnąć wnioski z tego, co się stało w Afganistanie, i podjąć konkretne działania. Tak wyglądają w dużym skrócie cele, jakie powinna obejmować i realizować polska polityka obronna w kontekście tego, co wydarzyło się w Afganistanie.   

        Dziękuję za rozmowę.            

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl