logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Berlin zdradza przyjaciół

Poniedziałek, 24 stycznia 2022 (17:32)

Aktualizacja: Poniedziałek, 24 stycznia 2022 (17:32)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Rosjanie, Amerykanie oraz Brytyjczycy powoli redukują obsady swoich placówek dyplomatycznych w Kijowie. Trwa powrót rodzin dyplomatów do krajów macierzystych. Czy to znak, że wojna jest tuż-tuż?

– Wycofywanie rodzin zagranicznych dyplomatów z Ukrainy to bardzo niepokojący sygnał, rzeczywiście wskazujący, że zaostrzenie konfliktu – wojna jest możliwa. Oczywiście mieści się to w kategoriach tworzenia tzw. drabiny eskalacyjnej i wojny nerwów, co wcale nie oznacza, że dzisiaj czy jutro wybuchnie kinetyczny konflikt. Natomiast sytuacja jest bez wątpienia coraz groźniejsza.   

Jaka może być skala ewentualnej agresji rosyjskiej i czy Putin nie blefuje, wciągając słaby i podzielony Zachód w grę psychologiczną?

– To może być jedna z wersji, a nawet jeden ze scenariuszy, który jest na stole na Kremlu, aby spróbować maksymalnie wykopać podziały, rowy. Także spojrzeć, gdzie te podziały przebiegają – wzdłuż jakiej linii, a tym samym testować, do jakiego stopnia Amerykanie blefują, a na ile są gotowi rzeczywiście pomóc Ukrainie w tym konflikcie. I to wszystko jest sprawdzane przez Rosję. Nie można też wykluczyć, że pod uwagę jest brana interwencja militarna. Kijów, jakby nie było, nie jest wcale tak daleko od granicy z Rosją. Może to być też atak z kierunku białoruskiego – tym bardziej że rozpoczynają się tam rosyjsko-białoruskie manewry. Napięcie – jak widać – rośnie. Nie należy też zapominać, że Rosjanom chodzi o destabilizację Ukrainy jako państwa oraz zamanifestowanie światu, że Kijów to nie jest przewidywalny, bezpieczny partner, w związku z czym nie opłaca się tam inwestować itd.

W przeciwieństwie do Amerykanów czy Brytyjczyków, placówek dyplomatycznych w Kijowie nie zamierza jeszcze opuszczać Unia Europejska, co więcej, szef unijnej dyplomacji Josep Borrell, odnosząc się do decyzji administracji waszyngtońskiej, mówi, że nie należy dramatyzować. Czy Bruksela inaczej czyta geopolitykę i definiuje zagrożenia, a może nie rozumie powagi sytuacji?

– Bruksela nie jest w głównej grze, co więcej, Rosjanie mają świadomość, kto ewentualnie jest w stanie pomóc Ukrainie w sposób skuteczny w obliczu zagrożenia, że są to przede wszystkim Stany Zjednoczone i to z nimi de facto toczy się cała ta gra. Natomiast Unia Europejska zachowuje się jak zwykle w sposób ślamazarny, opieszale, jest duża inercja, jeśli chodzi o jakiekolwiek konkretne działania ze strony Brukseli. Jeśli zaś chodzi o Niemcy i ich stanowisko wobec tego konfliktu, to mamy do czynienia z ambiwalencją postaw, wypowiedzi jasno sugerujących, że Berlin w celu głębszej współpracy z Moskwą spokojnie może poświęcić Ukrainę.

Czy postawa Niemiec wyrażona przez wiceadmirała Kaya-Achima Schoenbacha – wprawdzie zdymisjonowanego po słowach, że Krym nie wróci do Ukrainy, a Putinowi należy okazać szacunek – nie zachęca Rosji do agresji?

– Na pewno jest to postawa pokazująca wyraźne pęknięcie na Zachodzie. Jeśli chodzi o Niemcy, to wypowiedź wiceadmirała Kaya-Achima Schoenbacha pokazuje, że Niemcy w imię własnych korzyści gospodarczych nie zawahają się zdradzić swoich przyjaciół. Zresztą ta wypowiedź nie jest jedynym przykładem zachowania, które pokazuje postawę Berlina. To świadczy, że w obliczu agresji Niemcy realnie nie kiwną palcem w obronie Ukrainy. Co więcej, taka wypowiedź jest dyplomatycznym podaniem dłoni Rosji. I to jest informacja, która dociera na Kreml, to jest informacja, z której jeśli nie dziś, to jutro Rosjanie zrobią użytek. Zresztą już robią, co najlepiej pokazuje wspólny projekt rosyjsko-niemiecki – gazociąg Nord Stream. Przypomnijmy, że Rosjanie w sposób bardzo sprytny związali z tym projektem przedstawicieli niemieckich elit, jak były socjaldemokratyczny kanclerz Gerhard Schröder, który kieruje radą dyrektorów spółki Nord Stream 2 AG. W tym sensie Moskwa i Putin działają skutecznie, co więcej, widać, że chęć współpracy Berlina i Moskwy narasta. Z drugiej strony warto się dziś zastanowić, czy były już dowodzący niemiecką marynarką wojenną nie miał racji, mówiąc, że sprawa przynależności Krymu – podobnie zresztą jak Donbasu – jest już przesądzona. Proszę zwrócić uwagę, że dzisiaj – siadając do stołu z Rosjanami – nikt już nie mówi o Krymie czy Donbasie, tak jakby ten temat był zamknięty. Nic zatem dziwnego, że Putin, wykorzystując słabość Zachodu, działa metodą faktów dokonanych, stawia sobie i realizuje kolejne imperialne cele.   

Jeszcze w tym tygodniu Stany Zjednoczone mają przedstawić uzgodnione z NATO i Ukrainą propozycje rozwiązania kryzysu. Co Zachód mógłby zrobić – czego nie zrobił do tej pory, żeby powstrzymać agresję Putina?

– Moim zdaniem Zachód nie tyle powinien prezentować rozwiązania, co – wobec postawy Putina i jego żądań – powinien zamanifestować swoją siłę. I to – uważam – jest najważniejszy element negocjacji, które się mają odbyć. Owszem, Amerykanie zapowiedzieli, że jeśli Rosja nadal będzie wywierać presję i zaatakuje Ukrainę, to rozmieszczą kolejne wojska na wschodniej flance NATO, ale to powinno stać się już dzisiaj, a nie dopiero jako odpowiedź na atak Rosji. Postawienie Putina w takiej sytuacji dałoby mu dużo do myślenia. Natomiast rozmowy, jakie się toczą, są z jednej strony szansą, bo zawsze jest lepiej rozmawiać, ale z drugiej strony – myślę też, że w Kijowie jest to odbierane z drżeniem. Pytanie jest bowiem takie, czy ktoś przypadkiem nie poświęci Ukrainy na ołtarzu porozumienia z Rosją  

Prezydent Joe Biden podtrzymał wprowadzenie surowych sankcji na Rosję w przypadku ataku na Ukrainę…

– To prawda, ale oprócz sankcji, które powinny być dotkliwe, jest jeszcze wymiar militarny tego konfliktu i działań z tym związanych. Wojna to wojna, więc w grę nie wchodzą tylko sankcje w przypadku ataku, ale również obrona Ukrainy i państw położonych na wschodniej flance Sojuszu Północnoatlantyckiego, które – jak wiadomo – są następne w kolejce, jeśli chodzi o plany imperialne Putina.

Taka jest też narracja rosyjskich mediów i rosyjskiej propagandy, gdzie eksperci, analizując sytuację i możliwe scenariusze, nie zaprzeczają, że w kolejce po opanowaniu czy destabilizacji Ukrainy są państwa dawnego bloku wschodniego. Co więcej, tworzą nawet plany potencjalnych ataków na Polskę i państwa bałtyckie…

– To prawda. Zwłaszcza dotyczy to takich państw jak Litwa, Łotwa czy Estonia. Ze strategicznego punktu widzenia ten wysunięty przyczółek NATO – wbijający się w kierunku Petersburga – jest dla Rosji dosyć niebezpieczny. W związku z tym to zagrożenie się potęguje – zwłaszcza po tym, jak Białoruś została całkowicie zdominowana przez Moskwę, a Ukraina jest w tej chwili testowana i agresja jest tam też bardzo prawdopodobna. Jednocześnie cały czas trwa urabianie rosyjskiej opinii publicznej. Z punktu widzenia Rosji istotny jest także przesmyk suwalski, gdzie może pójść ewentualna ofensywa i zamknięcie czy też odcięcie korytarza suwalskiego, a co za tym idzie – izolacja NATO i Polski od państw bałtyckich. Takie dywagacje, jakie można zaobserwować w rosyjskiej telewizji, są skierowane do wewnątrz, co ma stworzyć wśród Rosjan obraz państwa jako potęgi, supermocarstwa.   

Z informacji brytyjskiego i amerykańskiego wywiadu wynika, że Rosja planuje posadowienie w Kijowie marionetkowego rządu posłusznego Moskwie. Jak może się to dokonać: w ramach interwencji zbrojnej czy przewrotu pałacowego?

– Proszę sobie przypomnieć, że nawet podczas pacyfikacji Czeczenii znaleziono tam watażkę, który sytuację stabilizuje, co z punktu widzenia Rosji jest bardzo wygodne. Zatem naturalnie, że taki wariant marionetkowego rządu w Kijowie również wchodzi w grę. Trudno też wyobrazić sobie, żebyśmy mieli do czynienia z jakąś okupacją militarną na dużą skalę, w stylu XIX-wiecznym, bo to pociągałoby za sobą ogromne koszty, z którymi Putin też musi się liczyć. W grę zatem wchodzi interwencja i osiągnięcie konkretnego celu politycznego, a tym jest przejęcie Ukrainy przez Rosję w strefę swoich wpływów.

Ukraińcy twierdzą, że są gotowi walczyć o swoją ojczyznę. Zważając na możliwości – jakie są ich szanse w zetknięciu z Rosją?

– W sensie proporcji sił to oczywiście Ukraina nie ma szans. Natomiast w sensie odstraszania i zadawania bolesnych strat Rosjanom, to owszem, jest to możliwe. Wszystko będzie zależało od tego, jak bardzo naród ukraiński jest zdeterminowany, żeby bronić swoich granic, swojego państwa i czy nie da się Putinowi podzielić.

Ambasador Ukrainy w Polsce uważa, że Ukraińcy są bardzo zdeterminowani, żeby bronić swojego kraju przed kolejną rosyjską agresją i okupacją?   

– Rolą każdego ambasadora – zwłaszcza dyplomaty państwa zagrożonego agresją – jest wypowiadać takie słowa. Natomiast – tak naprawdę to praktyka pokaże, czy i na ile okaże się to skuteczne. Armia ukraińska, choć jest dzisiaj w lepszym stanie niż w 2014 roku, podczas aneksji Krymu, nie zmienia to faktu, że jest słabsza – zwłaszcza pod względem sprzętu od armii rosyjskiej – nawet mimo doposażenia przez Stany Zjednoczone czy NATO. Oczywiście zdeterminowani Ukraińcy mogą się zmobilizować, ale czy i na ile to wystarczy, aby zatrzymać Rosję, tego nie wie nikt. Obyśmy się nie musieli o tym przekonywać.

             Dziękuję za rozmowę.    

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl