logo
logo

Zdjęcie: facebook.com/grzegorzgorskiPL/ Inne

Bezrefleksyjna postawa Zachodu wobec Rosji

Sobota, 29 stycznia 2022 (19:47)

Z prof. Grzegorzem Górskim, doktorem habilitowanym nauk prawnych, profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Toruńskiej Szkoły Wyższej – Kolegium Jagiellońskiego, w latach 2011-2014 sędzią Trybunału Stanu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Rosja przerzuca wojska powietrzno-desantowe w pobliże ukraińskiej granicy, także w okolice Brześcia – w pobliżu granicy z Polską. Co to może oznaczać?

– Jest to kolejny element strategii budowania ekstremalnego napięcia. Celem jest tworzenie przeświadczenia, że Rosja jest gotowa do działań agresywnych na dowolnym kierunku, a NATO i Unia Europejska są bezradne. W efekcie Zachód marzy o deeskalacji, za którą Rosja z pewnością zażąda wysokiej ceny. Ukraina, może kraje bałtyckie, może także Polska, a może też Finlandia. Wszystko jest w grze. Taka jest rosyjska strategia rozgrywania konfliktów.

No właśnie, czy szykowany jest tylko atak na Ukrainę? Czy Putin nie koncentruje uwagi świata na Ukrainie, a tymczasem szykuje jakąś „niespodziankę”?

– W moim przekonaniu na dziś Ukraina jest celem numer jeden. Trwałe wydobycie się Ukrainy z zależności od Moskwy grozi upadkiem całej, budowanej od sześciu stuleci ideologii państwowej. Do tego dochodzi wspominany przeze mnie na każdym kroku problem autokefalii ukraińskiej Cerkwi prawosławnej – to już całkowicie destruuje „moskiewski świat”, otwarcie kwestionuje ideę „III Rzymu”. Rosja w tej sprawie wytoczyła wojnę Patriarchatowi Konstantynopolitańskiemu i Kościołowi greckiemu, doprowadzając de facto do rozbicia prawosławia na dwie odrębne grupy.

Unicestwienie ukraińskiej autokefalii jest najważniejszym celem na obecnym etapie realizowania odbudowy rosyjskiego imperium – bez osiągnięcia tego celu imperium to będzie jedynie karykaturą pozbawioną fundamentów. Tylko przejmując władzę w Kijowie, poprzez swoich ludzi, Rosja będzie mogła zrealizować ten cel. Dlatego inne cele tej fazy wojny o restytucję imperium mają charakter wtórny, pomocniczy. Oczywiście, jeśli wskutek głupoty Stanów Zjednoczonych, Niemców czy Francuzów „przy okazji” Putinowi uda się osiągnąć inne cele, to czemu nie. Ale na dzisiaj celem numer jeden jest zainstalowanie w Kijowie takiej władzy, która spowoduje, iż Cerkiew ukraińska podda się ponownie Moskwie.

Jakie, zdaniem Pana Profesora, scenariusze wchodzą w grę?

– Pisałem o tym na moim Facebooku. Przypomnę więc, jak w moim przekonaniu wygląda aktualna drabina eskalacyjna Moskwy: Po pierwsze, całe zamieszanie jest po to, by zmusić świat do uznania aneksji Krymu; po drugie, trochę większe zamieszanie i mocniejsza presja ma na celu legalizację przejęcia Donbasu i może jeszcze trochę ziemi wokół tego obszaru. Po trzecie, wzniecenie jakiegoś powstania w Odessie i odcięcie Ukrainy od morza. Ponadto wymęczenie Ukrainy długotrwałą mobilizacją i rozpraszaniem sił na bardzo długiej granicy z Rosją i Białorusią – w konsekwencji doprowadzenie do wewnętrznego przesilenia i „demokratycznego wyniesienia” nowego Kuczmy/Janukowycza – posłusznego Moskwie.

Na dzisiaj kandydatem może być były przewodniczący Rady Najwyższej Ukrainy Dmytro Razumkow. W grę wchodzi też akcja Łukaszenki na Kijów i tu są dwa warianty: Ukraińcy odrzucają białoruski zagon, wkraczają na Białoruś – Rosja udziela pomocy sojuszniczej Białorusi i wychodzi na tyły ukraińskiej obrony na Dnieprze. I drugi wariant – Ukraińcy nie wchodzą na Białoruś, ale Rosja i tak realizuje ten scenariusz i udziela braterskiej pomocy. Możliwy jest także frontalny atak ze wszystkich stron – uwertura do większej konfrontacji z Zachodem. W przypadku oczekiwanego rozwoju wydarzeń Putin może się pokusić o nacisk na Litwę, Łotwę i Estonię, gdzie też mogą być jakieś uzyski. Jeśli wszystko ułoży się po myśli Putina – wedle tych założeń – to następnym krokiem będzie presja na Polskę i Rumunię – może uda się kosztem deeskalacji na jednym czy drugim odcinku – uzyskać coś w jeszcze, np. Mołdawię.

Jak skomentować słowa anonimowego rosyjskiego urzędnika, który korespondentowi serwisu Terror Alarm w Moskwie powiedział, że w przypadku zaatakowania przez jakiś kraj NATO, Rosja przeprowadzi atak – podobny do tego na Hiroszimę – na Kijów lub jakąkolwiek stolicę NATO?

– Uważam, że nie ma takiego zagrożenia. Oczywiście, Rosjanie mogą w jakiejś desperacji o tym mówić, ale to zbliżałoby ich do sytuacji głębokiej izolacji, bowiem takiej „zabawy” nie zaakceptowałyby już nawet środowiska sympatyzujące z Rosją.

Rosja używa szantażu i de facto trzyma Zachód w szachu?

– Rosja korzysta dziś z głupoty europejskich i amerykańskich elit. Te, realizując skrajnie zideologizowaną tzw. agendę klimatyczną, wpędziły się w olbrzymie kłopoty energetyczne. Na własne życzenie zbudowały model, w którym oddały w ręce Rosji karty z najsilniejszymi atutami. W tej sytuacji trudno się dziwić Rosji, że wykorzystuje taki dar przyniesiony jej właściwie na tacy. Byłoby rzeczą dziwną, gdyby Rosja nie wykorzystała takiej koniunktury. No i skutki tej bezrefleksyjnej polityki widzimy. Ale to dopiero początek, bo Europa chce dalej brnąć w szaleńczych projektach Fransa Timmermansa, a raczej określonych grup interesów, korzystających na tych aberracyjnych pomysłach. Za chwilę skutkiem tego obłędu będzie kolejny wielki kryzys – tym razem na rynkach żywności. To wszystko sprzyja Rosji, a ta umie wykorzystywać takie sytuacje.

Panie Profesorze, a co z solidarnością sojuszniczą państw NATO?

– Aby istniała realna solidarność, musi być poczucie wspólnoty zagrożenia. Taki był Sojusz Północnoatlantycki do 1991 roku. Po upadku ZSRS nie było już wspólnoty zagrożenia, więc NATO zaczęło być coraz mniej solidarne. Dzisiejsze problemy wschodniej flanki nie są postrzegane jako zagrożenie dla przynajmniej połowy członków NATO. W tej sytuacji na jaką solidarność można liczyć?

To pokazuje, że świat tak naprawdę nie jest zjednoczony wokół zagrożenia ze strony Moskwy?

– Dokładnie. Większości, i to zdecydowanej, wydaje się, że jedynym problemem jest dzisiaj Ukraina. Ciągle mało kto dostrzega problem w szerszej i dalszej perspektywie. Poza tym panuje przekonanie, że Rosja może być atrakcyjnym partnerem gospodarczym. Notabene jedno jest zadziwiające – prawie dla każdego kraju Unii Europejskiej Polska jest większym partnerem handlowym niż Rosja, ale tylko nieliczne spośród nich są skłonne przyznawać Polsce w określaniu swoich interesów status choćby porównywalny do statusu Rosji. To niepojęte, ale to świadczy też o słabości w artykułowaniu naszych interesów.

Znamy chociażby postawę Niemiec, które jako wsparcie wysłały na Ukrainę pięć tysięcy hełmów. Czy to nie kpina i de facto wyraźne wsparcie Putina?

– Niemcy zachowują się niczym holenderski lekarz asystujący przy eutanazji. Chcą zapewnić komfort składanej przez siebie do grobu Ukrainie. Więcej nie ma co tego komentować. Natomiast trzeba z tego wyciągnąć wnioski dla siebie.

Jest mowa o sankcjach na Rosję ze strony Stanów Zjednoczonych, a także Unii Europejskiej, tymczasem Niemcy walczą, żeby sankcje nie objęły sektora energetycznego…

– Dlatego kiedy słyszę, że jakieś straszne sankcje dotkną Rosję, jeśli najedzie Ukrainę, to chce mi się po prostu śmiać. Nawet w stosunku do Białorusi nie udało się wprowadzić minimalnie dolegliwych sankcji, a Rosja jest nimi obłożona od siedmiu lat. I co? Nic. Takie to są sankcje. Szkoda naprawdę czasu na poświęcanie uwagi takim zapowiedziom.

Czy w niemiecko-rosyjskiej polityce chodzi tylko o interes gazowy, czy może być jakieś drugie dno? Na przykład nieformalne porozumienie Berlina i Moskwy w rozgrywaniu Europy?

– Niemcy od ponad dekady usiłują zaprowadzić nowy porządek w Europie. Prowadzą świadomą politykę erodowania pozycji Amerykanów na kontynencie, wypchnęli z kontynentu Wielką Brytanię, glajszachtują Unię Europejską, a wszystko to robią, zacieśniając więzy z Rosją. Na dzisiaj chodzi tu głównie o więzy ekonomiczne. Dla przykładu – pod pozorem walki z ociepleniem klimatu przebudowują strukturę energetyczną całej Europy, zapewniając sobie miejsce głównego dystrybutora rosyjskich nośników energii na kontynencie. Liczą na to, że z jednej strony będą dzięki temu trzymać w szachu europejskich partnerów, petryfikując przy okazji pozycję swojego przemysłu, a z drugiej strony uzależniając stan finansów Rosji od wpływów za nośniki dostarczane do Europy. I tak na grzbietach państw europejskich oraz wykorzystując Rosję, chcą zbudować swoją superimperialną pozycję. Ale to jest oczywiście wyraz kompleksów duszy niemieckiej, dążącej od stuleci do dominacji nad innymi. Koniec tych zabiegów zawsze był taki sam.

całej tej rozgrywce uwaga skupia się na Rosji, natomiast w cieniu pozostają Chiny, które mogą udzielić wsparcia Rosji, ale korzystając z okazji, Chiny nasilają presję na Tajwan. Czy zatem kryzys ukraiński może być tylko elementem walki o przyszły porządek świata?

– Tak, oczywiście. Nie można mieć wątpliwości, że natychmiast po zimowych igrzyskach olimpijskich w Pekinie Chiny przystąpią do zdecydowanych działań na Dalekim Wschodzie. Trudno przypuszczać, aby nie chcieli  wykorzystać zaangażowania Stanów Zjednoczonych w Europie. Wiosna zapowiada się więc bardzo dynamicznie.

          Dziękuję za rozmowę.
 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl