logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Walka geopolityki z ideologią

Piątek, 18 lutego 2022 (19:59)

Aktualizacja: Piątek, 18 lutego 2022 (21:03)

Z prof. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą KUL i AKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Wygląda na to, że wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie Polski i Węgier wpisuje się nie w sprawiedliwość, ale w potrzeby Komisji Europejskiej…

– Dokładnie. TSUE jest w istocie sądem skrajnie upolitycznionym – tak to trzeba określić. Drugiego takiego zdaje się nie ma w całej Europie. Dlatego unijni sędziowie zawsze wyrokowali w rytm tego, co czyni Komisja Europejska. Stąd myślenie, że w Trybunale Sprawiedliwości w Luksemburgu chodzi o sprawiedliwość, byłoby zwyczajnie naiwnością. Nic zatem dziwnego, że i tym razem ta reguła się sprawdziła i TSUE oddalił skargi Polski i Węgier na mechanizm warunkowości.

Jak zatem zinterpretować ten werdykt?

– Wygląda na to, że to jest element szantażu stosowany wobec Polski oraz Węgier, i to na różne sposoby. Nie wspominając działań Komisji Europejskiej, również atmosfera w Parlamencie Europejskim – jeśli chodzi o te dwa państwa – jest wręcz histeryczna. Stąd przez najbliższe półtora roku do wyborów parlamentarnych czeka nas czas bardzo intensywnej walki w kierunku wymiany rządów w Budapeszcie i Warszawie.

Tyle że organy UE nie mają kompetencji do ograniczania suwerenności państw narodowych poza postanowieniami traktatów.

– To prawda, ale nikt z tym się nie liczy. Widać, że ci, którzy przede wszystkim powinni przestrzegać praworządności, nie liczą się z nikim ani z niczym przy realizacji swoich celów. Mają za nic Traktaty o Unii Europejskiej, nie liczą się też z zapisami prawnymi, tylko mają na uwadze, żeby jak najwięcej wyszarpać. Mamy więc uzurpację kompetencji i użycie prostej siły, aby ugrać wszystko dla siebie i przeciw tym, którzy się tej uzurpacji próbują przeciwstawiać. To, co jest zapisane w unijnych traktatach i w prawie, nie ma aż takiego znaczenia. Proszę zwrócić uwagę, że Komisja Europejska albo jej przedstawiciele wymuszali nawet na polskich samorządach cofnięcie stanowisk w sprawie ideologii lgbt, stanowisk w obronie tradycyjnej rodziny. Dotyczyło to stanowisk, nawet nie prawa. Mieliśmy szantaż finansowy, podczas gdy wspomniane unijne organy nie mają do tego kompletnie żadnych kompetencji. Widać jednak, że nie liczy się to, czy ktoś posiada kompetencje, czy ich nie ma, natomiast liczy się to, żeby jak najwięcej wyszarpać siłowo i przy pomocy szantażu także finansowego wymusić uległość.

Jakie możliwe scenariusze rysują się po uznaniu mechanizmu „pieniądze za praworządność” za zgodny z unijnym prawem przez Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu?

– Najpierw będzie szantaż wobec Polski związany z Izbą Dyscyplinarną Sądu Najwyższego. I jeśli ta izba nawet zostanie zlikwidowana, to pojawi się jakiś inny pretekst do ataku. Z całą pewnością pojawią się kwestie ideologiczne – tak jak pojawiały się już na Węgrzech, związane z ideologią gender. I taka sytuacja będzie trwać nadal, chyba że coś zmieniłoby się w kontekście przetasowań politycznych na kanwie konfliktu o Ukrainę, w sytuacji gdyby się pojawiła jakaś – dajmy na to – amerykańska presja, żeby dać Polsce spokój. Zobaczymy, czy w tej kwestii coś się zmieni, bo jeśli nie, to wszystkie mechanizmy przeforsowane przez Radę Europejską i teraz zaklepane przez Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu zaczną obowiązywać i być narzędziem presji. Wszystko po to, żeby Donald Tusk mógł zrobić kolejny spot i pokazać kolejny stadion pełen palet euro z pieniędzy, które rzekomo zostaną nam dane, jeśli on ze swoją ekipą powróci do władzy. Z kolei Unia Europejska będzie wzmacniać ten przekaz, jak również pozycję samego Tuska. Tak to mniej więcej będzie wyglądać. Chyba że w układzie geopolitycznym coś się zmieniło i ten układ brukselski zostanie zmuszony przez Stany Zjednoczone do odpuszczenia Polsce.

To już chyba od nas nie jest zależne?  

– Oczywiście, że jest przynajmniej po części zależne od nas, bo wygląda na to, iż Polska przez swą aktywność i racjonalną politykę wraca do gry na Wschodzie. Wiadomo też, że w Stanach Zjednoczonych rządzi układ skrajnie lewicowy, któremu rząd prawicowy w Polsce się nie podoba. Natomiast w perspektywie geopolitycznej wiadomo, że Prawo i Sprawiedliwość jest opcją proamerykańską w Polsce, z kolei Platforma jest opcją proniemiecką. I w tym konflikcie, jaki nastał między Berlinem a Waszyngtonem, w interesie Stanów Zjednoczonych jest utrzymanie obecnej władzy w Polsce właśnie z geopolitycznego punktu widzenia, bo z ideologicznego punktu widzenia, oczywiście nie. Wszystko zatem zależy od tego, czy w Waszyngtonie wygra myślenie geopolityczne czy myślenie ideologiczne. I od tego zależy, czy Amerykanie nas wesprą w tej całej batalii z Brukselą i Berlinem.

Czy to nie jest odpowiedni moment, a przynajmniej to powinien być moment zwrotny polskiego członkostwa w Unii Europejskiej, ponieważ kompromisy z naszej strony są wykorzystywane przez Brukselę, która prze dalej i dalej?

– To jest rzeczywiście ważny moment, tylko pytanie brzmi: czy my jako społeczeństwo, jako państwo nauczymy się żyć bez uzależnienia od funduszy unijnych? Pieniądze są ważne, bardzo ważne dla funkcjonowania i rozwoju państwa, ale uzależnienie swojego życia gospodarczego od grantów zewnętrznych jest w gruncie rzeczy patologią. Granty mogą być lub może ich nie być i w takich właśnie kategoriach powinniśmy do tego podchodzić, i uczyć się w ten sposób funkcjonować, łącznie z uczeniem się życia i działania w sytuacji, kiedy nam tych środków nie wypłacają, wstrzymują itd. Jeśli tak nas traktują, to powinniśmy postawić się i nie wpłacać składki do wspólnej unijnej kasy itp. To jest kwestia bardzo ważna. Jest tylko pytanie: jak na to zareagowałoby polskie społeczeństwo? Ale inaczej – moim zdaniem – się nie da, skoro coraz bardziej zideologizowane elity unijne są niereformowalne i nieskłonne do kompromisu. W tej sytuacji powinna być nowa odsłona polskiej polityki wobec Unii Europejskiej.

A może potrzebna jest bardziej pogłębiona edukacja społeczeństwa polskiego, żeby miało świadomość, iż można funkcjonować bez unijnych grantów, zwłaszcza gdy są uzależnione od widzimisię brukselskich ideologów, i że najważniejszy jest rozwój polskiej gospodarki, która może dać sobie radę bez unijnej kroplówki?

– Myślę, że ta edukacja następuje szczególnie w elektoracie prawicowym. Jest to oczywiście przyspieszona edukacja nie na zasadzie wykładów teoretycznych, ale praktyki i doświadczenia tego, jak Unia Europejska realnie funkcjonuje i jak realnie traktuje mniejsze kraje. Mamy do czynienia z przyspieszonym kursem edukacyjnym. W tym zakresie jest tylko pytanie, jakie kręgi to szkolenie zatoczy – mniejszościowe czy większościowe, i jaka będzie reakcja. Myślę, że to praktyka życia pokaże.

Jak w tej sytuacji powinien zachować się nasz rząd, zwłaszcza że widać, iż taktyka ujawniona swego czasu przez wiceszefową Parlamentu Europejskiego, niemiecką polityk Katarinę Barley, o finansowym zagłodzeniu Polski i Węgier, jest realizowana?  

– Tu nie ma złotego środka. Powinniśmy na arenie unijnej zachowywać się normalnie, twardo grać, odpowiadać zdecydowanie, jeśli będą ataki, tym bardziej jeśli będą sankcje. Trudno też, żeby Polska płaciła składkę, jeśli nie będzie otrzymywać unijnych funduszy, bo to byłoby nienormalne płacić haracz kolonialny. W związku z tym musimy grać twardo, odpowiadać twardo i uniezależniać się od grantów, bo jeśli od nich się uzależniamy, to tym bardziej są elementem szantażu.          

Gdybyśmy grali twardo już w grudniu 2020 roku podczas unijnego szczytu w Brukseli i nie pozwolili na przegłosowanie mechanizmu „pieniądze za praworządność”, to dzisiaj nie bylibyśmy pod pręgierzem?

– Możliwe, ale w tzw. między czasie pewnie wymyślono by jakiś inny mechanizm, jakiś sposób nacisku, szantażu, bo tu liczy się wola silniejszego, a nie prawo i mało kto się tym przejmuje, że na porządku dziennym są działania pozatraktatowe. Jeśli zaś chodzi o postawę polskiego rządu w grudniu 2020 roku i zgodę na ten mechanizm, to mleko już się rozlało i pozostaje nam działać w takich warunkach, jakie są dzisiaj, bo nikt już nie zmieni tamtego stanu rzeczy. Ważne też, żeby wyciągać wnioski na przyszłość.

Unia Europejska nie jest w stanie się zreflektować, nawet w sytuacji zagrożenia z zewnątrz, jakie płynie ze Wschodu. Czy zaognianie sytuacji, dzielenie zamiast konsolidacji, nie jest wyrazem braku odpowiedzialności organów unijnych?

– Unia Europejska nie patrzy w tych kategoriach, nie patrzy na zagrożenie rosyjskie w taki sposób, jak my, Polacy. To było widać, jak w obliczu zagrożenia zachowywali się Niemcy, Francuzi, czy nawet Włosi. Dlatego nasze myślenie i łudzenie się, że oni się zreflektują, bo wzmaga się rosyjskie zagrożenie, jest według mnie naiwnością. Chciałbym się mylić w tej ocenie, ale osobiście nie wierzę, żeby elity brukselskie, europejskie stać było zwłaszcza na pogłębioną refleksję w tym zakresie. Jest tylko pytanie, czy ich nie docisną Amerykanie, bo Stany Zjednoczone inaczej patrzą na konflikt, jaki jest wokół Ukrainy, i widzą go jako ważny, poważny i niebezpieczny, zagrażający pokojowi nie tylko w Europie.      

   Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl