Czy wojna na Ukrainie i atak Rosji są nieuniknione?
– Po wszystkich spekulacjach, bawieniu się we wróżów – będzie wojna czy nie będzie – dzisiaj możemy powiedzieć więcej i wszystko wskazuje, że prawdopodobieństwo eskalacji działań rosyjskich wobec Ukrainy jest coraz wyższe, a tym samym jesteśmy w przededniu rosyjskiego ataku. Mówią o tym zarówno Amerykanie dysponujący informacjami wywiadowczymi, jak i kierownictwo NATO. Musimy też pamiętać o pewnej koincydencji zdarzeń – mianowicie 20 lutego kończą się igrzyska olimpijskie w Pekinie i obowiązuje niepisana zasada o niewszczynaniu konfliktów zbrojnych w czasie trwania tego typu rywalizacji sportowej.
Czy Putin liczy się z tymi zasadami, to zupełnie inna sprawa, natomiast z całą pewnością nie będzie chciał podpaść Chinom, dlatego nie zdecydował się zakłócić najważniejszej imprezy sportowej. Putin ma jakąś dziwną zdolność wszczynania działań zbrojnych w trakcie trwania bądź tuż po zakończeniu ważnych imprez sportowych. Przypomnijmy, że podczas igrzysk letniej olimpiady w Pekinie w 2008 roku najechał na Gruzję, a w 2014 roku tuż po igrzyskach w Soczi zajął Krym i rozpoczął wojnę o Donbas. Patrząc na te historyczne doświadczenia można się spodziewać, czy raczej nie można wykluczyć, rosyjskiej agresji, zwłaszcza że Rosjanie przy granicy z Ukrainą zgromadzili już znaczne siły – ponad 150 tysięcy żołnierzy.
Dwie samozwańcze republiki na wschodzie Ukrainy – Doniecka Republika Ludowa i Ługańska Republika Ludowa – właściwie już są w rosyjskich rękach…
– Znaczące jest to, że Putin został zobowiązany przez rosyjską Dumę Państwową, która 15 lutego zwróciła się do niego o uznanie państwowości tych dwóch separatystycznych republik na wschodzie Ukrainy – Donieckiej Republiki Ludowej i Ługańskiej Republiki Ludowej. Na to nakłada się wydanie już ponad pół miliona paszportów rosyjskim mieszkańcom tych dwóch okupowanych przez Rosję obszarów. To do złudzenia przypomina działania Rosji w mołdawskim Naddniestrzu czy gruzińskiej Abchazji oraz Osetii Południowej. Co interesujące, ten wniosek rosyjskiej Dumy został zainicjowany, złożony przez Komunistyczną Partię Federacji Rosyjskiej, a więc przez komunistów.
Wniosek ten przeszedł przez rosyjski parlament i trafił na biurko Putina, który w pewnym momencie będzie mógł powiedzieć, że skoro organ demokratyczny występuje, skoro nasi obywatele są dręczeni przez Ukraińców, to jego obowiązkiem jest im pomóc i spełnić de facto ich życzenie i przyłączyć te terytoria do Rosji. Innymi słowy, w jego mniemaniu nie jest to żadna agresja, ale Rosja idzie na odsiecz swoim obywatelom. Taka jest, czy taka będzie narracja. Co ciekawe, mowa jest tu o dwóch bytach państwowych – Donieckiej Republice Ludowej i Ługańskiej Republice Ludowej, ale nie o Ukrainie. To w mniemaniu Putina zmienia sytuację, bo zawsze może powiedzieć, że nie atakuje Ukrainy, ale idzie na pomoc zaprzyjaźnionym sąsiadom – obywatelom rosyjskim, którzy czując się zagrożeni ze strony Ukraińców, proszą o interwencję.
Putin już kolejny raz działa przy pomocy faktów dokonanych. Widać to sprawdzona metoda?
– Sprawdzona i skuteczna. W tym momencie jest już chyba po wszystkim, a Putin w taki oto sposób kolejny raz ugrywa swoje. Stawia swoją stopę na nieswojej ziemi, uznając ją za swoją. To już drugi akt rozbioru Ukrainy. Ponadto pokazuje się przed własnym narodem jako zwycięzca, a jednocześnie nie idzie na wojnę z Zachodem. Jest to zatem sygnał wysłany do Rosjan, że pod przywództwem Putina Rosja ciągle powiększa swoje terytorium – realizując swój plan o odbudowie imperium, marzenie o wielkomocarstwowej Rosji. Był Krym, było Naddniestrze, była Abchazja, Osetia Południowa, a teraz nowa zdobycz, nie wspominając już o Kazachstanie. Wydaje się więc, że będzie się jeszcze dużo działo i co ciekawe, z racji, o których wspomniałem wcześniej, ten klimat może być dla Rosji pozytywny.
Ostatnio w Rosji spotkali się dwaj satrapowie – Putin i Łukaszenka. Czy Białoruś jest już w rękach rosyjskich?
– Ależ tak. Proszę zwrócić uwagę, co mówi Łukaszenka, który oddaje swój kraj Putinowi za cenę możliwości dalszego sprawowania dyktatorskiej władzy. Nic zatem dziwnego, że Łukaszenka nazywa Putina większym bratem, co więcej, jeszcze przed spotkaniem zapowiadał, że ćwiczenia wojsk rosyjskich i białoruskich to sprawa jego i Putina i będą trwały tak długo, jak obaj postanowią. I postanowili, że rosyjsko-białoruskie manewry „Związkowa Stanowczość-2022” na poligonach Białorusi potrwają bodajże do końca lutego. Myślę, że rosyjskie wojska pozostaną już na Białorusi, w tej sytuacji powinniśmy (my Polacy, ale także Sojusz Północnoatlantycki) powoli oswajać się z myślą, że nasza granica z Federacja Rosyjską zaczęła się właśnie wydłużać o granicę z Białorusią.
Tak czy inaczej, szukając dat ewentualnej agresji na Ukrainę – we wspomnianej formie – powinniśmy się nastawić na koniec igrzysk w Pekinie albo kilka godzin, może nawet dni po wygaśnięciu olimpijskiego znicza. Przedbiegi już mamy, trwają ostrzały przygraniczne, w Donbasie zginął dziś kolejny ukraiński żołnierz, prowadzone są przez stronę rosyjską działania prowokacyjne, ale to wszystko wydaje się być tylko rozgrzewką, a kulminacja, większa operacja nastąpi po 20 lutego.
Czy Zachód swoimi informacjami wywiadowczymi podawanymi przez prezydenta Joe Bidena czy szefa NATO Jensa Stoltenberga dotyczącymi przegrupowania wojsk rosyjskich, gromadzenia sił i środków, także zapasów krwi przez siły rosyjskie i wyprzedzając niejako ruchy, nie wybija po kolei atutów z ręki Putinowi i być może zmusza go do zmiany terminów ataku, które miały być elementem zaskoczenia?
– Być może cała ta konstrukcja, którą zbudował Putin, poprzez działania Zachodu musi ulegać zmianie, korektom, ale sądzę, że tym, co wstrzymywało dotąd Rosję przed atakiem, był respekt przed Chinami, które chciały, aby igrzyska olimpijskie odbyły się bez zakłóceń. Zatem Chiny miały i mają większy wpływ niż Waszyngton na wstrzymanie działań przez Putina. To pokazuje, że chiński sojusznik jest dla Moskwy ważniejszy niż Waszyngton.
Jak odczytuje Pan opuszczanie Ukrainy przez ambasady państw zachodnich?
– Uważam, że społeczność międzynarodowa popełnia błąd opuszczając Ukrainę. Również ambasady państw nie powinny opuszczać Kijowa. Mamy zamrażanie kapitału na terenie Ukrainy przez zachodnie firmy, tymczasem w obliczu zagrożenia ze strony Rosji powinno być dokładnie odwrotnie. Zachód powinien inwestować na Ukrainie, a wycofywać się z Rosji. W tym momencie wycofując się z Ukrainy, Zachód niejako zaprasza Putina. Ponadto wycofując kapitał, ewakuując ambasady Zachód gospodarczo i politycznie karze Ukrainę, która nie dość, że uboga, zaczyna jeszcze bardziej odczuwać problemy. Tymczasem w Rosji, która jest agresorem, która wywiera presję na wolny kraj Ukrainę, zachodni dyplomaci wciąż są, a interesy są realizowane w najlepsze. Podobnie rzecz ma się na Białorusi. Wycofanie dyplomatów z obu tych państw – z Rosji i Białorusi – oraz interesów, inwestorów do czasu wyjaśnienia sytuacji i wycofania się z agresywnych planów byłoby bardzo bolesne dla Putina i Łukaszenki.
W grze – jako karta przetargowa – cały czas jest Nord Stream 2. Czy ulegając niejako presji Zachodu i dokonując „tylko” zawłaszczenia dwóch separatystycznych republik na wschodzie Ukrainy – Donieckiej Republiki Ludowej i Ługańskiej Republiki Ludowej – Putin nie pozostawia sobie furtki do uruchomienia gazociągu?
– Wprost przeciwnie. Uważam, że agresja i zawłaszczenie Donieckiej Republiki Ludowej i Ługańskiej Republiki Ludowej – to wszystko skończyłoby się bardzo źle dla gazowych interesów Rosji. Tak czy inaczej, co do prawdziwych intencji Rosji chyba już nikt dzisiaj nie ma wątpliwości. Co więcej, o zamiarach Kremla dziś nie mówią już tylko „rusofobiczni” Polacy – bo to my do tej pory mówiliśmy najgłośniej o zamiarach Putina i jego wielkomocarstwowych zapędach – ale dzisiaj już wszyscy sobie uświadomili, jakim wielkim zagrożeniem jest uleganie Rosji, bierne przyglądanie się działaniom Putina i robienie z nim interesów. To spowodowało, że wiarygodność wolnorynkowa Rosji znacznie się obniżyła, została zszargana przez samych Rosjan, a tego tak łatwo nie da się odbudować. Kto wie, czy poza bronią Rosjanie nie tracą właśnie drugiego swojego argumentu, jakim jest gaz.
Czy tylko Rosja? A Niemcy, którzy są współautorami Nord Streamu?
– O ile wszyscy mniej więcej już wiedzą, kim jest Putin i na co stać Rosję, to inaczej sprawa ma się, jeśli chodzi o Niemcy, które uchodziły za państwo wiodące w Europie jako lider Unii Europejskiej. Swoją postawą i interesami z Rosją za wszelką cenę Niemcy straciły znacznie więcej. W mijającym tygodniu kanclerz Olaf Scholz próbował podpiąć się pod działania społeczności międzynarodowej, żeby być w gronie ogłaszających sukces negocjacyjny dotyczący zakończenia jednego z największych po II wojnie światowych konfliktów, do którego mogło dojść, a na razie nie doszło.
Ale mleko się i tak rozlało i niesmak niemieckiej polityki uzależniającej Europę od woli Putina pozostał. Zatem z jednej strony Niemcy są w gronie państw Zachodu, ale z drugiej strony cały czas mają w sercu Rosję i interesy gazowe – nieważne, że uzależniające Europę od rosyjskiego gazu. Tak czy inaczej, Niemcy nie zdali egzaminu, nie skorzystali z okazji, żeby być porządnym, uczciwym graczem i polegli w dyplomacji, jeśli chodzi o Ukrainę. Wydaje się, że Ukraińcy im tego nie zapomną, tak jak nie zapomną im osławionych już pięciu tysięcy hełmów.
Czy unieruchomienie Nord Streamu wciąż wchodzi w grę?
– Na razie – jak widać – jest to wciąż realny scenariusz. Na razie uruchomienie dostaw gazu Nord Streamem 2 się wydłuża. Poczekajmy jednak, jak sytuacja się rozwinie. Sądzę, że cała sytuacja zmuszać będzie wszystkie państwa do rewizji tego projektu, a także do przeorientowania swoich systemów energetycznych z gazowego na alternatywne inne źródła. Tego nie robi się jednego dnia. Myślę, że to lekcja, którą otrzymaliśmy i otrzymujemy (bo proces ten cały czas trwa), a szczególnie państwa zachodnie, którym Putin zakręcił kurek z gazem i – na ich własne życzenie – spowodował problemy, i wszyscy będą musieli wyciągnąć wnioski z tej lekcji.
Być może Nord Streamem popłynie gaz, ale może się okazać, że nie będzie chętnych, żeby go kupować, na czym stracą zarówno Rosja, jak i Niemcy. Proszę zwrócić uwagę, że już uruchamiane są alternatywne dostawy gazu do Europy. Największy importer gazu LNG na świecie – Japonia – wysłała swoje nadwyżki skroplonego gazu do Unii Europejskiej. Swoją drogą, jeśli chodzi o LNG, to Europa (Unia Europejska) przespała swój czas, uzależniając się od dostaw z Rosji. W odróżnieniu od Polski, która jest dzisiaj liderem na europejskim rynku gazu LNG. Mamy wciąż rozbudowywany Terminal LNG im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Świnoujściu, sprowadzamy gaz LNG m.in. ze Stanów Zjednoczonych, a jednocześnie dobiega końca budowa gazociągu Baltic Pipe, którym popłynie do nas gaz z norweskiego szelfu. Tym samym poprzez dywersyfikację dostaw uniezależnimy się od dostaw gazu z Rosji. Wszyscy pozostali mają – mam nadzieję – czas na refleksję i podjęcie działań, które uniezależnią ich od kaprysów Putina i ograniczą pole jego manewru.

