Jezus powiedział do swoich uczniów: „Powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. Jeśli cię kto uderzy w policzek, nadstaw mu i drugi. Jeśli zabiera ci płaszcz, nie broń mu i szaty. Dawaj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje. Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie.
Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to należy się wam wdzięczność? Przecież i grzesznicy okazują miłość tym, którzy ich miłują. I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to należy się wam wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią. Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to należy się wam wdzięczność? I grzesznicy pożyczają grzesznikom, żeby tyleż samo otrzymać.
Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, ubitą, utrzęsioną i wypełnioną ponad brzegi wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie”.
Rozważanie
Widok ze szczytu
Kiedy dokonuje się mój wewnętrzny rozwój? Gdy każdego dnia opuszczam moją „strefę komfortu” – choć na milimetr, ułamek czasu, pokonując lenistwo, przyzwyczajenie, rutynę, schematy. Tak samo jest ze świętością. Do nieba nie idzie się w butach siedmiomilowych. To raczej pokonywanie drogi małymi kroczkami, to codzienność utkana wiernością, zmęczeniem, naznaczona miłością i cierpliwością, przebaczeniem – także wtedy, gdy życie zamienia się w ciemną dolinę, pełną groźnych cieni i złowieszczych odgłosów. Tylko wtedy jesteśmy w stanie przygotować się do „prób generalnych” naszego chrześcijaństwa.
Czytany dziś fragment Ewangelii dotyka jego sedna. Nie „malowanego”, pozostającego wciąż na poziomie deklaracji i relatywizujących „ale” – chrześcijaństwa wyrastającego z ducha Jezusa Chrystusa, w którym jest realny potencjał bycia „solą ziemi i światłem świata”. Rzecz w tym, że miłość nieprzyjaciół, odpowiadanie dobrem na zło, bezinteresowność, gotowość do pochylenia się nad KAŻDYM człowiekiem – wszystko, o czym mówi Jezus, wydaje się być tak bardzo nierzeczywiste. Inaczej działa świat. Inne wartości się w nim liczą. Codzienne relacje wypełnione są interesownością, dajemy się wciągać w spory, które dzielą. Szukający swego, skonfliktowani, wypełnieni po brzegi goryczą, eksplodujący złymi emocjami przy byle okazji stajemy się zaprzeczeniem miana, które nosimy: christianoi.
Jeśliby szukać dziś społecznych racji bycia dla chrześcijaństwa, to najpełniejsze swoje uzasadnienie znajduje ono właśnie w potrzebie przywrócenia światu podstawowego, pierwszego znaczenia słowa, bez którego traci on swój sens: MIŁOŚCI. Wokół nas funkcjonuje mnóstwo jego „podróbek”, falsyfikacji. Często nic już nie znaczy – nawet w sytuacjach, gdy jest wypowiadane przed Bogiem, który jest samą Miłością. Najważniejszym zadaniem, jakie spoczywa dziś na uczniach Chrystusa, jest danie świadectwa prawdzie – właśnie tej, o której Chrystus nam przypomina i o której zaświadczył własnym życiem. Nie wolno nam się bać ewangelicznej inności, o jakiej jest dziś mowa. Ona czyni nas punktem odniesienia, wyznacza niebotycznie wysokie szczyty do zdobycia, doprowadza do wściekłości adwersarzy – ale też prowokuje, fascynuje, pociąga.

