Jezus opowiedział uczniom przypowieść: „Czy może niewidomy prowadzić niewidomego? Czy nie wpadną w dół obydwaj?
Uczeń nie przewyższa nauczyciela. Lecz każdy, dopiero w pełni wykształcony, będzie jak jego nauczyciel.
Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie dostrzegasz belki we własnym oku? Jak możesz mówić swemu bratu: ’Bracie, pozwól, że usunę drzazgę, która jest w twoim oku’, podczas gdy sam belki w swoim oku nie widzisz? Obłudniku, usuń najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka brata swego.
Nie ma drzewa dobrego, które by wydawało zły owoc, ani też drzewa złego, które by dobry owoc wydawało. Po własnym owocu bowiem poznaje się każde drzewo; nie zrywa się fig z ciernia, ani z krzaka jeżyny nie zbiera się winogron. Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego skarbca wydobywa zło. Bo z obfitości serca mówią jego usta”.
Rozważanie
Belki i drzazgi
Próbując zrozumieć czytany dziś fragment Ewangelii, najprościej jest pójść w kierunku moralizmu – do tego zresztą ogranicza się większość jego interpretacji. To tylko cząstka prawdy, niewiele wnosząca do całości Chrystusowego przesłania. Ciekawe, że pojęcie „widzenia” u św. Łukasza oznacza nie tylko kluczową dla naszego życia funkcję organizmu, jest czymś więcej niż tylko zdolnością do intelektualnej analizy – to poznanie wyrastające z wiary i relacji. Samarytanin, „widząc, że został uzdrowiony” (Łk 17,15), wrócił i podziękował Jezusowi. Zrozumiał, co naprawdę się stało, Kogo spotkał! Kiedy przyprowadzono paralityka, Jezus, „widząc ich wiarę, rzekł: ’Człowieku, odpuszczają ci się twoje grzechy’” (Łk 5,20). Owo widzenie bywa zaburzone – tak jak spojrzenie faryzeuszów, którzy mając przed sobą ewidentne znaki Boskiego działania, uparcie je kwestionowali. Albo mieszkańcy Nazaretu niepotrafiący wyzwolić się ze skostniałego religijnego ekskluzywizmu (por. Łk 4,16-30).
Ewangeliczne belka lub drzazga oznaczają zatem coś więcej niż tylko moralną skazę. Przecież wszyscy błądzimy, grzeszymy – żadne maski z maniakalnym uporem nakładane na twarz niczego nie zmienią. Wszak „człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce” (1 Sm 16,7). Literalnie rzecz ujmując: nikt nie jest godny, by stać się nauczycielem, przewodnikiem. A przecież ich potrzebujemy, szukamy! Struktura rzeczywistości, ba, organizacja Kościoła tego się domaga.
Sedno problemu leży gdzie indziej: nauczyciel wie, że stając się autorytetem dla innych, sam najpierw potrzebuje uzdrowienia, że może tego dokonać tylko Jezus. Ma z Nim relację, której rdzeniem jest ufna wiara. I że tak samo jak uczeń potrzebuje ratunku. Różnica pomiędzy nimi jest taka, że ten pierwszy już wie, gdzie go można znaleźć. I że nie on jest jego siłą sprawczą. Nie zatrzymuje spojrzenia na sobie – kieruje je ku Temu, który wszystko może. Co ważne: obaj – nauczyciel i uczeń – spotykają się w pokorze przed Bogiem i w pragnieniu nawrócenia.
Dobre owoce, o których wspomina Jezus, dobro ukryte w skarbcu ludzkiego serca rodzi się z tej współpracy – zjednoczenia z Jezusem, otwarcia na Jego łaskę. On nas oczyszcza ze wszystkiego, co zaburza spojrzenie na świat, bliźnich, na siebie, co jest w dużej mierze – obok skażonej egoizmem woli – następstwem najstarszej „belki” obecnej w nas w postaci skutków grzechu pierworodnego.

