logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Niemcy pokazują swoje prawdziwe oblicze

Niedziela, 27 lutego 2022 (15:08)

Z prof. dr. hab. Grzegorzem Kucharczykiem, historykiem z PAN, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Andrij Melnyk, ambasador Ukrainy w Niemczech, zarzucił władzom w Berlinie obojętność wobec dramatu, jaki przeżywa jego kraj. Kiedy zwrócił się do niemieckich ministrów o wsparcie w postaci broni i paliwa, usłyszał, że Niemcy nie będą dostarczać broni, że nie ma sensu pomagać Ukrainie, bo za kilka godzin lub dni Putin i tak przejmie kontrolę na państwem…

– To jest szczere wyznanie Berlina. Niemcy pokazują prawdziwe oblicze, ale patrząc na ich dotychczasową postawę, nie powinno to być dla nikogo zaskoczeniem. Proszę spojrzeć nawet na dotychczasowe sankcje, co się działo chociażby w kwestii Nord Stream 2, gdzie kanclerz Olaf Scholz najpierw ogłosił zawieszenie certyfikowania gazociągu, a dopiero potem wysoki urzędnik Białego Domu powiedział, że nie ma mowy o zawieszeniu, tylko ten projekt się w tym momencie po prostu kończy. Widać więc wyraźnie, że nawet Waszyngton jest zniecierpliwiony tą, delikatnie rzecz ujmując, wyczekującą postawą Niemiec, którzy widać próbują sobie zostawić furtkę do ewentualnego powrotu do tej wspólnej z Rosją energetycznej inicjatywy.    

Dlaczego Niemcy ociągają się z radykalnymi sankcjami na Rosję, z czego wynika ta egoistyczna postawa?

– Niemieccy liberałowie już dawno – w czasie Wiosny Ludów – określili taką postawę jako „zdrowy egoizm narodowy”. Jak zatem widać, Niemcy prowadzą brutalną politykę. Tyle że dzisiaj zderzyli się z rzeczywistością wojny na Ukrainie, której straszliwe, dramatyczne obrazy docierają do szerokiej opinii publicznej – także w Niemczech. I tego się nie da zakłamać, przemilczeć, zmanipulować – chyba że zastosuje się cenzurę na szeroką skalę, ale tego w Niemczech póki co nikt nie rozważa. To na dłuższą metę – także w sensie politycznym, gdy chodzi o niemieckich wyborców – może być kłopotem dla głównych sił politycznych w Niemczech – mianowicie jak przetłumaczyć, że ogłoszona przez Putina „misja ochrony ludności” de facto oznacza bombardowanie wieżowców mieszkalnych w Kijowie, przedszkola w Charkowie czy innych typowych obiektów cywilnych oraz bezbronnej ludności. I tego nie da się obronić, bo cały świat widzi, co robi Putin.

Obrazy, jak wiadomo, bardziej przemawiają niż słowa, a w tym wypadku obrazy są naprawdę dramatyczne. W tej sytuacji postawa wyczekująca uwarunkowana interesami gospodarczymi, ale także interesami geopolitycznymi Niemiec zderzy się z tą rzeczywistością, nad którą oni – jako demokratyczne państwo – nie są w stanie przejść do porządku dziennego. Co innego Rosja, gdzie demonstrantów manifestujących sprzeciw wobec inwazji na Ukrainę wsadza się do więzień. W Niemczech, gdzie tradycje tzw. ruchów pokojowych i związanych z tym demonstracji są ciągle żywe – zwłaszcza dla koalicji złożonej z liberałów, zielonych i socjaldemokratów – działania podobne do tych z Moskwy mogłyby się okazać politycznie trudne do udźwignięcia.

Premier Mateusz Morawiecki i prezydent Litwy Gitanas Nauseda spotkali się w Berlinie z kanclerzem Niemiec Olafem Scholzem w sprawie sankcji wobec Rosji oraz odcięcia Rosji od systemu rozliczeń SWIFT. Niemców trzeba przekonywać do czegoś, co jest oczywiste?

– Jest oczywiste z naszego punktu widzenia, ale z pozycji Berlina – jak widać niekoniecznie. Widzimy więc wyraźne rozejście się interesów narodowych. Jesteśmy dzisiaj w momencie, kiedy powracają z całą mocą pewne prawdy oczywiste. Jedną z takich prawd oczywistych, które nam zamazywano, czyli mówiono, że w epoce końca historii to już nie obowiązuje, jest zasada interesów narodowych. My, Polacy – podobnie jak Litwa czy inne państwa bałtyckie – mamy zupełnie inny interes niż Niemcy. I w tym kontekście trzeba widzieć to, co się dzieje na wschód od granic Polski oraz to, co się dzieje na zachód od naszych granic.

Niemcy pobłażają Moskwie – agresorowi, a jednocześnie Berlin nie ma problemu z nakładaniem kar na Polskę. Mam na myśli chociażby wstrzymywanie wypłat unijnych w ramach Krajowego Funduszu Odbudowy?

– To jest dowód na priorytety polityki Berlina i jego interesów. W interesie Niemiec leży – jak to się mówi nad Odrą – dialog z trudnym partnerem, jakim jest Rosja. Takie są wynurzenia różnych niemieckich polityków oraz jest to zawarte w programach ważnych niemieckich formacji politycznych, a z drugiej strony jest – ja to oni określają – stała troska o praworządność w Polsce. I to jest, rzecz jasna, obłuda i hipokryzja, ale z drugiej strony takie są interesy Niemiec, gdzie liczy się ten wielki – Rosja, a ten mniejszy, czyli Polska, powinien być doprowadzony do posłuszeństwa tym, którzy uważają, że wiedzą lepiej.

Putin zabija cywilów, sięga po elementy wojny totalnej i wszystko to dzieje się w sercu Europy. Co jeszcze musi zrobić, żeby świat się opamiętał i zatrzymał zbrodniarza?

– Częściowo świat już się opamiętał. Widać, że Amerykanie dokonują jednak rewizji swojej polityki bezpieczeństwa. Widać wyraźnie, że w Waszyngtonie po początkowych ustępstwach i miękkiej grze wobec Putina ktoś poszedł po rozum do głowy i decydenci przejrzeli na oczy. Zdają sobie sprawę, że jeśli Ukraina padnie i Rosja będzie już całkowicie podważać architekturę bezpieczeństwa w Europie Środkowej, to znaczy, że w dalszej perspektywie pod znakiem zapytania w ogóle stoi obecności Stanów Zjednoczonych w Europie, a to oznaczałoby przegraną na strategicznej szachownicy na całym świecie.

Zastanawiająca jest postawa Chin w kwestii wojny na Ukrainie i działań Rosji…

– Chiny rozgrywają tę partię jak przystało na starą imperialną tradycję, czyli bardzo inteligentnie i cierpliwie. W Radzie Bezpieczeństwa ONZ wstrzymały się w głosowaniu nad rezolucją wzywającą Rosję do opuszczenia Ukrainy. Ta rezolucja oczywiście została zawetowana przez Rosję, czego należało się spodziewać, co pokazuje, że ONZ jest tak naprawdę wydmuszką, gdy chodzi o utrzymanie pokoju na świecie. Jednak postawa Chińczyków – jeśli spojrzeć na anglojęzyczne chińskie strony medialne, czyli sponsorowane i opłacane przez komunistów – pokazuje, że w Pekinie obowiązuje narracja wzywająca do dialogu między Ukrainą a Rosją, że sankcje, to nie jest dobry sposób, że potrzebny jest dialog i jeszcze raz dialog.

Jednak z drugiej strony niektóre chińskie banki wycofują się z rosyjskiego rynku finansowego, bo kalkulują, że dla Pekinu ważne są też interesy na zachodzie. Wydaje się, że Chiny najbardziej korzystają na tym konflikcie, ale czas pokaże, jak długo ten konflikt będzie trwał i nie jest wcale przesądzone, że skończy się to sukcesem dla Rosji, a na pewno już nie będzie to łatwa przeprawa, jak się mogło wydawać. Może to być krwawy i kosztowny konflikt, w którym Rosja ugrzęźnie na długi czas.

Zwłaszcza że ukraińska armia to już nie jest wojsko z 2014 roku…

– I to właśnie widzimy. Wygląda, że osiem lat, jakie minęło od zaboru Krymu przez Rosję, zrobiło różnicę. Ukraińcy zrobili wyraźny postęp, oczywiście przy pomocy Zachodu. Nie znamy szczegółów pomocy wojskowej, sprzętowej i szkoleniowej, którą świadczyli głównie Amerykanie, czy Brytyjczycy dla Ukrainy po 2014 roku, ale bez wątpienia ta pomoc była znacząca, i to dzisiaj widać.    

W jednej z wypowiedzi prezydent Zełenski, który pozostał w Kijowie, zagrzewa Ukraińców do walki z silniejszym przeciwnikiem i zdaje się urasta na lidera, który dźwiga brzemię przywództwa, apeluje o przyjęcie Ukrainy do struktur Unii Europejskiej, ale także do NATO. Czy to realne? Jak Zachód powinien się w tym momencie zachować?

– Rozmowy na temat członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej i NATO mogą trwać długo, ale z całą pewnością należy je wszcząć niezwłocznie. Byłby to ważny sygnał polityczny wysłany do Putina. Co do prezydenta Wołodymyra Zełenskiego widać – co historia wielokrotnie poświadczała, że kryzysy rodzą bohaterów albo pokazują zdrajców. Widać wyraźnie, że prezydent Zełenski – aktor komediowy, w którego umiejętności polityczne na początku wątpiono, uważając jego kandydaturę za niepoważną, w czasie próby okazuje się ważną postacią. Trwa na posterunku głowy państwa ukraińskiego, wykazał odwagę i determinację, czym podnosi morale obrońców Kijowa i innych miast na obszarze Ukrainy. Jest to zatem niespodzianka in plus.

Skoro mamy bohatera, to porozmawiajmy o Putinie, który jest symbolem zła. Czy protesty, o których słychać w Rosji, mogą być impulsem do powstania ruchu pacyfistycznego, który doprowadziłby do obalenia rosyjskiego prezydenta?

– Raczej nie liczyłbym na to. Trzeba bowiem mieć na uwadze, że w tych protestach przeciwko Putinowi i wojnie, jaką rozpętał występują głównie młodzi Rosjanie, natomiast patrząc na społeczeństwo rosyjskie, trzeba powiedzieć, że generalnie jest neutralne do tego, co robi Putin. Natomiast jeśli okaże się, że liczba ofiar po stronie rosyjskiej będzie rosła, a już słyszymy o 3,5 tys. zabitych żołnierzy, to nastroje wśród Rosjan mogą się zmienić. Jeśli prawdą jest to, co podają zachodnie media, że wojska rosyjskie atakujące Ukrainę mają ze sobą mobilne krematoria, w których palą zwłoki swoich zabitych żołnierzy, żeby nie było efektu trupów powracających w trumnach do Rosji, pogrzeby itd., bo to zawsze działa deprymująco na każde społeczeństwo i wygląda przerażająco.

Tymczasem jeśli jest tak, jak podają media, to ciał nie ma, więc nie będzie pogrzebów i okazji do manifestacji przeciwko wojnie i Putinowi. W związku z powyższym Putin, jeśli chodzi o swoją przyszłość – przynajmniej najbliższą – w roli przywódcy rosyjskiego, może być spokojny. Oczywiście, że demonstracje, jakie obserwujemy będą, ale zastanówmy się też, kto ewentualnie mógłby zastąpić Putina. Przecież opozycjonista i główny jego oponent Aleksiej Nawalny, który dziś przebywa w kolonii karnej, w 2014 roku popierał aneksję Krymu. Nie można, więc wykluczyć, że następca Putina mógłby być podobny, jeśli chodzi o imperialne zapędy Rosji.

 Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl