logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Już jesteśmy na wojnie…

Środa, 9 marca 2022 (20:09)

Aktualizacja: Środa, 9 marca 2022 (21:30)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Za nami dwa tygodnie agresji rosyjskiej na Ukrainie. Patrząc na wydarzenia za naszą wschodnią granicą, Putin zatrzyma się na Ukrainie, czy Polska jest zagrożona, a może już jesteśmy na wojnie, tylko jeszcze o tym nie wiemy?

– W mojej ocenie, od połowy ubiegłego roku, kiedy Białoruś pod dyktando Rosji dokonała ataku hybrydowego z udziałem imigrantów muzułmańskich na naszą granicę, Polska stała się jedną ze stron tego konfliktu. Łukaszenka rozpoczął realizację projektu, który był wpisany w scenariusz ćwiczeń wojsk rosyjsko-białoruskich „Zapad 2021”. Dlatego jeśli pada pytanie, czy Polska jest na wojnie, to odpowiedź jest twierdząca. To samo miało miejsce nie tylko w Polsce, ale również na Litwie. Na przełomie roku mieliśmy wzmożone ataki hakerskie, które dotykały głównie Ukrainę, ale Polska cały czas była też nękana przez rosyjskich trolli wskazywanych przez ośrodki specjalistyczne jako źródło tych ataków. Kulminacją tych wszystkich działań był 24 lutego – dzień napaści rosyjskiej na Ukrainę. Wcześniej towarzyszył temu cały teatr propagandy rosyjskiej, że wojska są wycofywane, że na pewno nie będzie żadnej wojny, a więc cała lista kłamstw.

Tych kłamstw Putina było więcej, jak chociażby to, że Rosja nie atakuje, nie prowadzi wojny, a jedynie akcję militarną w celu pomocy republikom ługańskiej i donieckiej oraz ich ludności, których trzeba wesprzeć…

– Obawiając się reakcji Chin, Putin wstrzymywał się z atakiem do zakończenia Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, a interwencja, bo tak to określał, dotyczyła nie obszarów zachodniej Ukrainy i tzw. terenów spornych, ale całego terytorium wolnego państwa. Pierwszy raz w XXI wieku wolne państwo – Ukraina, zostało zaatakowane przez sąsiada. Agresji dokonały nie tzw. zielone ludziki, jak to było w 2014 roku w przypadku Krymu, ale Federacja Rosyjska, wcale się z tym nie kryjąc. Dzisiaj już cały świat wie, że Putin jest agresorem, który po raz trzeci, w sposób nieodpowiedzialny, ale świadomy wchodzi na terytorium obcego państwa. Narusza przy tym wszelkie zasady, wszystkie prawa międzynarodowe, co więcej, okrasza tą swoją napaść żądaniami, które ograniczają niepodległość, suwerenność państwa ukraińskiego, które są nie do spełnienia także przez Zachód.

Czy świat zareagował w sposób odpowiedni, żeby powstrzymać Putina?    

– Świat zareagował, tylko nie na tyle skutecznie, żeby Putin się przestraszył. Widzimy, że Zachód zareagował nie tylko wsparciem militarnym Ukrainy, ale także działaniami sankcyjnymi. Zatem do działań militarnych dołączono wojnę gospodarczą wytoczoną wobec Rosji. Tego chyba nie było wcześniej w historii ludzkości, żeby świat Zachodu wytoczył totalną wojnę agresorowi. Zamknięcie nieba dla samolotów rosyjskich na obszarze całej Europy, ogromne sankcje – w większości ograniczenia finansowe nałożone na firmy i osoby prywatne, wycofywanie się inwestorów z Rosji, co nie miało miejsca wcześniej, w przypadku inwazji rosyjskiej w Gruzji czy na Krym. Mamy zatem totalną wojnę gospodarczą z Rosją. Celowo używam określenia wojna, żeby uświadomić, że my już de facto jesteśmy na wojnie. 

Polska także?

– Oczywiście. Może to nie jest wojna w ujęciu klasycznym, taka jaką znamy z przekazów dotyczących II wojny światowej, bo też czasy są inne. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy wojnę, która opiera się o gospodarkę, o cały system finansowy, o działania hakerów, a jednocześnie wojnę klasyczną z bombami, ale także wojnę w bestialskim wydaniu z bombardowaniami miast, obiektów cywilnych i zbrodniami na ludności cywilnej. Mamy wojnę Rosji i Białorusi – która też jest stroną – z Ukrainą oraz wojnę Rosji i Białorusi z całym cywilizowanym światem.

Z tym że Putin póki co wcale tej wojny nie wygrywa?

– Powiem więcej, Putin poniósł klęskę, bo według jego planów miało być zupełnie inaczej, nie taki miał być przebieg tej wojny. Rosyjskie wojska miały w ciągu kilku dni zająć Kijów, odbyć piękną defiladę i ogłosić np. Janukowycza marionetkowym prezydentem posłusznym woli Kremla. Jednak ten misternie ułożony plan przez Putina legł w gruzach.

Tak czy inaczej Putin i jego wojska realizują plan zduszenia narodu ukraińskiego?

– To, z czym teraz mamy do czynienia na Ukrainie, to jest ludobójstwo, rzeź na ludności cywilnej, tak jak to było w przypadku byłej Jugosławii, a świadkiem tego jest cały świat. Jak bowiem nazwać ostrzeliwanie humanitarnych konwojów, szpitali, obiektów cywilnych, strzelanie do ludności cywilnej, mordowanie dzieci i kobiet... Tego, co widzimy, nie da się obronić, tego nie da się zakłamać, z tego nie da się Putinowi wyjść obronną ręką, to jest zbrodnia.

Czy może to oznaczać, że prezydent Rosji, mając świadomość kary, jaka go czeka, będzie parł do końca?    

– W słowniku Putina nie ma słowa wycofanie się, a tym bardziej przegrana. W jego słowniku jest tylko słowo zwycięstwo, które tym razem – głęboko w to wierzę – nie stanie się jego udziałem.

Zatem co dalej, jak może się rozwinąć ten zbrojny konflikt?

– Proszę sobie przypomnieć spotkanie, odprawę Łukaszenki z generałami, kiedy białoruski satrapa wskazywał na mapę. Na samym dole grafiki była Odessa i strzałki w kierunku Mołdawii. To może oznaczać, że w planach, którymi na dzisiaj dysponuje Rosja i Białoruś, jest dotarcie wojsk rosyjskich do Odessy, a stamtąd atak na teren Mołdawii. Mołdawia to niewielki kraj, obok którego jest słynne Naddniestrze, gdzie znajduje się poradziecka baza wojskowa z około tysiącem żołnierzy, wprawdzie kiepsko uzbrojonych, ale wciąż bardzo niebezpiecznych. Wygląda zatem, że w planach Putina jest atak na Mołdawię – państwo, które nie jest ani członkiem Unii Europejskiej, ani też członkiem NATO. To otwiera drogę i możliwości Putinowi, bo zawsze może powiedzieć, że nie atakuje państwa Sojuszu Północnoatlantyckiego, a jednocześnie potwierdza, że jest mistrzem rozgrywania. Zawsze może powiedzieć, że idzie tam po to, żeby bronić interesów obywateli rosyjskich zamieszkałych w Naddniestrzu. Mamy zatem potencjalne zarzewie kolejnego konfliktu, który jest bardzo możliwy, bo jak słyszymy, wspomniany tysiąc żołnierzy rosyjskich w Naddniestrzu ma być włączony do działań na terenie Ukrainy.

Jak Pan myśli, czy Zachód rozważa taki scenariusz?

– Myślę, że tak. Świadczą o tym częste wizyty ministrów, premierów, prezydentów, które w czasach pokoju nie są tak intensywne, co więcej, są objawem dobrych relacji itd. Natomiast w sytuacjach kryzysowych – jak dzisiaj, kiedy przy naszej wschodniej granicy toczy się regularna wojna, to duże natężenie spotkań polityków różnego szczebla nie zwiastuje – moim zdaniem – nic dobrego. W miesiącu poprzedzającym napaść Rosji na Ukrainę też byliśmy świadkami niekończących się spotkań ministrów, premierów, prezydentów, sekretarza generalnego NATO, unijnych komisarzy. Jaki jest finał, wszyscy dzisiaj wiemy – Ukraina jest państwem napadniętym i pogrążonym w wojnie.

Co chce Pan przez to powiedzieć?

– Chcę tylko zwrócić uwagę, że dzisiaj mamy bardzo podobną sytuację w państwach bałtyckich, w Polsce i w Rumunii. Przybywająca właśnie do Polski wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Kamala Harris po zakończeniu wizyty w naszym kraju udaje się do Rumunii. Wcześniej w Polsce gościł amerykański sekretarz stanu Antony Blinken i premier Morawiecki po tym spotkaniu z nim nie miał zbyt wesołej miny. Myślę, że musiały tam zostać przekazane niezbyt dobre, a wręcz złe wiadomości. Proszę też zwrócić uwagę na fakt, że wojsk naszych sojuszników przybywa w Polsce, a nie ubywa. Przybywa systemów rakietowych, obronnych, które są sytuowane w stronę wschodniej flanki NATO. Nie chciałbym się bawić w proroka, ale uważam, że to wszystko nie wróży najlepiej. Odpowiedzialnie o tym, co się dzieje, mogą powiedzieć dzisiaj z pewnością nasze służby specjalne, wywiad, kontrwywiad oraz nasi zachodni sojusznicy. Sytuacja jest jednak – tak sądzę – bardzo poważna, sytuacja, którą siłą rzeczy od siebie odpychamy z uwagi na liczne fake newsy, rozmaite plotki, na sytuację na stacjach benzynowych, przed bankami, gdzie jeszcze w ubiegłym tygodniu ludzie masowo wypłacali gotówkę z bankomatów, to wszystko powoduje, że gdzieś w podświadomości społeczeństwa musi się pojawiać myśl, że to, co dzieje się na Ukrainie prędzej czy później może – oby nie – przetoczyć się także przez Polskę. Chcę też zwrócić uwagę, że w obliczu tego konfliktu jesteśmy państwem frontowym, osłabieniu uległa również polska waluta złoty. Podobnie jak Rumunia, Słowacja czy państwa bałtyckie stajemy się obszarem podwyższonego ryzyka – nie z uwagi, że polska gospodarka jest słaba, bo nie jest, ale dlatego, że za naszą wschodnią granicą toczy się totalna wojna, która w rozumieniu Putina ma być początkiem końca Ukrainy.

Po co Putinowi zbombardowana, zniszczona Ukraina?  

– Putinowi zależy na destabilizacji tego państwa, które według niego ma być państwem upadłym, które będzie wykorzystywał do nacisków na świat Zachodu. Putin tym samym chce wyrównać rachunki za przewrót, jaki się dokonał na Ukrainie, za Majdan, i za dojście do władzy sił demokratycznych. Dlatego próbuje swoimi działaniami, za pośrednictwem swoich najemników z tzw. grupy Wagnera zgładzić prezydenta Zełenskiego, który obudził w narodzie ukraińskim wolę zwycięstwa. Putinowi zależy na stworzeniu konfliktów, które się będą tliły, zresztą takich miejsc, nazwijmy to, rozgrzebanych Putin ma na swojej mapie bardzo dużo. One nie są dla niego żadną wartością dodaną, są rejonami, powiedziałbym, sejsmicznymi, ale są miejscami, gdzie jest on obecny i destabilizuje dany rejon. Putin oczywiście – z własnej woli – nie da ani rubla na odbudowę Ukrainy, którą niszczy. Jest to zgodne z niechlubną tradycją rosyjską, gdzie chętnie się atakuje, dewastuje, burzy, ale gdy chodzi o reparacje wojenne, to nie znam przypadku, żeby Rosja wyłożyła jakieś pieniądze.

Ten cały plan Putina może lec w gruzach, ale tylko w przypadku zmiany władzy na Kremlu. Tylko czy to realny scenariusz?

– Putin jest dzisiaj w oblężonej twierdzy dosłownie i w przenośni. Rosja w sensie gospodarczym ze względu na nałożone sankcje zaczyna popadać w ruinę, ale też w sensie politycznym chyli się ku upadkowi. Do coraz większej liczby Rosjan dochodzi, że coś złego się dzieje. Tyle że oni bez coli, hamburgerów dadzą sobie radę, bo paradoksalnie w naturze Rosjan jest coś, co sprawia, że im gorzej się dzieje w państwie, tym bardziej są odporni na rozmaite trudności, bardziej zintegrowani. Trzeba mieć zatem świadomość, że takie sankcje byłyby bardzo bolesne dla świata zachodniego, ale dla Rosjan niekoniecznie. Zwłaszcza że Putin przez swoją propagandę cały czas wtłacza im do głów, że to nie on jest agresorem, ale zgniły Zachód, NATO, Stany Zjednoczone, Unia Europejska, źli Polacy – wszyscy atakują Rosję; że chcą zniszczyć Rosję, a on jej broni.

Jak długo może mu się udawać okłamywanie własnego narodu?

– Tak długo, jak chodzi po ziemi, tak długo będzie to robił.

Na Kremlu nie ma nikogo, kto przerwałby ten festiwal zbrodni Putina?

– Podejrzewam, że chętnych w Rosji, żeby usunąć Putina, jest spora rzesza, tylko muszą mieć do tego możliwość. Obawiam się jednak, iż system zabezpieczeń, jaki zbudował Putin, to jego odizolowanie od społeczeństwa itd., to wszystko sprawia, że jest to cel prawie nieosiągalny. I o ile nie zrobi tego ktoś z najbliższego kręgu, to działanie osób z zewnątrz nie ma żadnych szans.

  Dziękuję za rozmowę.        

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl