logo
logo

Zdjęcie: fot. arch. Piotr Grochmalski/ Inne

Rosja chce zdestabilizować cały świat

Piątek, 11 marca 2022 (08:43)

Aktualizacja: Piątek, 11 marca 2022 (13:16)

Rozmowa z prof. Akademii Sztuki Wojennej, dr. hab. Piotrem Grochmalskim, dyrektorem Instytutu Studiów Strategicznych ASW

Rosja ponosi na Ukrainie dotkliwe straty w sprzęcie, ale przede wszystkim w ludziach. Tymczasem jak podaje strona ukraińska, Rosjanie nie zabierają nawet ciał poległych żołnierzy, mówi się też o mobilnych krematoriach…

– Taka postawa jest związana z trzema kluczowymi sprawami: po pierwsze, z kulturą strategiczną Federacji Rosyjskiej, po drugie, z dążeniem do ukrycia strat i po trzecie, z propagandową narracją dotyczącą tej wojny, która była budowana w Rosji. Tradycyjnie w rosyjskiej kulturze strategicznej podkreśla się manifestowanie przemocy jako instrumentu oddziaływania psychologicznego na przeciwnika. Przypomnijmy rzeź Pragi feldmarszałka Aleksandra Suworowa w 1794 r., która miała złamać wolę obrońców Warszawy, w wyniku której zostało wymordowanych 20 tys. cywili. To ulubiona historyczna postać Władimira Putina. Stosowanie radykalnej formy przemocy, jako istotnego elementu sztuki operacyjnej, doskonale zostało udokumentowane przez dziennikarzy podczas pierwszej wojny czeczeńskiej, gdzie w trakcie zdobywania miast dochodziło do masakrowania ludności cywilnej. Równocześnie dowódcy pokazywali pogardliwy stosunek do tych podległych im żołnierzy, którzy zostali zabici. Asłan Maschadow, dowodzący operacją po stronie czeczeńskiej, wielokrotnie proponował Rosjanom chwilowe zawieszenie ognia, aby mogli zająć się swoimi zabitymi. Setki ciał zalegały ulice Groznego. Maschadow osobiście znał wielu rosyjskich dowódców. Był pułkownikiem w sowieckiej armii. A jednak Rosjanie pozwalali, aby dzikie zwierzęta rozszarpywały ciała ich żołnierzy. Zatem brak szacunku dla własnych ofiar na Ukrainie nie jest czymś nowym, zaskakującym, ale głęboko tkwi w imperialnej tradycji tego państwa. Pamiętamy, że Stalin ukrywał gigantyczną skalę strat ponoszonych przez armię sowiecką, a dopiero współcześni badacze, w oparciu o ukrywaną wcześniej dokumentację, są w stanie ukazać pełną skalę ówczesnych strat armii sowieckiej. Jest to mocno związane z owym imperialnym imperatywem tkwiącym głęboko w rosyjskim DNA.

Na ile w społeczeństwie rosyjskim znajduje odzew budowana przez władze narracja, że Ukraina to państwo faszystowskie?

– Kreml przez lata budował wśród Rosjan narrację, że po ukraińskim Euromajdanie do władzy doszła mała grupka faszystów, terroryzująca naród, którego jedynym pragnieniem jest bycie częścią wielkiej Rosji. W lipcu 2021 r. Putin zawiesił na swojej oficjalnej stronie rzekomo napisany przez siebie esej historyczny, w którym stwierdził, że właściwie nie ma odrębnego narodu ukraińskiego, ale że w Kijowie – rękami Zachodu – została osadzona radykalnie antyrosyjska władza, która strachem i mordami utrzymuje się u władzy. Ten tekst nazwałem putinowskim „Mein Kampf”, bo uznałem, że zawiera on program imperialnych celów, jakie Władimir Putin postawił przed narodem. Artykuł ten był obowiązkowo czytany w armii i stanowił mentalne przygotowanie sił zbrojnych do wojny. I z takim nastawieniem rosyjska armia natarła 24 lutego na Ukrainę. Podobnie oszukiwana jest rosyjska opinia publiczna, wobec której budowana jest narracja, że armia jest oczekiwana na Ukrainie jako ta, która wyzwoli naród z rąk faszystów. W mediach opisywano, jak ludzie chlebem, solą i kwiatami witają swoich wybawców. Przy tak zakłamanym obrazie wojny zrozumiałe jest, że pokazywanie, iż ten naród nie wita Rosjan kwiatami, tylko zabija agresorów – wysadziłoby w powietrze całą narrację Putina, którą budował już od 2014 r.

Także jeśli chodzi o skalę zabitych żołnierzy?

– Tysięcy trumien nie da się pogodzić z budowanym obrazem tej wojny. W pamięci Rosjan wciąż tkwi wspomnienie upokarzającej porażki w Afganistanie. Stąd propaganda Putina mocno eksploatowała wątek ewakuacji sił NATO z Kabulu. Z jednej strony miał on zatrzeć owo wspomnienie rosyjskiej klęski, z drugiej miał ukazać Sojusz Północnoatlantycki jako słabą, chylącą się ku upadkowi organizację. Słyszeliśmy więc, jaka to była ogromna porażka Ameryki. Zresztą Afganistan wciąż czkawką odbija się Rosjanom i traktowany jest jako jeden z głównych czynników, który doprowadził do upadku ZSRS, wyczerpując potencjał tego państwa. Propaganda Kremla ma świadomość, że rosnąca liczba rosyjskich strat na Ukrainie może spowodować falę porównań tej wojny do afgańskiego konfliktu. Przypomnijmy – zabójczego dla imperium zła. Stąd rosnący niepokój Kremla i coraz bardziej restrykcyjna polityka informacyjna wobec wszelkich przekazów z Ukrainy odbiegających od propagandowej narracji. Dla Związku Sowieckiego afgańska wojna trwała dekadę. Bezpośrednio w walce zginęło ponad 9 tys. sowieckich żołnierzy. A na Ukrainie, po dwóch tygodniach walk, Kijów podaje zbliżoną wielkość rosyjskich strat do poniesonych w Afganistanie. Stąd już pojawiają się głosy, że będzie to zabójcza wojna dla Putina.

To dlatego Władimir Putin i cała kremlowska propaganda unikają nazwania konfliktu z Ukrainą wojną, a określają ją jedynie operacją specjalną?

– To bardzo istotny zabieg propagandowy. Rosja od dawna stosuje takie kalki. Pierwsza wojna w Czeczenii była przedstawiana jako przywracanie konstytucyjnego porządku, a agresja na Gruzję jako operacja pokojowa. Żołnierze rosyjscy za udział w niej otrzymywali odznaczenia za działania na rzecz pokoju. Rosja zatem nigdy nie prowadzi wojen, tylko – jak w przypadku ataku na Ukrainę – dokonuje specjalnej operacji, której rzekomym celem jest obrona ludności tzw. republik ludowych donieckiej i ługańskiej przed ukraińskimi faszystami.

Rosjanie mają świadomość tego, co się dzieje? Wiedzą, że na Ukrainie trwa nie „operacja wojskowa”, a regularna wojna? Czy wygodniej jest im żyć w złudzeniu, udając, że wszystko jest w porządku?

– Rosjanie zgodnie z tym, co podaje prokremlowska propaganda, postrzegają Ukrainę jako zagrożenie dla swego bezpieczeństwa. W ich mniemaniu władzę na Ukrainie przejął Zachód, który wykorzystuje skorumpowanych, faszystowskich fanatyków do działań wymierzonych w Rosję. Stąd jednym z głównych celów owej „operacji specjalnej” ma być „denazyfikacja” i „demilitaryzacja” Ukrainy. W związku z tym zwykły Rosjanin jest przekonany, że choć ta „akcja” idzie ciężko, to jest potrzebna, bo to oni zagrażają Rosji, a nie odwrotnie, i Ukraina może być albo rosyjska, albo w ogóle nie powinna istnieć jako suwerenne państwo. Ta wojna weryfikuje przy okazji wiele mitów o Moskwie, które funkcjonowały na Zachodzie, choćby ten, że Rosji w gruncie rzeczy chodzi o to samo, co Zachodowi, a więc napięcia są jedynie efektem chwilowych nieporozumień, które można wyjaśnić na drodze dyplomatycznej. Tymczasem Rosja chce wysadzić w powietrze cały porządek globalny, jest agresywna i traktuje nas jako swego strategicznego wroga. Dyplomacji używa jako instrumentu swoich imperialnych planów. Nie ma więc mowy o konsensusie, bo Moskwa dąży do rozbicia i destabilizacji całego układu bezpieczeństwa europejskiego.

Jaka jest rola dziennikarzy relacjonujących wojnę na Ukrainie w tworzeniu obrazu tego konfliktu?

– Proszę pamiętać, że inna jest rola opinii publicznej na Zachodzie, gdzie jest ona elementem systemu demokratycznego, w ramach którego media stanowią platformę politycznej dyskusji, a zupełnie inna w Rosji, gdzie obywatel ma służyć imperium, a media mają dyscyplinować, a jednocześnie wzmacniać ekspansywność społeczeństwa. Korespondenci zachodni obecni na Ukrainie pokazują światowej opinii publicznej, co się dzieje, natomiast Rosja przy pomocy swojej propagandy próbuje narzucić swoją narrację i blokować obywatelom dostęp do wiarygodnych informacji. Rosyjskie władze mają świadomość, że siła racji moralnej jest po stronie Ukrainy. Widać to po sposobie, w jaki Putin komunikuje się obecnie ze społeczeństwem. Jest wycofany na drugi plan, podczas gdy Wołodymyr Zełenski porywa i mobilizuje naród do walki. W Rosji Putin wprowadził restrykcyjne prawo – za nazywanie tej „operacji specjalnej” wojną grozi obywatelom 15 lat ciężkiego więzienia.

W Rosji coraz głośniej wybrzmiewają pytania stawiane przez matki zatroskane o los swoich dzieci – żołnierzy wysłanych na front? Czy cenzura jest w stanie powstrzymać prawdę?

– W Rosji działa Komitet Matek Żołnierzy, który zapracował sobie na duży szacunek wśród Rosjan, szczególnie wśród kobiet. To dzięki tej organizacji udało się rodzinom odnaleźć ciała tysięcy rosyjskich żołnierzy, których los był ukrywany przez władze Rosji. Dziś to dzięki temu komitetowi ujawniono, że na masową skalę na wojnę byli wysyłani poborowi, a więc łamano prawo rosyjskie. To zmusiło w końcu Kreml do wyprodukowania kolejnego kłamstwa. Okazało się, że Putin rzekomo odkrył ten fakt i nakazał śledztwo, o czym poinformowano społeczeństwo 8 marca, w Dzień Kobiet. Niemal w tym samym czasie poszedł rozkaz z ministerstwa obrony Federacji Rosyjskiej, aby zabitych na Ukrainie rosyjskich żołnierzy chować w zbiorowych mogiłach, bez imion i nazwisk.

Czy to wszystko nie sprawia, że mit sukcesu rosyjskiej armii powoli upada?

 – Proszę sobie przypomnieć, że pierwszą wojnę czeczeńską ta niezwyciężona armia rosyjska zakończyła klęską. Mała Czeczenia upokorzyła wielkie imperium. Był to kolejny wielki policzek dla struktur siłowych. Postanowiły one to wykorzystać do promocji Władimira Putina, osoby zupełnie nieznanej dla Rosjan. Był poniżej progu rozpoznawalności. Wtedy narodziła się koncepcja „wojny wyborczej”. Zwracał na to uwagę Siergiej Kowalow, wielki autorytet moralny Rosji, rzecznik praw człowieka w trakcie pierwszej wojny czeczeńskiej. Ta druga wojna, wymyślona przez FSB, miała zmazać skazę przegranej pierwszej wojny przez wielką rosyjską amię i przywrócić jej mit. Ale miała równocześnie wykreować Putina. Była to wojna okrutna, z masowymi mordami ludności cywilnej. Ale z uwagi na to, że Putin nie dopuścił do relacjonowania jej przebiegu przez niezależne media, jej obraz był kreowany przez Kreml. Ci dziennikarze, którzy ukazywli prawdę, byli zastraszani, a Anna Politkowska została zamordowana w dzień urodzin Władimira Putina. Ta wojna dała prezydenturę Putinowi. Stał się tym, który zmazał tę skazę na „nieskazitelnym” obliczu wielkiej, niepokonanej Rosji. Jak sam podkreśla: „Jesteśmy narodem zwycięzców. Mamy to w genach”. Władimir Putin kolejnymi wojnami odbudowywał na nowo wśród Rosjan, ale też w świecie przekonanie o rosyjskiej potędze. Już w lutym 2007 r. podczas Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium nakreślił cel, jaki sobie stawia, czyli odbudowę rosyjskiego imperium. Niemcy starały się tłumaczyć Putina, że został źle zrozumiany, tymczasem już w kwietniu tego samego roku zaatakował cyberuderzeniem Estonię, a kilka miesięcy później zawiesił udział Rosji w traktacie CFE o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie i rozpoczął program masowych zbrojeń.

 

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl