Choć prezydent Joe Biden nazwał Władimira Putina wprost zbrodniarzem wojennym, to w Europie wciąż są politycy, którzy interesy z Putinem przedkładają nad życie Ukraińców…
– W ich mniemaniu robią interesy nie ze zbrodniarzem Putinem, tylko z Rosją. Natomiast to, że na czele Federacji Rosyjskiej stoi de facto zbrodniarz, to ich mimo wszystko uwiera. Chodzi o to, że na Ukrainie toczy się wojna, giną niewinni ludzie, dzieci, światowa opinia publiczna wywiera presję, tym samym wizerunek dwóch największych w Europie państw robiących interesy z Moskwą, czyli Paryża, ale przede wszystkim Berlina, wyraźnie słabnie.
Wizerunek Niemiec jako demokratycznego, postępowego państwa, na czym bazowano, staje się coraz bardziej zamazany i niewiarygodny. Natomiast jeśli ktoś przez ostatnie 30 lat uprawiał wschodnią politykę nakierowaną na współpracę z Rosją – w wielu wymiarach, i teraz nagle trzeba ten front zmienić, to nie jest to takie proste. Z punktu widzenia Paryża i Berlina jest to sytuacja bardzo niekomfortowa, dlatego próbują wobec świata prowadzić grę pozorów. Z jednej strony ciśnie ich prezydent Wołodymyr Zełenski, którego głos coraz wyraźniej wybrzmiewa w świecie, a z drugiej strony cisną ich Polacy. To wszystko wygląda też źle medialnie, ale z drugiej strony są też wymierne straty. To jest cywilizacja pieniężna skoncentrowana wyłącznie na zysku, gdzie wszystko robi się z myślą o pieniądzach, o zyskach, więc każda strata, przerwanie łańcucha współpracy, boli podwójnie.
Sankcje jednak są coraz to nowe...
– Z wielkością, skutecznością i dolegliwością sankcji wobec Rosji to zbytnio nie przesadzałbym. One, owszem, są, ale są wprowadzane tylko w takim wymiarze, do jakiego nakładający są zmuszeni. Natomiast w sensie intencji chęci to tego absolutnie nie ma. Chodzi o to, że Niemcy szczególnie zdają sobie sprawę, że mocne, zdecydowane sankcje na Rosję będą oznaczały także ich straty.
Z drugiej strony są Chiny. Joe Biden rozmawiał z prezydentem Chin Xi Jinpingiem, którego ostrzegł przed konsekwencjami wsparcia dla Rosji. Chiny jednak wciąż chyba stoją w rozkroku, czy może tylko takie wrażenie próbują stworzyć?
– Pekin sprawia tylko takie wrażenie. Chiny stoją w rozkroku, dlatego że takie wicie się – niczym wąż – się im opłaca. Z jednej strony nie są za nakładaniem sankcji na Rosję, a jeśli już, to żeby nie były one przytłaczające. Z drugiej strony Pekin wyraża niechęć wobec wojny. Chiny, mając na względzie, że Rosja, stając przed ścianą, będzie się coraz bardziej uzależniać od nich, mają świadomość, że prędzej czy później Moskwa będzie zmuszona taniej sprzedawać surowce energetyczne. Robią to zatem wszystko w dobrze pojętym własnym interesie. Mamy zatem tylko grę ze strony Pekinu.
Rzecznik polskiego rządu powiedział, że naiwnością byłoby liczyć, że Putin nie może przyjść do Polski. Tymczasem rakiety zaczynają spadać w okolicach lwowskiego lotniska, a więc blisko polskiej granicy?
– Mamy do czynienia z manifestacją siły Rosji i ostrzeganiem, że dostawy, jakie płyną przez Polskę dla Ukrainy, będą bombardowane. Przestrzegł przed tym Siergiej Ławrow. Natomiast jeśli chodzi o samo lotnisko czy, jak słyszymy, atak na obiekty zakładów lotniczych we Lwowie, to z militarnego punktu widzenia są to cele strategiczne. Nie ma więc tutaj przypadku, że może był to ślepy strzał. Jeśli zaś chodzi o wojnę z Polską, może i owszem, ale na pewno nie teraz. Rosja ma gigantyczny problem i cała ta napaść, która miała w ciągu kilku dni zakończyć się zajęciem Kijowa i opanowaniem Ukrainy, Rosjanom się nie udaje.
Rosja ugrzęzła na Ukrainie i jak dotąd tę wojnę przegrywa. Owszem, wojska rosyjskie są w stanie ostrzeliwać, bombardować miasta, niszczyć obiekty cywilne, zabijać niewinnych ludzi – kobiety i dzieci, natomiast nie są w stanie podjąć ofensywy, która zakończyłaby się zajęciem jakiegoś większego miasta. Z punktu widzenia Rosji wygląda to więc fatalnie, dlatego wydaje się, że do działań zaczepnych przeciwko Sojuszowi Północnoatlantyckiego raczej nie są w tym momencie zdolni. Byłoby to jakieś szaleństwo, natomiast w dłuższej perspektywie takie działanie należy jak najbardziej brać pod uwagę.
Co można jeszcze zrobić, żeby Putina zniechęcić do ewentualnej ofensywy przeciwko nam?
– Trzeba się zbroić, budować swoją armię, czyli przygotowywać się do ewentualnej agresji poprzez powiększanie własnych zasobów obronnych, zdolności odstraszania agresora. Należy też zadbać, aby te działania wojenne na Ukrainie nie zakończyły się jakimś zgniłym kompromisem, byle jakim zawieszeniem broni korzystnym dla Moskwy. Ukraina ponosi tak ogromne straty, tak wielu niewinnych ludzi ginie, a zatem nie może tu być mowy o status quo, ale niezbędne są ostre wymagania. Rosję musi to zaboleć, Rosja musi poczuć gorycz porażki i odizolowania od świata w wielu wymiarach.
W innym wypadku takie czy inne władze na Kremlu z czasem przemyślą swoje strategiczne błędy, zaczną z rzekomo nową liberalną twarzą handlować z Zachodem surowcami i finansowo się wzmacniać, a co za tym idzie – się dozbrajać, a później zacznie się wszystko od nowa. Dlatego nie można popełnić błędu. Rosja, jeśli nie zostanie zmuszona, jeśli nie poczuje siły, goryczy porażki, to nie porzuci swoich imperialnych zamiarów. Jak Rosja ugrzęzła na Ukrainie, to ma tę wojnę przegrać w każdym wymiarze. Wtedy będzie pożądany efekt. I próba Polski dotycząca wciągnięcia w tę grę Zachodu taki właśnie ma cel.
Tylko czy szeroko rozumiany Zachód, Niemcy nie będą próbowali znów lawirować? Premier Mateusz Morawiecki, owszem, apeluje m.in. o to, aby przywódcy Niemiec i Francji udali się do Kijowa, ale właściwie nie ma żadnej odpowiedzi.
– Jeśli chodzi o apele do Francji czy do Niemiec, to chodzi bardziej o to, żeby te kraje przycisnąć, pokazać ich hipokryzję, pokazać, że ta gra z moralnego punktu widzenia jest na ich niekorzyść, a wszystko po to, żeby stworzyć Berlinowi i Paryżowi pewien dyskomfort. Proszę sobie przypomnieć, że jeśli chodzi o praworządność, to atakowali i dociskali Polskę, nie mając cienia litości, ale sami, gdy chodzi o sprawy poważne, niewydumane, to sami są niepraworządni. Uważam, że dzisiaj realne rzeczy, które się dzieją, rozgrywają się na linii Warszawa – Waszyngton czy Kijów – Waszyngton i tutaj należy szukać jakichś postępów i konkretnych działań.
Przypomnę tylko realne kroki, jak chociażby pomoc wojskowa szybko podjęta przez prezydenta Joe Bidena, co ma ogromne znaczenie. Przyszłość świata rozstrzyga się w tej chwili, na froncie – nie w gospodarce, ale właśnie na froncie. Gospodarka jest zawsze ważna, ale dzisiaj rozstrzygnięcia zapadają na wojnie, dlatego tak ważna jest pomoc. Ona pomoże Ukraińcom postawić jeszcze bardziej zdecydowany opór. Jeśli Rosja przegra tę wojnę, to są duże szanse zapewnienia tej części Eurazji trwałego pokoju. Natomiast jeśli Rosja nie przegra tej wojny i nie poniesie konsekwencji swoich zbrodniczych czynów, to wrócimy do niej za kilka lat.
Może zatem trzeba docisnąć Rosję, także jeśli chodzi o sankcje?
– Trzeba docisnąć sankcje, wzmocnić militarnie Ukrainę, zablokować możliwości pozyskiwania broni przez Moskwę, a więc działać na wszystkich frontach, żeby Rosja tę wojnę przegrała ze wszystkimi tego konsekwencjami. Chciałbym, żeby dobrze zrozumieć porównanie – mianowicie nie można pozwolić na sytuację, kiedy przegrywającemu Putinowi pozwoli się wyjść z tej opresji i podpisać porozumienie pokojowe na jego warunkach. To tak, jakby w czasie II wojny światowej, kiedy Hitlerowi nie szło, umożliwić mu zawarcie paktu o zaprzestaniu działań. Takie myślenie jest niedopuszczalne. Putin przegrupowałby siły, wzmocnił się i za chwilę – za rok, za dwa czy za trzy – znów powrócił do działań wojennych. Nie chodzi tu zatem o zatrzymanie Rosji w pół kroku, ale o jej realne pokonanie.
Premier Morawiecki zapowiedział derusyfikację polskiej gospodarki, ale jednocześnie europejskiej gospodarki. Jakie są szanse na odcięcie się od dostaw z Rosji?
– U nas, w Polsce, tych interesów rosyjskich nie ma aż tak wiele – Polska to nie Niemcy uzależnione na wielu frontach od Moskwy. Dlatego jeśli chodzi o Polskę, to jest to jak najbardziej do zrealizowania, zwłaszcza że pod koniec tego roku ma zostać uruchomiony gazociąg Baltic Pipe i ruszą dostawy gazu z norweskiego szelfu. To zapewni Polsce dywersyfikację i uniezależnienie od paliwa gazowego ze wschodu. Inaczej jest w Niemczech, gdzie takie uniezależnienie to długa perspektywa. Widać też, że czołowi politycy niemieccy są pod presją biznesu, który będzie robił wszystko, żeby tych nici łączących z Rosją nie zerwać, bo byłby to dla nich bardzo duży koszt.
Jak dotrzeć do ich sumień?
– Tam nie ma sumień, ta są tylko interesy. Dlatego należy potęgować presję, pokazywać, że Niemcy realnie sfinansowali wojnę Rosji z Ukrainą. Zresztą to się już robi. Ponadto trzeba zrywać relacje geopolityczne poprzez realny nacisk, pokazując też alternatywę, jak np. projekt Trójmorza. Warto też pamiętać, że po drugiej stronie mamy hipokrytów i grę pozorów, w którą absolutnie nie należy wierzyć, a tym bardziej jej ulegać.
Premierowi Borisowi Johnsonowi nie udało się przekonać Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich do zwiększenia wydobycia ropy naftowej, co uniezależniłoby od dostaw z Rosji i mogłoby obniżyć ceny paliw na rynkach. Dlaczego świat nie pomaga?
– Dlatego, że na świecie liczą się przede wszystkim wpływy i interesy. Proszę sobie przypomnieć, że kiedy była wojna w Syrii, to świat też cynicznie grał interesami. Tak to niestety jest. Natomiast dzisiaj kluczową rzeczą będzie odblokowanie Iranu. Jeśli uda się dogadać z Iranem, który ma ogromne zasoby surowców energetycznych, może to być kluczowa kwestia, może to być zatem realna alternatywa dla dostaw gazu ziemnego i ropy naftowej z Rosji. Natomiast jeśli chodzi o Arabię Saudyjską, no cóż, zarabia na wysokich cenach surowców, więc nie jest w jej interesie działanie, które obniżyłoby ceny paliw, a tym samym jej duże zyski.

