Prezydenci Polski, Litwy, Łotwy i Estonii powrócili z Kijowa. Jak podkreślają, to, co zobaczyli – rozmiar rosyjskich zbrodni – przekracza ludzkie pojęcie. Tymczasem świat Zachodu, przynajmniej jego część, zachowuje się bardzo dwuznacznie. Dlaczego?
– Świat zachowuje się cynicznie, ale jednocześnie jest to zachowanie adekwatne do interesów poszczególnych państw. Jednak powiedzmy sobie szczerze, że pod silną presją amerykańską świat zachodni mimo wszystko – w ostatnim czasie – zmienił swój stosunek do Rosji i do całej sytuacji związanej z wojną na Ukrainie. Oczywiście trochę to pachnie hipokryzją – jak w przypadku Niemiec czy Francji – ale nie jest już tak jak przed atakiem Rosji na Ukrainę, kiedy mieliśmy do czynienia z jawnie prorosyjską polityką wielu krajów – szczególnie w świecie Zachodu. Widzimy, że to wszystko zmienia się na naszych oczach.
Jak skomentuje Pan to, że mimo chęci wyjazdu do Kijowa wyrażonej przez prezydenta Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera Włodymyr Zełenski odmówił?
– Jak widać, Ukraińcy nie życzą sobie hipokryzji, bo to, że prezydent Niemiec nie udał się do Kijowa, że padła sugestia, że Ukraińcy sobie nie życzą takiej wizyty, to jest znaczący fakt nie tylko wizerunkowy, lecz także mówiący wiele o przyszłości geopolitycznych układanek w Europie Środkowej. Moim zdaniem wizyta niemieckiego prezydenta nie wnosiłaby niczego znaczącego, pokazywałaby tylko rzekomą proukraińskość Berlina, choć w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Zresztą warto przypomnieć, że Frank-Walter Steinmeier to jeden z tych polityków, który jako szef niemieckiej dyplomacji wiele zrobił dla tworzenia projektu Nord Stream 2, nie wspominając już o Nord Stream 1, a Ukraina tę prorosyjską politykę Niemiec dobrze pamięta.
Swoją drogą prezydent Steinmeier, który kilka dni temu gościł w Warszawie, do kraju, który jest najbardziej zaangażowany w pomoc Ukrainie i ukraińskim uchodźcom, przyjechał nie z pieniędzmi, nie z pomocą, ale de facto przybył z sankcjami, które zostały nałożone kilkanaście dni temu przez Brukselę odbierającą pieniądze państwu, które spośród wszystkich najbardziej pomaga Ukrainie. Proszę też pamiętać, że szefową Komisji Europejskiej jest dzisiaj Ursula von der Leyen – była minister obrony Niemiec, i teraz Bruksela pod jej kierownictwem nakłada sankcje na kraj frontowy, który wspiera Ukrainę – zamiast wspomóc nas finansowo. Ta hipokryzja jest coraz bardziej obnażona i sądzę, że dosyć ostra reakcja Kijowa pokazuje, że również Stany Zjednoczone już inaczej niż na początku prezydentury Joe Bidena spoglądają na rolę Niemiec w tej części Europy.
Decyzja prezydenta Zełenskiego jest różnie komentowana – zwłaszcza w kręgach niemieckich polityków. Pojawiają się też głosy, że ta wojna kiedyś się skończy i Ukrainie będzie potrzebna pomoc w odbudowie kraju, a pomoc Niemców też może być potrzebna?
– Owszem, to prawda, ale najpierw Ukrainie potrzebna jest pomoc w pokonaniu i wypędzeniu wroga ze swojego terytorium, a Niemcy do tej pory zamiast pomocy robiły wszystko, żeby wzmocnić wroga Ukrainy. To po pierwsze, po drugie Niemcy nie robią niczego z dobrej woli, a jeśli już, to w imię dobrze pojętego własnego interesu. Po trzecie Niemcy się oburzają, że Ukraińcy, nie godząc się na przyjazd prezydenta Steinmeiera, ingerują w wewnętrzną politykę Berlina, ponieważ wskazują, kogo chcą widzieć u siebie, a kogo nie. Tymczasem ci sami Niemcy robią to samo w stosunku do Polski, preferując Donalda Tuska, wybierając go na drugą kadencję szefa Rady Europejskiej wbrew woli rządu w Warszawie. Jak nazwać ich działania popierające totalną opozycję i ich grę na zmianę rządu w Polsce, brutalne ingerencje w wewnętrzne sprawy naszego kraju, o nakładaniu sankcji na Polskę – w imię niemieckiej praworządności – już nie wspomnę.
To wszystko pokazuje hipokryzję Niemiec, dlatego tym, co dzisiaj mówi Berlin, w ogóle nie należy się przejmować. Proszę też pamiętać, że przyszłość Ukrainy w tej chwili nie rozstrzyga się w orbicie polityki niemieckiej, ale polityki amerykańskiej, i to nie tylko w sferze militarnej, ale także w kwestii ewentualnej odbudowy tego kraju. Dlatego ten układ środkowo-europejski, który się ujawnił w Kijowie w postaci prezydentów państw bałtyckich Polski, Litwy, Łotwy, Estonii i Ukrainy, najlepiej ilustruje, w jakiej konfiguracji może się dokonywać odbudowa Ukrainy. Natomiast Niemcy, jeśli będą chciały, to mogą oczywiście się do tego włączyć, chociażby poprzez wprowadzenie Ukrainy do Unii Europejskiej.
Ta cała otoczka związana z wnioskiem Ukrainy i statusem państwa członkowskiego też nie jest całkiem jasna?
– Rzeczywiście, wizualnie cały proces się rozpoczął, ale status państwa kandydackiego można było nadać Ukrainie niejako z marszu, a nie czekać i wyznaczać terminy. To tylko pokazuje, że Niemcy są niejako w rozkroku, powiedziałbym nawet, że w szoku, iż to wszystko dzieje się poza nimi, a nawet wbrew nim. Myślę jednak, że ten szok nie zaszkodzi, bo Niemcy popełniły tak dużą liczbę błędów – w stosunku do Ukrainy z jednej strony, z drugiej, jeśli chodzi o Rosję, a z trzeciej, także błędy w stosunku do Polski, którą w relacjach unijnych traktuje się jak pariasa i pokazuje się jako kraj, który nie przestrzega zasad demokratycznego państwa prawa, gdzie rzekomo łamane są prawa człowieka, co jest ewidentnie nieprawdą.
Dlatego Niemcy niczego pozytywnego nie są w stanie dodać, co więcej – wojna na Ukrainie trwa już blisko dwa miesiące, a Berlin ciągle ma problemy nie tylko z kwestią nałożenia surowych sankcji gazowych czy surowcowych na Moskwę. Niemcy mają też kłopot z realnym wsparciem wojskowym i bardziej udają, że coś w tym kierunku robią, niż realnie pomagają krwawiącej Ukrainie. Myślę, że Niemcy się spodziewały, że poprzez swoją pozycję zmuszą wszystkie państwa Europy Środkowej do realizacji ich koncepcji Mitteleuropy – czyli podporządkowania Berlinowi, że państwa te będą to czynić z pokorą, bez hałasu i bez słowa sprzeciwu. Tymczasem otrzymały zimny prysznic, który Berlinowi absolutnie się należał i być może im się to przyda, o ile będą chcieli wyciągnąć z tego jakieś wnioski na przyszłość.
Nie tylko Niemcy tak się zachowują, ale również Francja, której prezydent nie uznaje krytyki i polskiego premiera określa antysemitą, co więcej – krytykuje prezydenta Joe Bidena, który mówi wprost, że Rosja dokonuje na Ukrainie zbrodni ludobójstwa…
– Emmanuel Macron nigdy nie użył tak ostrych słów wobec zbrodniarza Władimira Putina, jakich użył w stosunku do premiera Mateusza Morawieckiego. O Putinie nigdy nie powiedział, że jest ludobójcą, poddaje krytyce takie określanie jego działań, za to z łatwością przychodzi mu obrażanie polskiego premiera, nazywanie go antysemitą czy homofobem, czym de facto obraża sojuszniczy kraj, jakim jest Polska. To są rzeczy, które pokazują prawdziwe intencje samego Macrona i Paryża. Wojna wiele nam pokazuje i ujawnia, co w kim drzemie, co dla kogo jest ważniejsze.
Te podróże do Moskwy czy ciągłe telefony do Putina – to wszystko o czymś świadczy. Proszę zwrócić uwagę, że wizyta kanclerza Austrii Karla Nehammera na Kremlu też wiele nam mówi, bo wiadomo przecież, że Wiedeń w polityce międzynarodowej nie zrobi niczego bez zgody Berlina. Można więc powiedzieć, że w istocie była to wizyta niemiecka u Putina, co jest nie do przyjęcia. Na Ukrainie toczy się regularna wojna, Rosja dopuszcza się zbrodni, mamy do czynienia z ludobójstwem, mamy do czynienia z bezprzykładną agresją na suwerenne, niepodległe państwo, a politycy niemieccy – Olaf Scholz, prezydent Francji Macron czy kanclerz Austrii Nehammer odbywają wizyty u Putina. Pytanie, po co, czemu to ma służyć, bo sygnały, jakie tymi gestami wysyłają, są zatrważające.
Zamiast wysyłać broń na Ukrainę, negocjują z agresorem. W związku z tym krytyka prezydenta Macrona przez premiera Morawieckiego jest jak najbardziej uzasadniona, bo cóż wynika z tych nieustannych telefonów do Putina? Kiedy zaś odpowiedź ze strony Mateusza Morawieckiego na to jest bardzo merytoryczna, to Macron nazywa go antysemitą, co pokazuje, że świat, w którym dzisiaj żyjemy, jest obarczony realnymi interesami, które się ujawniają w takich właśnie sytuacjach. Widać jednak, że ta wojna łamie sojusz rosyjsko-niemiecki, rosyjsko-francuski, co daje nową perspektywę współpracy w Europie Środkowej. Myślę, że przy silnym zaangażowaniu Stanów Zjednoczonych ta nowa konfiguracja, jaka się dzisiaj tworzy, może dać nowe możliwości rozwojowe wszystkim państwom, których przedstawiciele spotkali się wczoraj w Kijowie.
W Kijowie gościli prezydenci państw Europy Środkowej – i to jest zrozumiałe, ale dzisiaj do Kijowa udał się także marszałek Tomasz Grodzki i przewodniczący Senatu Czech oraz delegacje senatorów obu krajów. Czemu ma służyć wizyta w Kijowie trzeciej osoby w państwie?
– W ten sposób ma zaistnieć przede wszystkim Platforma. Ma to znaczenie, bo pamiętajmy, że ta formacja jest opcją polityki niemieckiej w Polsce i to, co się dzieje, wpływa na wizerunek Platformy i w ogóle opozycji w Polsce. Mamy więc próbę ratowania tego mocno nadszarpniętego wizerunku – wprawdzie bycia w cieniu, ale jednak. Chodzi o to, żeby pokazywać swoją obecność i ratować spadki sondażowe. Zatem jest to czysto partykularna sprawa, bo nie ma żadnych złudzeń, że prof. Tomasz Grodzki – marszałek Senatu – nic nowego w znaczeniu realnym do sprawy nie wnosi.
Delegat prezydenta Steinmeiera?
– Może bardziej Donalda Tuska, który też jest w trudnej sytuacji. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że Tusk i Platforma przez lata wiązali wszystkie swoje nadzieje, kiedy rządzili, wiązali także polską politykę z polityką Berlina. Tymczasem ta polityka dzisiaj bankrutuje, jest nieskuteczna, jest skompromitowana, co sprawia, że rykoszetem odbija się także na Platformie. Nic więc dziwnego, że próbują to wszystko jakoś przykryć, posklejać i ratować. Wizyta marszałka Grodzkiego w Kijowie jest – w moim odczuciu – elementem pewnego liftingu wizerunku Platformy i opozycji totalnej w Polsce.

