logo
logo

Dziś w
„Naszym
Dzienniku”

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Manipulacje zwolenników aborcji

Piątek, 20 maja 2022 (01:15)

Aktualizacja: Piątek, 20 maja 2022 (09:17)

ROZMOWA z dr. Marcinem Romanowskim, wiceministrem sprawiedliwości

W czerwcu są ogromne szanse na historyczny przełom w Stanach Zjednoczonych, jeśli chodzi o obronę życia, bowiem tamtejszy Sąd Najwyższy prawdopodobnie zniesie wyrok dopuszczający aborcję.

– O przełomie w sprawie Roe vs. Wade mówi się od dłuższego czasu, ale dopiero teraz pojawiły się realne szanse na cofnięcie orzeczenia sprzed lat. Przysłowiowe światełko w tunelu pojawiło się dopiero pod koniec 2020 r. wraz z nominacją Amy Coney Barrett w miejsce zmarłej Ruth Bader Ginsburg. W konsekwencji w Sądzie Najwyższym USA powstała solidna konserwatywna większość, która może podjąć się rewizji dyskutowanego orzeczenia. Warto zaznaczyć, że nie byłoby to możliwe, gdyby nie 3 nominacje, które przypadły na prezydenturę Donalda Trumpa. Zresztą to prezydent Trump był pierwszym prezydentem USA, który przemówił na Marszu dla Życia, odbywającym się co roku w Waszyngtonie jako wyraz sprzeciwu wobec wyroku Roe vs. Wade. Obiecał on też nominować do SN sędziów gotowych odwrócić decyzję z 1973 r. i jak widać dzisiaj – obietnicy swojej dotrzymał. Niestety, obecny prezydent Joe Biden – rzekomo uważający się za katolika – nie cieszy się z tej wiadomości. Przeciwnie, sygnalizuje, że w wyniku rewizji Roe vs. Wade zagrożone mogą być też tzw. małżeństwa homoseksualne. Widać zatem, na czym mu zależy.

W ujawnionym dokumencie, którego autentyczność potwierdził sędzia SN Samuel Alito, stwierdza się, że orzeczenie „Roe vs. Wade od samego początku było błędne” , a podnoszone argumenty były „słabe”.

– Jako prawnik mogę powiedzieć, że uzasadnienie orzeczenia Roe vs. Wade było absurdalne. Sędziowie amerykańskiego SN uznali, że zabicie nienarodzonego dziecka to konstytucyjne prawo każdej kobiety w ciąży, które wynika z 14. poprawki do konstytucji z 1868 r., a dokładnie ze zdania: „Żaden stan nie może pozbawić życia, wolności i własności bez należytego procesu”. Stanowiło to całkowite wypaczenie istoty tej poprawki, gdyż wprowadzono ją po wojnie secesyjnej, żeby zakazać niewolnictwa, a nie umożliwić zabijanie nienarodzonych dzieci.
Co więcej, cała ta sprawa była oparta na kłamstwie, co w istocie stawia pod znakiem zapytania wartość historycznego wyroku. Norma McCorvey znana jako Jane Roe, chcąc zabić swoje nienarodzone dziecko, stwierdziła, że ciąża jest wynikiem gwałtu. Była to nieprawda, co sama przyznała jeszcze w 1987 r. Argument gwałtu – co więcej, rzekomo dokonanego przez czarnoskórych mężczyzn, co dodaje rasistowskiego elementu aborcyjnej rewolucji w USA – miał stanowić szantaż moralny wobec sędziów i opinii publicznej, który w efekcie doprowadził do ustanowienia licencji na zabijanie nienarodzonych dzieci na życzenie. Sprawa ma zresztą głębszy kontekst: 21-letnia dziewczyna z Teksasu, która wiele lat później sama określi się jako „ulicznica, narkomanka i pijaczka”, była tylko narzędziem w rękach Lindy Coffee oraz Sarah Weddington, dwóch ambitnych młodych lewicowych prawniczek, dążących do legalizacji aborcji na szczeblu federalnym. Sprawa McCorvey okazała się idealną okazją dla aborcjonistek, które pozwały władze stanu Teksas i spór przeniesiono na poziom Sądu Najwyższego. Warto przypomnieć, że McCorvey w latach 90. zmieniła swój światopogląd, stając się zagorzałą działaczką pro-life. Jeszcze w 2004 r. podjęła pierwszą próbę rewizji wyroku Roe vs. Wade, nieudaną ze względu na niechętne nastawienie sędziów nominowanych przed prezydentów wywodzących się z Partii Demokratycznej.

Zwolennicy zabijania dzieci poczętych już się mobilizują. Obok manifestacji w miastach były również protesty przed domem sędziego SN Bretta Kavanaugha. Przypomina to antyaborcyjne protesty w Polsce.

– Progresywna lewica obyczajowa na całym świecie stosuje tę samą strategię – zastraszania oraz przemocy. Widzieliśmy, co działo się podczas tzw. protestów Black Lives Matter (BLM), ale też w Polsce, kiedy Trybunał Konstytucyjny opowiedział się za życiem. Demokracja i zdanie większości mają znaczenie, dopóki są zbieżne z lewicową ideologią. Ta skrajna hipokryzja będąca wyrazem pogardy dla ludzkiego życia, szczególnie tak bezbronnego jak nienarodzone, prowadzi do śmierci milionów dzieci każdego roku. Emocje, kłamstwa i manipulacje faktami – to narzędzia, którymi posługują się zwolennicy aborcji. Histerię nakręca sam Joe Biden, który pytany o sprawę, odparł: „Na szali jest więcej niż aborcja. Co będzie kolejnym celem?”. Niektórzy dziennikarze straszą nawet zakazem antykoncepcji. Dla liberałów to okazja do pierwszej od czasów zamieszek BLM w 2020 r. mobilizacji, która mogłaby polepszyć pozycję demokratów przed wyborami. Walka o obronę aborcji pozwoli odwrócić uwagę od prawdziwych kłopotów, jednocząc demokratów. Przypomina mi to sytuację z Polski, gdzie „strajk kobiet” zmobilizował zwolenników opozycji znajdującej się w głębokim kryzysie po kolejnych przegranych wyborach.

Demokraci chcą przygotowania federalnego prawa dopuszczającego aborcję. Czy jest to realne?

– Ustanowienie federalnego prawa do zabijania nienarodzonych dzieci od lat stanowi jeden z głównych celów demokratów. Takie obietnice składał już Barack Obama. Jeszcze w ubiegłym tygodniu w obliczu potencjalnego odwrócenia wyroku Roe vs. Wade amerykański Senat podjął próbę przyjęcia ustawy kodyfikującej prawo do aborcji. Na szczęście nieskutecznie, co ciekawe, szalę na korzyść republikanów przechyliła decyzja senatora demokratów, Joe Manchina z Wirginii Zachodniej, który dołączył w głosowaniu do 50 republikanów, w gronie których nikt nie poparł proaborcyjnej ustawy, mimo presji mediów. Jednak na tym próby środowisk aborcyjnych nie ustaną. Na razie jednak widać bezradność aborcjonistów, a nie mogąc nic zrobić, wzywają oni wyborców, żeby na jesieni wybrali więcej demokratów do Kongresu Stanów Zjednoczonych.

Na pewno dalszym pretekstem będzie „sytuacja finansowa” kobiet , a nawet… prawa nielegalnych imigrantów. Melissa Flournoy, aktywistka imigracyjna, stwierdziła na łamach „The New York Timesa”, że nielegalne imigrantki będą się bały przekraczania granic stanów, w których aborcja zostanie ograniczona, w obawie przed deportacją. Gorącym przeciwnikiem rewizji wyroku SN jest oczywiście przemysł aborcyjny. Colleen McNicholas, kierująca jedną z placówek aborcyjnych w Illinois, wieści katastrofę w „ekosystemie aborcyjnym”, nawołując do powstrzymania konserwatywnych sędziów.

Efektem decyzji SN byłoby oddanie regulacji poszczególnym stanom. Trzynaście z nich ma już tzw. ustawy spustowe, które delegalizowałyby aborcję po decyzji SN. A liczbę takich stanów ocenia się na 22, a nawet na 26. Choć zaznaczmy, że ograniczenie aborcji ma różny zakres, największy w Ohio.

– Sprzeciw wobec aborcji, szczególnie dokonywanej na życzenie, jest bardzo silny wśród wielu mieszkańców USA. Bez wątpienia rewizji obowiązującego dotąd proaborcyjnego prawa podejmą się stany, w których władzę sprawują republikanie. Ale nie zapominajmy o stanach, w których obrońcy życia stanowią znaczącą mniejszość. Poza „bastionami” liberalnej lewicy, takimi jak Nowy Jork czy Kalifornia, obecny stan prawny nie cieszy się masowym, powszechnym poparciem. Oddanie kompetencji władzom lokalnym byłoby bardzo dobrym krokiem w stronę ukrócenia przemysłu aborcyjnego, a także ważnym symbolem dla ruchu pro-life na całym świecie.

Z kolei na Florydzie gubernator podpisał ustawę „Parental Rights in Education” gwarantującą rodzicom wychowywanie ich dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami, chroniąc ich między innymi przed indoktrynacją lgbt. To kolejny krok na drodze przeciw szerzeniu się tej ideologii?

– Progresywna lewica stara się narzucić ludziom „pakiet obyczajowy” w postaci obowiązkowej akceptacji aborcji na życzenie oraz wszelkiej maści dewiacji seksualnych. Ruch lgbt dawno temu wyszedł poza ramy walki o akceptację homoseksualizmu na rzecz seksualizacji społeczeństwa, w szczególności dzieci. To ogromne zagrożenie dla fundamentalnych praw rodziców, którzy powinni móc wychowywać dzieci w zgodzie z własnymi przekonaniami, bez zewnętrznej ingerencji. Zagrożeniem dla praw rodziców w USA, ale też w Europie, jest tzw. edukacja seksualna, o której tak głośno mówi się także w Polsce. Przykładem takich działań jest Kalifornia, która w 2020 r. na wniosek Scotta Wienera, aktywisty lgbt i polityka Partii Demokratycznej, zalegalizowała współżycie seksualne między 14-latkami a 24-latkami (słynny Senate Bill 145). Warto podkreślić ogromną mobilizację amerykańskich rodziców. Od dłuższego czasu sygnalizowali oni swój sprzeciw wobec tęczowej indoktrynacji, której dzieci są poddawane w szkołach, ale nie tylko. Szerokim echem odbił się bojkot Disneya, który nie dość, że usilnie wplata w bajki dla dzieci wątki lgbt, to dodatkowo próbował dyskredytować inicjatywę władz stanu Floryda.

Czy w Europie, Unii Europejskiej są szanse, wzorem USA, na przełamanie trendu ekspansji aborcji przedstawianej jako „prawo człowieka”, ideologii lgbt, którą z uporem chce się wprowadzać do szkół czy narzucać w formie różnych praw, jak konwencja stambulska?

– Unia Europejska wciąż rości sobie prawa do wyznaczania standardów w temacie aborcji, aktywnie ją wspiera i promuje, na szczęście na ten moment kwestia aborcji pozostaje całkowicie w zakresie kompetencji władz polskich. Europejskie środowiska feministyczne ukuły pojęcie „praw reprodukcyjnych”, które sprowadzają się do przedmiotowego traktowania dziecka nienarodzonego jako rzeczy, której swobodnym dysponentem jest matka. To czysta dehumanizacja w imię nieskrępowanego hedonizmu, życia bez żadnych konsekwencji swoich czynów. To wciąż pozostaje w sferze postulatów, choć widać, że spora część europejskiego establishmentu gorąco popiera tę ideę.

Presja jest za to widoczna w temacie lgbt, gdzie UE sygnalizuje walkę o legalizację tzw. małżeństw homoseksualnych (lub chociaż imitujących je związków partnerskich), a także o prawo do adopcji dzieci. Tu padają utarte slogany o walce o prawa człowieka, a nawet prawa dziecka. Ursula von der Leyen wśród priorytetów Komisji Europejskiej na obecny czas wskazała walkę o „tęczowe rodziny”. Jako Solidarna Polska stawiamy tamę tym dążeniom. Póki nasz rząd Zjednoczonej Prawicy sprawuje władzę, nie ma mowy o ustępstwach. Europejscy lewicowcy dobrze o tym wiedzą, dlatego wściekle atakują Polskę jako hamulcowego aborcyjnego „postępu”. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji to istotnie przełom w tej części świata, która coraz częściej ugina się przed lewicowym dyktatem.

Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowało kilka projektów, które idą w poprzek tym tendencjom, np. określaniu w dokumentach urzędowych rodziców zamiast „ojciec” i „matka”: rodzic 1 i rodzic 2.

– Unia Europejska za pośrednictwem krajowych aktywistów stara się wprowadzić „tęczowe rodziny” do polskiego systemu prawnego tylnymi drzwiami. Dąży do tego, by polskie urzędy stanu cywilnego respektowały zagraniczne akty urodzenia z państw, w których „matką” dziecka może być mężczyzna, a „ojcem” – kobieta. Pod pretekstem walki o prawa dzieci do „normalnego” funkcjonowania powstałby precedens, który w krótkim czasie posłużyłby uzasadnieniu wprowadzenia związków i rodzin jednopłciowych. Tak jak w przypadku walki o aborcję – emocje, półprawdy i sztuczki prawne to narzędzia do osiągnięcia ideologicznego celu. W ministerstwie nieustannie monitorujemy i analizujemy potencjalne zagrożenia, stąd inicjatywy legislacyjne, które mają na celu umocnienie praw rodziców, a przede wszystkim ochronę interesu najmłodszych. To właśnie dla obejścia oporu państw takich jak Polska, Unia Europejska chce zmienić traktaty i m.in. odebrać państwom prawo głosu. Odejście od zasady jednomyślności sprawi, że Polska nie będzie w stanie obronić się np. przed „homoadopcjami”.

Dziękuję za rozmowę.

Zenon Baranowski

Nasz Dziennik