logo
logo

Zdjęcie: A.Kulesza/ Nasz Dziennik

Dzieci Rakowieckiej

Poniedziałek, 4 marca 2013 (02:05)

Za ścianą aresztu na Rakowieckiej słyszały, jak ubecy biją ich ojca. Najmłodsza z rodzeństwa Borychowskich – Tereska, miała wtedy zaledwie 7 lat. Dzieci były bite, szarpane, rzucane o ściany. Żadne nie złożyło jednak zeznań obciążających ojca Mariana Borychowskiego, żołnierza 6. Wileńskiej Brygady AK, zamordowanego na Mokotowie.

Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych to dobra okazja, by poznać przejmujące losy rodzin żołnierzy antykomunistycznej konspiracji. Po wojnie funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa i administracji państwowej z bezwzględnością przewyższającą niekiedy niemieckich okupantów rozprawiali się z całymi rodzinami żołnierzy i działaczy politycznych stawiających opór sowietyzacji Polski.

Więzienia, oddzielanie matek od dzieci i osadzanie ich w sierocińcach, rozbijanie rodzin, prześladowania, milicyjny nadzór, niemożność znalezienia pracy, trauma konieczności milczenia o wyrządzonych krzywdach były doświadczeniami tysięcy z nich. Ilu ich było? Nie wiadomo.

– Nikt pewnie nie ma dokładnych danych liczbowych, bo nikt nie przygotował takich zestawień – tłumaczy Grzegorz Wąsowski z Fundacji „Pamiętamy”, która od lat 90. dokumentuje i przywraca pamięć o żołnierzach podziemia niepodległościowego, dociera do świadków, rodzin, dokumentów i miejsc związanych z ich losami i działalnością.

Jedną z takich rodzin odnalezionych przez Fundację jest rodzina Borychowskich. W kilku spotkaniach połączonych z projekcją filmów dokumentalnych zaplanowanych z okazji Narodowego Dnia Żołnierzy Wyklętych brała udział Janina Borychowska, jedna z czwórki głównych bohaterów obrazu pt. „Sny stracone, sny odzyskane” w reżyserii Arkadiusza Gołębiewskiego, dokumentalisty i dziennikarza.

Film pokazuje dramat polskich rodzin poddanych przez komunistyczne władze represjom w odwecie za pomoc niesioną partyzantce niepodległościowej po 1944 roku.

Potem przez lata musieli zmagać się z ciężarem wyroku na ojca i wykluczeniem ze społeczeństwa. Ale epilog historii rodziny Borychowskich jest pisany na naszych oczach. Prawdopodobnie niedługo, podczas prac archeologiczno-ekshumacyjnych na powązkowskiej Łączce zostaną odnalezione i zidentyfikowane szczątki Mariana Borychowskiego. Jego córka podkreśla, że jamy, w których chowano zamordowanych w więzieniu mokotowskim, nie są grobami.

– Dziś wszyscy żyją nadzieją, że tato zostanie odnaleziony i należycie pogrzebany – tłumaczy Gołębiewski.

– Film pokazałem grupie studentów, młodych archeologów, którzy pracują pod okiem prof. Krzysztofa Szwagrzyka na Powązkach. To pozwoliło im poznać historię człowieka, którego szukają i jego rodziny – relacjonuje reżyser, który przygotowuje film poświęcony właśnie ekshumacjom prowadzonym na Łączce.

Marian Borychowski był ojcem czworga dzieci. Rodzina mieszkała we wsi Borychów w gminie Repki. Los związał ją z historią oddziału 6. Wileńskiej Brygady AK. Borychowski, żołnierz ZWZ-AK, udzielał schronienia swoim towarzyszom walczącym z komunistami.

Po obławie zorganizowanej na czterech z nich został aresztowany, poddany okrutnym torturom i zamęczony w lutym 1951 r. w osławionym warszawskim więzieniu przy Rakowieckiej.

Jego ciała do tej pory nie odnaleziono. Żona Czesława Borychowska dostała karę 10 lat więzienia. Na mocy amnestii zwolniono ją po 4 latach. Do ostatnich swoich dni była prześladowana przez władze. Zmarła w 1984 roku, nie doczekawszy oczyszczenia z zarzutów.

Przed kamerą występują sędziwe już dzisiaj dzieci Borychowskich, którym nie dane było zaznać szczęśliwego dzieciństwa ani młodości w wolnej Ojczyźnie. W 1950 r. cała rodzina została aresztowana przez funkcjonariuszy UB. Najpierw zabrali do Sokołowa rodziców, potem w nocy przyjechali po dzieci. Najmłodsze z nich miało wtedy zaledwie siedem lat.

– Za ścianą aresztu słuchałyśmy, jak biją naszego ojca. Tereska, Staś i ja. Miał wybite zęby, połamane żebra i ręce. Prosiliśmy ubowca, który przyniósł nam kolację, mówiliśmy mu, że płaczemy, bo bili naszego tatę. „Wasz ojciec to zdrajca” – odpowiedział i zamknął drzwi – relacjonuje Janina Borychowska.

Miała wtedy 12 lat. Jak wspominają, ich również wyzywano, bito, szarpano, straszono. – Ci ubowcy, którzy bili naszego ojca, przychodzili do nas na zwiady, próbowali wypytać nas, co wiemy. Ale wiedzieliśmy, że nie wolno nam mówić. I tak twierdziliśmy, że nic nie wiemy – wspomina w filmie.

Najstarsza z rodzeństwa Janina po kilkumiesięcznym areszcie i brutalnym śledztwie została skazana na półtora roku więzienia. Podczas śledztwa kilkunastoletniej dziewczynie kazano siedzieć na nodze od stołka. Potem rozdzielono ją z rodzeństwem.

Jak podkreśla, czuła, że była prześladowana do lat 80. Trzy tygodnie przesiedział w areszcie również 10-letni wówczas Stanisław Borychowski. Dorastał w domu dziecka, podobnie jak najmłodsza z rodzeństwa Teresa Zawadzka, którą ubecy zatrzymali w wieku zaledwie 7 lat.

Cała czwórka ze łzami w oczach wspomina aresztowania oraz kolejne lata pełne cierpień i upokorzeń. Żyli w milczeniu, zapomnieniu, z pokorą znosili swój los, o tamtych tragicznych i bolesnych sprawach bali się mówić nawet własnym dzieciom.

Rodzinę Borychowskich wydał Czesław Białowąs. W komunistycznej Polsce zrobił karierę, w której pomagało mu dobrowolne i wieloletnie donoszenie do UB i SB.

Zdradził nie tylko Borychowskich, ale również własnego brata i matkę, później nauczycieli w szkołach, w których pracował. Przez lata uchodził za wybitnego pedagoga i poetę, którego tomiki wierszy są dziś przedmiotem analiz historyków IPN, bo opisywał w nich swoją donosicielską działalność.

Film kończy bardzo wymowna scena. W 2007 r. Marian Borychowski został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Krzyż z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego odebrały jego dzieci. Na jednym z ujęć rozmawiają z Marią Kaczyńską. – Jesteśmy w końcu bardzo dumne, że przestałyśmy być dziećmi bandytów – mówi do prezydentowej Janina Borychowska.

Maciej Walaszczyk

Nasz Dziennik