Publikowane przez GUS dane na temat dzietności z każdym miesiącem są coraz gorsze. Rodzi się mniej dzieci. Polskę trawi kryzys demograficzny. Tymczasem rząd powtarza, że przezwyciężenie go jest priorytetem. Te działania są w ogóle dostrzegalne?
– Niestety, ja mam zupełnie inne odczucia. Owszem, nieustannie słyszymy deklaracje o konieczności poprawy demografii, wsparcia rodzin, ale w dużej mierze to są wyłącznie hasła. Nic się nie dzieje i – muszę to powiedzieć z przykrością – to podcina skrzydła. Nie tylko zresztą mnie, ale też wielu organizacjom, stowarzyszeniom, które chcą edukować, którym zależy na rozwoju polskiej rodziny. Dociera do mnie zbyt wiele informacji, że w ogłaszanych przez resort rodziny konkursach dofinansowanie otrzymują wciąż te same inicjatywy. Trudno przebić się przez tych stałych beneficjentów. Okazuje się, że duszpasterstwo rodzin diecezji warszawsko-praskiej do tej pory nie otrzymało żadnego wsparcia. Na decyzję czeka teraz m.in. Filharmonia Pomorska z Bydgoszczy, która przygotowała serię koncertów dla kobiet w stanie błogosławionym. Miejmy nadzieję, że ta akcja zyska poparcie finansowe, bo pomysł jest fantastyczny, zważywszy na fakt, że muzyka stymuluje rozwój dziecka w łonie kobiety. Podobne prorodzinne inicjatywy są także w stolicy.
Jak można mówić o kompleksowych działaniach, skoro brakuje konkretów. Żeby ludzie odważyli się mieć dzieci, muszą mieć dochód i miejsce do życia. Tymczasem program „Mieszkanie plus” nie został dobrze przygotowany. Nie skorzystały z niego rodziny wielodzietne. Owszem, jest wiele zasiłków, zmian w prawie pracy, ale nadal państwo wspiera małodzietność. Przykład? Emerytury. Kobiety, które wychowały czworo lub więcej dzieci, otrzymają emeryturę, mimo że jej – zgodnie z przepisami prawa pracy – nie wypracowały. To świetna decyzja i krok w dobrą stronę. Ile było jednak takich kobiet, które – mimo czwórki lub więcej dzieci – musiały jednak iść do pracy. Musiały wyjść z domu i kosztem rodziny walczyć o byt. One nie będą za to premiowane. Nie otrzymają żadnego dodatku. Ich emerytury będą na zbliżonym poziomie, jak emerytury tych pań, które nie podjęły pracy. Mimo że uwzględnienie ich wysiłku nie byłoby dużym obciążeniem dla państwa. Zabrakło tego gestu, który byłby jednoznaczny z powiedzeniem: „nam na was zależy, bez was Polska by nie przetrwała”. Moim zdaniem to jest jeden z dowodów na to, że mentalność rządu nie jest za dużą rodziną. A przecież, żeby demografia Polski była zadowalająca, to współczynnik dzietności musi być dużo wyższy niż dziś. Kobiety muszą urodzić przynajmniej troje dzieci.
Rząd tłumaczy, że gdyby nie jego działania, to byłoby jeszcze gorzej. Przekonuje to Panią?
– Z tej wypowiedzi wynika, że po tylu latach deklarowanych działań ze strony rządu, aby poprawić demografię, nie ma szans na podźwignięcie się z kryzysu. Okazuje się, że dramatyczny spadek urodzeń to niejako sukces rządu, bo gdyby nie jego działania, to byłoby jeszcze gorzej. Czy mam rozumieć, że my dziś możemy tylko hamować to katastrofalne zjawisko, że nie ma szans, żeby osiągnąć zastępowalność pokoleń? Jako matkę, jako osobę kochającą Polskę, mnie takie wyjaśnienia przerażają i traktuję je wręcz jako policzek. Doskonale wiemy, że były różne czasy, rządziły różne formacje, również skrajnie lewicowe, a dzieci rodziło się tyle samo. Teraz próbuje się nam wmówić, że bez rządu my sobie nie poradzimy. Proszę mi wierzyć, że ludzie żyją własnym życiem, nie patrzą na rozwiązania rządu, tylko robią swoje. Taka jest nasza historia. My zawsze jako Naród szliśmy pod prąd. Owszem, rozumiem nawet te próby koloryzowania rzeczywistości przez przedstawicieli rządu. Co innego oni mają powiedzieć, gdy tyle lat zapewniało się, że demografia to priorytet, a nie udało się do tej pory przygotować strategii demograficznej – mając wszystkie resorty, wszystkie narzędzia do tego, żeby działać. A my nadal czekamy, bo od dłuższego czasu strategia jest rzekomo na ukończeniu. Tymczasem niektóre samorządy nadal finansują in vitro. Przypomnijmy, że ta metoda wspomagania rozrodu, zapoczątkowana pierwotnie w rozrodzie zwierząt, nie leczy niepłodności, lecz pomaga uzyskać poczęcie. Jest to proces niezwykle kosztowny, często związany z eliminacją istnień ludzkich oraz wymuszający hiperstymulację hormonalną.
Jest jeszcze wiele takich „szczegółów”, które doskonale odzwierciedlają podejście do tego tematu. Na Radzie Rodziny wielokrotnie z ust ekspertów, zapraszanych przez panią minister, padały określenia: „partner”, „partnerka”, zamiast: „mąż”, „żona”. W takiej sytuacji należy zapytać: czy my wspieramy małżeństwa czy konkubinaty? Czy mamy bronić prawdy, czy mamy bronić status quo i cieszyć się, że jeszcze nie utonęliśmy w lawinie błota? Mam wrażenie, że przekonywanie nas o tym, że tylko programy społeczne mogą pomóc Polsce wyjść z kryzysu demograficznego, jest formą manipulacji. Jeśli nie zmieni się rzeczywistego nastawienia do wartości rodziny, to nie zdołamy wydźwignąć się z tej zapaści.
Drogi Czytelniku! Więcej można przeczytać w papierowym wydaniu „Naszego Dziennika” dostępnym w punktach sprzedaży prasy lub w wersji elektronicznej TUTAJ.

