Co jakiś czas wraca temat reparacji wojennych od Niemiec. Opozycja jak
zwykle krytykuje i twierdzi, że Prawo
i Sprawiedliwość traktuje tę kwestie instrumentalnie, że odgrzewa stary kotlet, że sprawa jest już dawno załatwiona, że nie ma co się domagać naprawy krzywd.
– Sprawa w ogóle nie jest załatwiona, bo reparacji od Niemiec nigdy nie otrzymaliśmy. Natomiast faktem jest,
że Prawo i Sprawiedliwość – od czasu do czasu – słusznie zresztą powraca do tej sprawy i używa jej jako pewien argument w przetargach politycznych. Z jednej strony Niemcy jeśli będzie im to ciążyło wizerunkowo, mogą chcieć w jakiś sposób tę sprawę załatwić, a z drugiej strony PiS używa tej sprawy w momencie, kiedy rośnie presja Brukseli na Polskę – presja, która jest powodowana decyzjami nade wszystko Berlina. Zatem jeśli się pojawiają kolejne sankcje, kolejne naciski na Polskę, to wszczynanie na nowo dyskusji na temat reparacji wojennych od Niemiec ma charakter argumentu przetargowego. Wskazuje on jasno, że jeśli Bruksela i Berlin się od nas nie odczepią,
to Polska będzie konsekwentnie używała tego argumentu na arenie międzynarodowej, co będzie osłabiać wizerunkowo Niemcy i Unię Europejską, tak jak one, oskarżając o brak praworządności, osłabiają wizerunkowo, ale także finansowo Polskę. Jeśli nie otrzymujemy należnych nam środków w ramach „Krajowego planu odbudowy”, co kosztuje Polskę bardzo dużo, bo dzięki tym pieniądzom moglibyśmy załatwić szereg ważnych spraw,
to reparacje ostatecznie są w pewnym sensie odwetem
za to, co Niemcy czynią nam dzisiaj.
Dlaczego temat reparacji nie został dotychczas załatwiony, mimo iż Niemcy wypłaciły odszkodowania bodajże
70 państwom, tylko nie Polsce?
– Na poziomie politycznym kolejne rządy niemieckie
nie chciały tej sprawy załatwić. Ponadto przez dłuższy czas w taki czy inny sposób w Polsce rządził obóz lewicowo-
-liberalny – pookrągłostołowy, który nie naciskał. Ten obóz, co dzisiaj widać wyraźnie, był bardzo mocno powiązany
z Niemcami. To był lewar – przełożenie polityki niemieckiej na gruncie polskim. Zatem rządzący Polską nie mieli nawet śmiałości – do głowy im nie przychodziło, żeby się upomnieć o naprawienie krzywd przez Niemców. Do tego padał argument, że Niemcy wypłacają się nam w ten sposób, że po pierwsze zgodzili się nas przyjąć w szeregi Unii Europejskiej, a po drugie, że spłacają swoje winy poprzez unijne fundusze strukturalne, co jest kompletną bzdurą. Fundusze strukturalne są rekompensatą za nieograniczony dostęp do naszego rynku krajów unijnych,
w tym zwłaszcza takich państw, jak Niemcy, co pozwoliło im na zdominowanie całej naszej gospodarki. I tak to wyglądało. Kiedy w Polsce przy władzy pojawił się obóz patriotyczny, który przez Berlin i Brukselę z definicji został uznany jako wrogi i do wymiany, wtedy ze strony Polski powróciła kwestia reparacji wojennych od Niemiec. Pomijam już stronę formalno-prawną, ale również od strony moralnej sprawa jest absolutnie niezałatwiona.
Czy chodzi tylko o pieniądze
i odpowiedzialność materialną Niemiec?
– O pieniądze również, ale także o politykę, o wypchnięcie Niemiec z Polski i przecięcie presji, jaka na nas jest wywierana przez Berlin i Brukselę. Nie dość, że Niemcy
nie zapłacili nam za wyrządzone krzywdy podczas II wojny światowej, to jeszcze dzisiaj nakładają na nas sankcje. Oczywiście czyni to Bruksela, ale nikt przecież nie ma wątpliwości, że Bruksela – Komisja Europejska – jest tylko narzędziem w rękach niemieckich.
Jak rozumieć słowa, jakie w Grójcu podczas jednego ze spotkań z sympatykami PiS wypowiedział prezes Jarosław Kaczyński,
że „poprzednie rządy ulegały syndromowi sztokholmskiemu wobec Niemiec”?
– To najlepiej oddaje stan umysłu poprzednich rządów, które w tym sensie były – rzec można – przywiązane niczym ofiara do kata, do sprawcy nieszczęść, ale chyba nie tylko o to tu chodzi. Mianowicie, to jest myślenie obozu kosmopolitycznego, który jest przekonany, że Polska zawsze musi być poddana, że nie może sobie pozwolić na samodzielną, podmiotową politykę i że cały czas musi być na kimś zawieszona, od kogoś uzależniona. Ten obóz uznał, że opcja niemiecka jest dla Polski najlepszym rozwiązaniem, a co za tym idzie nie można występować,
a tym bardziej domagać się zadośćuczynienia od Niemiec. To jest bardzo płytkie myślenie w kategoriach XVIII-
-wiecznych, ale niestety tak to wygląda.
Jak Pan Profesor ocenia dotychczasowe prace Parlamentarnego Zespołu ds. Oszacowania Wysokości Odszkodowań Należnych Polsce od Niemiec za Szkody Wyrządzone w trakcie II Wojny Światowej?
– Zespół, na czele którego stoi poseł Arkadiusz Mularczyk, wykonał już jakąś pracę. Jest raport, którego część mamy poznać niebawem. Jest zatem narzędzie, którym można
i trzeba grać. Można oczywiście sam raport czy poszczególne kwestie uszczegóławiać, można wiele rzeczy zrobić, ale najważniejsze na tym etapie jest mieć pewną bazę, z której będzie można korzystać. Jest to jednak kwestia decyzji politycznych: czy jedziemy z tym spokojnie czy na ostro?
Co to znaczy na ostro?
– Na ostro to znaczy na wszystkich możliwych forach,
na różne sposoby musimy domagać się reparacji wojennych od Niemiec. Nie na poziomie Parlamentarnego Zespołu ds. Oszacowania Wysokości Odszkodowań Należnych Polsce od Niemiec za Szkody Wyrządzone w trakcie II Wojny Światowej, tylko na poziomie decyzji politycznych. Dziś takie rzeczy się rozstrzygają.
We wrześniu mamy poznać I tom raportu
w sprawie reparacji wojennych i kwotę, którą Polska powinna otrzymać od Niemiec. O jakim przedziale finansowym możemy myśleć?
– Trudno powiedzieć. Z całą pewnością są to setki miliardów, czy nawet bilion dolarów czy euro. Myślę, że
w takich kategoriach, przedziałach finansowych należy czytać nasze roszczenia. Słyszymy, że zniszczenia tylko samej Warszawy są wyceniane na ok. 400 mld zł,
a przecież Warszawa nie była jedynym polskim miastem, które Niemcy zniszczyli.
Jest szansa, żeby odzyskać od Niemców odszkodowania za II wojnę światową?
– W takiej wysokości – jak wspomniałem – pewnie nie,
ale godziwa zapłata za krzywdy, za zniszczenia materialne z pewnością się nam od Niemców należy. Nie sposób wycenić krzywd moralnych, przecież straty, jakie poniosło polskie społeczeństwo należy szacować na ponad
5,5 mln osób. Bez wątpienia powinniśmy się domagać reparacji. Oczywiście nie da się tego zrobić z dnia na dzień, a więc jest to dłuższa perspektywa, i musimy być na to przygotowani. Żeby osiągnąć cel, należy stosować konsekwentny, niezmienny nacisk i nie ustępować. Musimy o tym mówić w każdej sytuacji, w każdym czasie, w porę
i nie w porę, żeby Niemcy poczuli dyskomfort. To Niemcy sami narzucili nam ten temat, tworząc wizerunek państwa, które z II wojną światową się rozliczyło. Niemcy stworzyli wokół siebie aurę państwa, które dba o prawa człowieka,
o środowisko itd. Tym bardziej trzeba mówić prawdę
o zbrodniach dokonanych przez Niemców w czasie II wojny światowej, przypominać im o winach, o zbrodniach, jakich się dopuścili. Czas też raz na zawsze skończyć z mitem, jakiego się trzymali rządzący Polską po 1989 roku, że jeśli nie będziemy dociekliwi, jeśli nie będziemy zabiegać
o naprawienie doznanych krzywd, to Niemcy będą dla nas bardziej mili, nie będą na forum Unii Europejskiej prześladować Polski. Nic bardziej mylnego, bo taka spolegliwa postawa tylko rozzuchwaliła i ośmieliła Berlin, aby w sposób bezpardonowy atakować Polskę. Słaby w tej rozgrywce się nie liczy, dlatego tym bardziej trzeba grać
na twardo i stawiać swoje słuszne żądania aż do skutku.

