Unia Europejska przyjęła rozporządzenie w sprawie oszczędzania gazu. Redukcja ma wynieść 15 proc. I na razie jest dobrowolna. Jednak decyzją Rady może się zmienić w obowiązkową. Jak ocenia Pan tę decyzję?
– Odnoszę wrażenie, że zaczyna powstawać nowy twór – na kształt europejskiego rządu, który chce kierować każdą kwestią dotyczącą UE. Niestety, często pomija on prawo i traktaty. W mojej ocenie mamy do czynienia z łamaniem podstawowych zasad, którymi powinna rządzić się UE. Mnie nie przeraża to, że Komisja Europejska, czy też Rada Europejska troszczą się o bezpieczeństwo energetyczne. To jest nawet pozytywne zjawisko, bo dobrze, że ktoś zaczął dostrzegać problemy. Przerażające jest to, że pod płaszczykiem pięknych haseł i idei próbuje się łamać traktaty i przywłaszczać sobie kompetencje, których nie ma. Komisja Europejska nie jest najważniejszym organem UE. Tym jest Rada Europejska – czyli spotkanie liderów krajów UE. Ale nawet oni nie mają nic do powiedzenia w sprawach zarezerwowanych dla państw członkowskich. KE to są urzędnicy. I niestety, ale to oni próbują teraz przejąć władzę w UE.
Przeciw rozporządzeniu były Polska i Węgry. Polska swoją decyzję argumentowała w ten sposób, że „sprzeciwia się temu, aby jakiekolwiek państwo lub Komisja Europejska narzucały innym państwom ograniczenia”. Co w tym złego, że w dobie kryzysu będziemy próbować współdziałać razem?
– Współpraca to jest coś pięknego, godnego pochwalenia. Działając jako jedność, można zyskać o wiele więcej. Jednak nie jest to żadną tajemnicą, że siłą wiodącą w UE są Niemcy. Zastanawiające jest to, że o współpracy, czy też o solidarności europejskiej mówimy tylko wtedy, kiedy to Niemcy mają z czymś problem. Wtedy wszystkim przypomina się, że jesteśmy Wspólnotą, i chcą dyskutować, jak tę ideę przekuć w czyn. Tak było m.in. w 2015 r., gdy Niemcy zaprosiły do siebie islamskich migrantów. A gdy okazało się, że oni nie mają zamiaru się integrować, ani nawet pracować, problem stał się tak duży, że Berlin na każdym kroku dopominał się ich przymusowej relokacji i podpierał to właśnie koniecznością współpracy. Ale gdy tylko inni członkowie UE mają swoje problemy, które wymagają współdziałania – np. kryzys uchodźców z Ukrainy – to wtedy wielcy zapominają o solidarności. Spraw związanych z energetyką trzeba bardzo mocno pilnować. Przypadek Funduszu Odbudowy pokazuje, że jak za bardzo zaufa się UE, to może się to bardzo źle skończyć.
Możliwe jest jeszcze wskrzeszenie idei solidarności energetycznej?
– W ramach solidarności energetycznej powstał Nord Stream 1 i 2. Polityka energetyczna UE legła w gruzach. Ona nie miała prawa się udać, bo była obudowana interesami jednego członka – Niemców. Oni chcieli być głównym operatorem gazu w Europie, a ten surowiec miał być podstawowym źródłem do produkcji energii. Gdyby Niemcy doprowadzili do realizacji tego planu, to tylko oni by mieli gaz i mogliby decydować o wszystkim. Przez dekady Niemcy – za milczącą zgodą Komisji Europejskiej – wyhodowały potworka, który jest teraz główną przyczyną naszych problemów. Polska o tym mówiła wprost. Alarmowaliśmy o tym wielokrotnie. To było ignorowane, zarzucano nam rusofobię. Jeżeli coś czekać nas będzie po wojnie, to obawiam się, że powrót do tego systemu. O zdrowej solidarności energetycznej nie ma co marzyć. Przy okazji ujawnił się także inny problem – UE nie ma dobrej strategii energetycznej i prawidłowo rozumianej solidarności, ale też polityki wschodniej. Unia Europejska ma wielkie aspiracje, ale one nie nadążają za rzeczywistością.
Komisja Europejska Ursuli von der Leyen musi ponieść polityczną odpowiedzialność za obecny stan?
– Oczywiście, że tak. Komisarze powinni zacząć pakować swoje biurka, a organy kontrolne krajów członkowskich i instytucji UE powinny przyjrzeć się ich działalności. Co więcej, Rada Europejska powinna spotkać się na szczycie, podczas którego omówi niewydolność KE, a także zastanowi się nad kierunkami polityki UE. Bo to, co od lat próbuje robić Komisja Europejska – a nie ma do tego prawa – jest fatalne. Zauważmy, że KE nadaje sobie kompetencje poprzez stosowanie szantażu finansowego. W normalnych warunkach powinno wywołać to wzburzenie krajów członkowskich.
Zwrócono również uwagę na wątpliwą podstawę prawną tej decyzji. Otóż Polska twierdzi, że wszelkie ustalenia w sprawie bezpieczeństwa energetycznego muszą zapadać jednomyślnie. Kolejny przykład, że UE łamie traktaty?
– To jest kolejny przykład tego, że w Unii Europejskiej nie jest ważne prawo, zapisy traktatów, to, na co się umówiliśmy, ale interpretacje. To dobrze obrazuje sytuację Polski. My robimy wszystko to, co jest literalnie zapisane w traktatach. Nawet przy reformie Sądu Najwyższego, którą przygotował prezydent – sprawą oddzielną jest ocena tych zapisów – zrobiliśmy wszystko to, na co umówiliśmy się z Komisją Europejską. A Brukseli w ramach ich interpretacji wychodzi coś innego. A więc robimy to, na co się umówiliśmy, a KE odpowiada, że pieniędzy z „Krajowego planu odbudowy” nie będzie, bo my to interpretujemy inaczej. Okazuje się, że w UE nie jest najważniejszy ten, kto według traktatów ma możliwość podejmowania decyzji w danej sprawie, ale osoba, która interpretuje zapisy prawa, bo ona może swobodnie zmieniać to, co zostało zapisane i ustalone. To jest kolejna duża słabość UE. Wspólnota coraz bardziej staje się tworem administracyjno-biurokratycznym, w którym prawnicy i urzędnicy mają władzę. Kraje członkowskie tylko mają wrażenie, że są podmiotem w tej grze.
Czy Unia Europejska ma jeszcze jakiś sens?
– Tylko wtedy, gdy ktoś będzie w stanie zatrzymać to szaleństwo. Tylko wtedy, gdy nastąpi powrót do wartości – prawa rzymskiego, filozofii greckiej i chrześcijańskiej moralności.
Drogi Czytelniku,
cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.
Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

