logo
logo

Dziś w
„Naszym
Dzienniku”

Zdjęcie: arch. Filip Frąckowiak/ Inne

Mój Ojciec

Wtorek, 6 września 2022 (02:17)

Aktualizacja: Wtorek, 6 września 2022 (08:00)

Pamięć o prof. Józefie Szaniawskim żyje w jego dziełach.

Mija 10. rocznica śmierci mojego Ojca – Józefa Szaniawskiego. Po tej dekadzie, jako syn, pragnę wyrazić wdzięczność za pamięć o jego pracy: dziennikarskiej, dydaktycznej i pełnomocnika generała Ryszarda Kuklińskiego.

Dziennikarz

Józef Szaniawski nie był dziennikarzem w rozumieniu dzisiejszym – gdy większość pracowników korporacyjnych mediów „wytwarza newsy” lub je preparuje w taki sposób, aby różniły się nieco od treści tych samych, znajdujących się w innych tytułach prasowych. Z perspektywy dzisiejszej trudno w ogóle nazywać go dziennikarzem. Jednak zważywszy na fakt, iż to właśnie przez pracę dziennikarską komuniści uczynili go amerykańskim szpiegiem,
w konsekwencji czego stał się więźniem politycznym, lubił określać się mianem dziennikarza. Z tej perspektywy należy przypomnieć, że do końca życia był publicystą „Naszego Dziennika”. Zwykł powtarzać: „Być może pochlebiam sobie, ale nie byłem i nie jestem tak zwanym dziennikarzem obiektywnym i nie wynika to jedynie
z nawyku pisania do Wolnej Europy”.

Z wykształcenia był historykiem. Pierwszy artykuł, jeszcze studenta Józefa Szaniawskiego, został opublikowany
w miesięczniku „Mówią Wieki”. Poświęcony był Szkole Rycerskiej. Nigdy nie przestał być wierny formule artykułu
i felietonu historycznego. Około 1973 roku zaczął pracować w Polskiej Agencji Prasowej. Nie od razu, ale wkrótce został przeniesiony do sekcji biuletynów specjalnych. Biuletyn Specjalny Polskiej Agencji Prasowej redagowany był w PRL tylko do użytku wewnętrznego, dla wybranych członków KC PZPR. Większość informacji kierowana była do Biuletynu Krajowego, z którego mogła korzystać prasa. Reszta wiadomości, których ze względów ideologicznych nie chciano rozpowszechniać, trafiała do Biuletynu Specjalnego, do którego wgląd miała jedynie garstka uprawnionych. Tenże biuletyn oraz swoje opracowania
i artykuły wysyłał Józef Szaniawski do Monachium.
Przez lata dostarczał do Radia Wolna Europa informacje
o sytuacji w Polsce, nadawane następnie do kraju.

Nauczyciel

Jeszcze na studiach rozpoczął pracę jako nauczyciel historii w jednym z warszawskich liceów. Myśl polityczno-
-społeczna Józefa Szaniawskiego kształtowała się według jasnego kryterium. Polska Rzeczpospolita Ludowa nie była – według niego – wcale ludowa. Ani w ujęciu demokratycznym, ani nawet według wizji marksistowskiej. Nie było to absolutnie państwo, w którym władza leżała
w rękach ludu. Tego uczył też swoich studentów. Jak sam opowiadał, na jednej z lekcji wiedzy o społeczeństwie
w warszawskim liceum im. Juliusza Słowackiego, gdy uczono podstaw konstytucji, zakpił z niej. Otóż w Konstytucji PRL z 22 lipca 1952 roku rozdział 1, zatytułowany Ustrój polityczny, art. 1 pkt 2 zapisana była następująca treść: „W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej władza należy do ludu pracującego miast i wsi”. Według przekazu wstał i zapytał. „A co, jeśli ktoś nie mieszka ani
w mieście, ani na wsi, tylko na przykład w lesie?”. Pytanie się nie spodobało, co skończyło się kłopotami.

To były jeszcze żarty. Potem na studiach pisał pod kierunkiem prof. Stefana Kieniewicza pracę magisterską poświęconą Powstaniu Styczniowemu. Być może właśnie to skłoniło go do przyjrzenia się na poważnie obecności rosyjskiej w Polsce. Na poważnie zaczął przeciwstawiać się komunizmowi i rosyjskim wpływom, gdy został nauczycielem historii. Już nie z jego opowiadań, ale od odwiedzających Izbę Pamięci Generała Kuklińskiego dawnych uczniów Józefa Szaniawskiego wiem, że prowadził podwójne lekcje. Pierwsza część była podręcznikową wersją historii. Druga część lekcji była historią prawdziwą. Zeszytami zapisanymi w taki sposób chwalił się jeden
z uczniów (dziś około 60-letni). Byli to właściwie jedyni
i mimowolni świadkowie jego postawy. Nauczycielem był przez czterdzieści lat. Do końca życia.

Ostatni więzień polityczny PRL

Nikt w naszej rodzinie ani wśród przyjaciół nie wiedział
o związkach z Wolną Europą. Był w tym, co robił, samotny. Gdy w 1985 roku wtrącono go do więzienia i skazano na
10 lat, został przez władzę komunistyczną w Polsce określony agentem CIA. Nawet jeśliby mu to schlebiało, to i tak cena, jaką zapłacił, nie była warta żadnych tytułów. Stracił bowiem prawa publiczne, a także pozbawiono go wszelkiego majątku w ramach konfiskaty mienia. Taka była cena za redaktorskie opracowania na temat sytuacji
w Polsce przygotowywane dla Radia Wolna Europa.

Gdy Polska zmierzała do wolności, a wraz z nią Polacy i tak zwana opozycja komunistyczna, on wciąż siedział. Ogromna większość więźniów politycznych opuściła więzienia do 1986 roku. Mijały obrady okrągłego stołu, wybory czerwcowe, zaczęła wychodzić „Gazeta Wyborcza”, Dziennik Telewizyjny zmienił się w Wiadomości, premierem został Tadeusz Mazowiecki, a Józef Szaniawski wrzawę wolności wciąż słyszał tylko zza krat. I tego zapomnienia, osobistego upokorzenia i rozstania z rodziną nie darował do końca życia. Wypuścili go dopiero 18 grudnia 1989 roku, a i to w ramach amnestii dla bandytów. Jego potwierdzona osobistymi doświadczeniami nieustępliwość w piętnowaniu zbrodni i fałszerstw komunizmu oraz wskazywanie, gdzie Polska została zdradzona i gdzie leży interes Polaków, poparte zostały więziennymi doświadczeniami.

 

Drogi Czytelniku,

cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.

Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

Filip Frąckowiak

Nasz Dziennik