Napaści na biura poselskie polityków PiS znów przybierają na sile. Czy tak powinna wyglądać polityczna rywalizacja przed zbliżającymi się wyborami?
– Z całą pewnością debata czy rywalizacja polityczna
nie powinny tak wyglądać. Niestety, tego typu sytuacje mają miejsce coraz częściej – i to nie tylko w Polsce. Przypomnijmy sobie, jak wyglądało to w Stanach Zjednoczonych uznawanych za kolebkę demokracji i to,
co się działo w styczniu 2021 roku przed Kapitolem, siedzibą amerykańskiego Kongresu, gdzie trwało właśnie posiedzenie mające ostatecznie zatwierdzić wybór Joe Bidena na prezydenta i gdzie doszło do gwałtownych zamieszek. Sytuacja, z jaką mamy do czynienia w Polsce, jest niewątpliwie pochodną bardzo ostrego konfliktu partyjnego, personalnego, a zarazem ideologicznego, który rozgrzewa emocje społeczne. Natomiast politycy zamiast to studzić, dolewają oliwy do ognia. Widzimy, że opozycja ima się wszystkich możliwych sposobów i dostępnych środków, żeby tylko odzyskać władzę.
Można nie być zwolennikiem PiS, ale czy wywoływanie u swoich zwolenników aktów wręcz terroru wobec przeciwników politycznych nie powinno być czymś nagannym w cywilizowanym świecie. Zabójstwo Marka Rosiaka w 2010 roku niczego opozycji nie nauczyło?
– Jeśli przypominany jest zbrodniczy akt Ryszarda Cyby, który w 2010 roku wtargnął do łódzkiej siedziby PiS
i zabił Marka Rosiaka, a drugiego pracownika biura zranił, to Platforma podnosi temat zabójstwa prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, przy czym był to akt zupełnie niepolityczny, tylko działanie szaleńca. Niestety, politycy Platformy z uporem maniaka to przypominają i twierdzą, że przemoc działa w dwie strony. No cóż wygląda, że zabójstwo w Łodzi sprzed 12 lat niczego ich nie nauczyło, powiem więcej, że od czasu zabójstwa Marka Rosiaka retoryka opozycji jeszcze bardziej się zaostrzyła. Przypomnijmy sobie Janusza Palikota i jego działania tolerowane przez Donalda Tuska, później mieliśmy popierane przez opozycję protesty ogólnopolskiego strajku kobiet i to, co się działo na ulicach polskich miast.
Te marsze miały nie tylko wulgarny, ale wręcz brutalny charakter i tam też było nawoływanie do agresji.
Czy pamiętamy dziś jak niszczono miejsca kultu religijnego, jak liderka tego ruchu nawoływała do atakowania świątyń, nie mówiąc już o języku, który był po prostu rynsztokowy. I to wszystko działo się przy aktywnej bądź biernej akceptacji polityków opozycji, która wręcz uważała tego typu działania za uprawnione – jako wyraz swobody ekspresji. Co więcej, nie tylko politycy opozycji usprawiedliwiali tego typu zachowania, ale również sądy, które odstępowały od wymierzania kar.
Kto odpowiada za bieżące ataki na siedzibę PiS przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie
czy na biura europosła Witolda Waszczykowskiego lub poseł Moniki Pawłowskiej we Włodawie?
– Możemy mówić o politykach opozycji, którzy zaostrzają retorykę, ale także o mediach – o części mediów lewicowo-
-liberalnych, które utrzymują swoich odbiorców w stanie strasznej nienawiści do rządzących, ale nie tylko,
bo również do przeciwników ideologicznych. Proszę zwrócić uwagę, że ludzi wiekowych nawet o niewyobrażalnie łagodnym usposobieniu i dużej klasie, tak jak
prof. Wojciech Roszkowski, próbują odczłowieczyć,
nadając im cechy, które tym osobom są zupełnie obce, których nie posiadają. Mam na myśli nadawanie tym osobom takich cech, jak zaciekłość ideologiczna czy wprost niewyobrażalna zaciekłość czy chęć krzywdzenia ludzi. Trudno mówić też o normalnym dyskursie, który powinien mieć miejsce i szacunku, jeśli wobec człowieka o tak ogromnych zasługach, jak prof. Roszkowski, zdołano zrobić tyle zła, zakłamując rzeczywistość. A cóż dopiero mówić o tych, którzy są czynni w życiu partyjnym, politycznym, którzy są wyszydzani i znienawidzeni o wiele bardziej.
Wspomniani politycy opozycji, a także dziennikarze nie mają świadomości,
że stąpają po bardzo kruchym lodzie
i że spoczywa na nich szczególna odpowiedzialność za ewentualne konsekwencje?
– Z całą pewnością nie mają poczucia odpowiedzialności.
I trudno się dziwić, skoro tam jest jeden cel nadrzędny: odsunąć PiS od władzy i nic innego się nie liczy.
Chyba nie ma wątpliwości, że fala agresji wzrosła wraz z powrotem Donalda Tuska
do polskiej polityki?
– Donald Tusk jako polityk salonowy, który był premierem, a także szefem Rady Europejskiej zamiast łagodzić nastroje, wprost przeciwnie je podgrzewa. Powracając do polskiej polityki, jeszcze bardziej zradykalizował podejście do przeciwników politycznych niż Grzegorz Schetyna czy Borys Budka. Trudno powiedzieć, skąd to się bierze
– czyżby Bruksela oczekiwała od niego doprowadzenia
do konfliktu społecznego w Polsce, zaostrzając atmosferę
właśnie w ten sposób. Tusk chce się wykazać władzom
w Berlinie i Brukseli. Pamiętajmy też, że to wszystko
dzieje się też w kontekście rewolucji kulturowej, neomarksistowskiej. Przy czym każda rewolucja generuje swoistą nienawiść, niechęć, mamy więc albo walkę klas, walkę płci, albo rewolucję genderową. Platforma, chcąc upodobnić się do tej agendy, którą realizują rewolucjoniści zachodni, podgrzewa nastroje społeczne w Polsce.
Proszę też zwrócić uwagę, że rewolucja kulturowa lat 60. zaowocowała wręcz terroryzmem. Mianowicie
w poszczególnych krajach powstały organizacje terrorystyczne finansowane przez Sowietów,
ale funkcjonujące wtedy pod czerwonym sztandarem nowego marksizmu, nowej komuny. Rewolucja kulturowa czy marksistowska przybiera formy coraz bardziej drastyczne, stąd nie sądzę, żeby ten poziom agresji miał się obniżyć.
Skoro Bruksela, która ma usta pełne frazesów o wolności, o stopowaniu przemocy milczy wobec aktów agresji
w polskiej polityce, co więcej, skoro Ursula von der Leyen mówi, czy wręcz zachęca Tuska do przejęcia władzy w Polsce,
to znaczy, że nie liczą się metody,
ale ważne jest, żeby obalić demokratycznie wybrany polski rząd?
– Jeśli Niemcy przy pomocy Brukseli chcą zbudować superpaństwo europejskie, to będzie bardzo trudno
to uczynić bez Polski. Wobec tego planu Polska
z konserwatywnym rządem nie pasuje do tego modelu. Polska nie pasuje ani ideologicznie, ani politycznie. Dlatego cel: zmienić władzę w Polsce na uległą Berlinowi i Brukseli, jest bardzo jasno zarysowany.
Do czego prowadzą rozpalanie skrajnych emocji w debacie publicznej, agresja, czy wręcz brunatna retoryka Tuska i Platformy, która wydaje się nie mieć końca?
– Moim zdaniem ta agresja jest bardziej czerwona niż brunatna. Czerwona, ale w innej odsłonie – bliższa marksizmowi, co wcale nie znaczy, że mniej groźna.
Są to inspiracje, które wynikają bardziej z pobudek ideologicznych, plus oczywiście chęć powrotu do władzy, dzielenia stanowisk, co jest znamienne dla tego środowiska. Jeśli Donald Tusk mówi o siłowym wyprowadzeniu prezesa NBP, to tym samym daje zielone światło do tego typu działań czy zachowań. To nic innego jak niszczenie państwa polskiego.
Skoro Donald Tusk ucieka się do takich brudnych metod, to znaczy, że nie potrafi zdobyć władzy w sposób demokratyczny?
– Dokładnie. On czuje, że mimo iż popiera go Bruksela,
to wielkiego ruchu zwyżkowego w sondażach nie widać. Stąd taka, a nie inna retoryka, a na gruncie międzynarodowym decyzje Komisji Europejskiej
o naciskach i groźby, że odbiorą Polsce kolejne fundusze europejskie w ramach perspektywy finansowej na lata 2021-2027.
Czy spór polityczny nie poszedł za daleko
i jak go złagodzić, zatrzymać tę falę agresji, zwłaszcza że przed nami kampania wyborcza i można się spodziewać raczej zaostrzenia?
– Trudno jednoznacznie wskazać metodę na zatrzymanie tej agresji. Emocje w polityce są zrozumiałe, ale skrajne przykłady agresji, nienawiści są już czymś karygodnym, nie do zaakceptowania. Na pewno potrzeba więcej refleksji po stronie polityków, zwłaszcza opozycyjnych, aby studzić nastroje, a nie je podsycać. Sami też powinni w sposób jednoznaczny odciąć się od tego typu aktów przemocy
i potępić takie działania, jak we wtorek przed biurem PiS na ul. Nowogrodzkiej w Warszawie. Trzeba więc wzywać
do opamiętania polityków opozycji i sprzyjające im media liberalno-lewicowe. Myślę też, że wobec nasilających się gróźb, agresji powinien zadziałać aparat sprawiedliwości, który odstraszałby od powtarzania takich ataków. Niestety, ten aparat nie działa dobrze, o czym już wspomniałem wcześniej, bo gdyby kara za tego typu czyny była nieuchronna i surowa, na pewno odstraszyłoby
to potencjalnych agresorów.
Komentatorzy wydarzeń na scenie politycznej i dziennikarze też spotykają się
z falą hejtu czy gróźb na portalach społecznościowych, czego osobiście doświadczam po publikacjach moich rozmów na jednym z portali społecznościowych…
– Agresja w debacie publicznej jest czymś złym
i niebezpiecznym, bo trafiając na podatny grunt, skutkuje rozmaitymi czynami, incydentami. Opozycja totalna czy jej sympatycy głoszą hasła tolerancji, otwartości, demokracji, sami zaś są mocno zideologizowani, zapatrzeni w siebie
i zamknięci na argumenty. Hejt i nienawiść prowadzą
do tragedii. Wszystkim tym, którzy działają w ten sposób przypomnę, że komuniści też kiedyś nazywali siebie otwartymi, oświeconymi, a w istocie stosowali terror
i wiadomo, do czego to oświecenie prowadziło.

