logo
logo

Zdjęcie: R.Sobkowicz/ Nasz Dziennik

"Przepraszamy" za spalenie

Poniedziałek, 2 lipca 2012 (06:19)

Radosław Sikorski przyznał, że urzędnicy MSZ zniszczyli rzeczy Tomasza Merty. Resort zamierza jednak ograniczyć się zaledwie do pisemnego wyjaśnienia wdowie, jak do tego doszło. Dlaczego dopiero po tym, jak sprawą zajęła się prokuratura i dziennikarze?

 

O szykowanej korespondencji Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych, poinformował w sobotę. Dzień wcześniej MSZ o swoich zamiarach uprzedziło adresata listu. W rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Magdalena Pietrzak-Merta nie chciała komentować zapowiedzi ministerstwa i zapewniła nas, że jak tylko zapozna się z treścią stanowiska resortu, zabierze głos w sprawie.

- Czekam na ten list i po zapoznaniu się z nim na pewno zajmę stanowisko - zapewnia.


Korespondencję odbierze osobiście jej pełnomocnik mec. Bartosz Kownacki. Adwokat potwierdził otrzymanie z MSZ sygnału o zamiarze wysłania listu z wyjaśnieniami. Korespondencja nie będzie jednak pochodziła bezpośrednio od Radosława Sikorskiego. Będzie to pismo dyrektora generalnego MSZ.

List ma zawierać wyjaśnienia na temat losów rzeczy należących do śp. Tomasza Merty, które po katastrofie trafiły do MSZ i tam zostały zniszczone. Indagowany w tej sprawie przez dziennikarza RMF FM Sikorski zasłaniał się działaniami prokuratury i nie chciał jej szerzej komentować.

- Sprawa tych pamiątek po moim dobrym znajomym ministrze Tomaszu Mercie jest badana przez prokuraturę, więc nie wypada mi jej komentować. Mogę tylko potwierdzić, że w najbliższych dniach wdowa po Tomku otrzyma list od dyrektora generalnego MSZ - powiedział. I zapewniał, że jego urzędnicy "próbowali na prośbę wdowy szybciej przywieźć te pamiątki", a "intencje pracowników MSZ były motywowane sympatią do zmarłego".

Sposobem próby wyjaśnienia sprawy losów rzeczy po Tomaszu Mercie zbulwersowany jest mecenas Bartosz Kownacki, który podkreśla, że od samej katastrofy minęły już ponad dwa lata, a o tym, że Magdalena Pietrzak-Merta otrzymała dowód osobisty męża w złym stanie, nadpalony, wiadomo od dwóch lat. Zdjęcia dokumentujące ten fakt były publikowane w prasie. W tym samym okresie wdowa informowała, że nie otrzymała obrączki męża.

- Dziwne jest to, że dopóki sprawa nie ujrzała światła dziennego, póki nie zainteresowała się nią prokuratura, ale i prasa, to minister Sikorski, urzędnicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych uważali, że nic się nie stało. W mojej ocenie, takie zachowanie urzędników było tuszowaniem sprawy - ocenia Kownacki.


Kiedy jednak sprawa ujrzała światło dzienne, stała się głośna i okazało się, że może zaszkodzić pozycji ministra Sikorskiego, to próbuje się ją załagodzić poprzez używanie argumentów osobistych, mówienie o osobistych relacjach i przyjaźniach z Tomaszem Mertą. - Gdzie była ta przyjaźń przez ostatnie dwa lata? Ponadto, z całym szacunkiem dla dyrektora generalnego MSZ, ale resortem kieruje Radosław Sikorski i wszelkie stanowiska w tak poważnej sprawie: czy to osobiste, czy wyjaśniające, powinien jednak kierować osobiście minister Sikorski - wskazuje mecenas.


W opinii mec. Bartosza Kownackiego, zakładając brak złej woli urzędników MSZ, którzy doprowadzili do zniszczenia rzeczy, to właśnie dwa lata temu, podczas ich przekazania rodzinie resort powinien zająć wyraźne stanowisko, wyjaśnić całe zajście. I co ważne - przeprosić.

- Były na to dwa lata. Należało zareagować od razu, bo dziś odnosimy wrażenie nieszczerości intencji, jakimi kieruje się szefostwo MSZ w tej sprawie. Bo tu przecież resortowi nie chodzi już o uczucia rodziny, o wrażliwość, ale o ugranie interesu politycznego. To takie gaszenie pożaru, bo sprawa kompromituje kierownictwo resortu spraw zagranicznych - podkreślił pełnomocnik Magdaleny Pietrzak-Merty.

Sprawę zniszczenia rzeczy Tomasza Merty i mataczenie urzędników bada prokuratura. I to ona zadecyduje, czy ktoś usłyszy zarzuty. Jak dodaje Kownacki, na obecnym etapie tajemnica śledztwa obliguje go do nieujawniania materiału dowodowego, ale po prawomocnym zakończeniu postępowania materiały te będą dostępne i warto się z nimi wówczas zapoznać, bo mogą one mocno zachwiać pozycją szefa Radosława Sikorskiego.

Kownacki zaznaczył również, że postawa MSZ naraziła Magdalenę Pietrzak-Mertę na traumatyczne przeżycia związane z poszukiwaniem rzeczy po mężu w jednostce Żandarmerii Wojskowej w Mińsku Mazowieckim, gdzie trafiła większość rzeczy ofiar katastrofy smoleńskiej. Tymczasem resort doskonale wiedział, że ich tam nie ma i gdzie owe rzeczy się znajdują.


Postawy ministra Sikorskiego, który zasłania się listem dyrektora generalnego MSZ, nie pojmuje także Witold Waszczykowski, były wiceminister spraw zagranicznych i wiceszef sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych.

- Bezprecedensowość tej sprawy wymagałaby osobistego zaangażowania ministra spraw zagranicznych. To dotyczy nie tylko kwestii tego, co się stało z rzeczami po zmarłym ministrze Tomaszu Mercie, ale także całej katastrofy samolotu Tu-154M. Minister powinien odpowiedzieć społeczeństwu, bo jest to bulwersująca sprawa, jak doszło do tego rodzaju praktyk w MSZ i dlaczego pan minister je przez tak długi okres krył. Odpowiedzialność w tej sprawie spada bezpośrednio na Radosława Sikorskiego i nie może tu wykręcać się dyrektorem generalnym - zaznaczył.

Waszczykowski obawia się, że ze względu na fakt, iż od katastrofy samolotu Tu-154M na stanowisku dyrektora generalnego MSZ nastąpiły zmiany, można się spodziewać, że cała odpowiedzialność zostanie zrzucona na poprzednika.

- Zapewne dowiemy się, że odpowiednie procedury zostały już skorygowane itd. Jednak pamiętajmy, że to Radosław Sikorski niezmiennie od pięciu lat rządzi w MSZ i to on nie zagwarantował tego, by takie sytuacje nie mogły się zdarzyć - podkreśla dyplomata.

Resort będzie zapewne próbował tłumaczyć działania urzędników złym stanem zawartości przesyłki. To jednak nie zmienia faktu, że zniszczenie przesyłki nadesłanej pocztą dyplomatyczną było sprawą bez precedensu, a rzeczy powinny trafić do prowadzącej śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej prokuratury wojskowej, która potencjalnie mogłaby chcieć zbadać ten materiał.

- Z całą pewnością Radosław Sikorski jako szef MSZ powinien wcześniej reagować na to, co się działo w jego resorcie. Jeśli rzeczy nie nadawały się do zwrotu rodzinie, to należało oddać je do dyspozycji śledczych, bo to oni powinni zdecydować o tym, czy mają one wartość dowodową, czy nie, ale na pewno to nie urzędnik w archiwum MSZ powinien o tym decydować - dodaje.

Komisja pyta


O sprawę zniszczenia rzeczy po wiceministrze kultury zamierza Sikorskiego zapytać na najbliższym posiedzeniu sejmowa Komisja Spraw Zagranicznych. Minister próbuje uciec od tematu i sugeruje, że posiedzenie będzie poświęcone polskiemu przewodnictwu w Grupie Wyszehradzkiej. - Na komisji poruszane są różne sprawy. Minister Sikorski może się wykręcać, ale ja zapowiedziałem publicznie, że będę tę kwestię stawiał na komisji. I tak też uczynię - zapewnia Waszczykowski.


To, w jaki sposób MSZ kierowane przez Radosława Sikorskiego weszło w posiadanie rzeczy należących do wiceministra kultury, a także czy podjęto nielegalną próbę ich zniszczenia, którą później usiłowano zatuszować przed rodziną i organami ścigania, wyjaśnia prokuratura.

Sprawa nabrała rozgłosu po publikacjach "Naszego Dziennika". W ramach śledztwa przeprowadzono już jedno przeszukanie posesji MSZ, gdzie rzeczy byłego ministra kultury miały być niszczone. Pełnomocnik wdowy złożył w prokuraturze wniosek o kolejne oględziny.

Niebawem po katastrofie smoleńskiej rodzina śp. Tomasza Merty otrzymała nadpalony dowód osobisty zmarłego. Sytuacja nie budziła zastrzeżeń. Do czasu. Bo z dokumentacji rosyjskiej, która trafiła do polskiej prokuratury blisko rok temu, wynikało, że ten sam dokument został zachowany w stanie idealnym. Możliwości były dwie: sfałszowanie dokumentów lub celowe zniszczenie dowodu. W Mińsku Mazowieckim, skąd rodzina odebrała nadpalone rzeczy, nie było też obrączki zmarłego, zegarka i portfela figurujących w dokumentacji. Wszczęte zostały dwa śledztwa w sprawie niszczenia dowodu oraz kradzieży cennych rzeczy.

Prowadzi je Prokuratura Okręgowa w Warszawie. To właśnie w ramach tych postępowań prokuratorzy ustalili, że rzeczy Tomasza Merty z polskiej ambasady w Moskwie trafiły do Warszawy, do MSZ. I to w tym resorcie urzędnicy postanowili zniszczyć rzeczy. Uczyniono to poza protokołem. Proces jednak przerwano, a nadpalone rzeczy trafiły do Mińska, a następnie przekazano je wdowie bez słowa wyjaśnienia. W trakcie śledztwa zdecydowano o przeszukaniu jednej z posesji MSZ. Szukano śladów palenia oraz zagubionej obrączki. Bezskutecznie. W śledztwie przesłuchano też m.in. polskiego ambasadora w Moskwie Jerzego Bahra, ale ten nie pamiętał, jak ambasada weszła w posiadanie rzeczy b. ministra kultury.

Marcin Austyn

Aktualizacja 2 lipca 2012 (10:36)