Jezus powiedział: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto nie wchodzi do owczarni przez bramę, ale wdziera się inną drogą, ten jest złodziejem i rozbójnikiem. Kto jednak wchodzi przez bramę, jest pasterzem owiec. Temu otwiera odźwierny, a owce słuchają jego głosu; woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je. A kiedy wszystkie wyprowadzi, staje na ich czele, owce zaś postępują za nim, ponieważ głos jego znają. Natomiast za obcym nie pójdą, lecz będą uciekać od niego, bo nie znają głosu obcych”.
Tę przypowieść opowiedział im Jezus, lecz oni nie pojęli znaczenia tego, co im mówił.
Powtórnie więc powiedział do nich Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ja jestem bramą owiec. Wszyscy, którzy przyszli przede Mną, są złodziejami i rozbójnikami, a nie posłuchały ich owce. Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony – wejdzie i wyjdzie, i znajdzie pastwisko. Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć. Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie, i miały je w obfitości”.
Rozważanie
Do głębi serca
Fragment pierwszego czytania z czwartej niedzieli okresu wielkanocnego pochodzi z mowy apostoła Piotra po zesłaniu Ducha Świętego. To był ten sam Piotr, który zaledwie siedem tygodni wcześniej tchórzliwie zaprzeczał: „Nie znam tego Człowieka”. Tym razem z odwagą i determinacją mówił do Żydów o Jego męce i zmartwychwstaniu, o miłości Boga do człowieka zdającej się nie mieć kresu. Czytamy, że „gdy to usłyszeli, przejęli się do głębi serca i zapytali Piotra i pozostałych Apostołów: ’Cóż mamy czynić, bracia?’”.
Czyż nam, chrześcijanom, którzy zapomnieli o swoim chrzcie, znużonym świąteczną powtarzalnością, rutyną wzmacnianą lukrowaną tradycją, uciekającym od zwyczajnego, wiernego i pokornego życia Ewangelią na co dzień w enigmatyczne poszukiwania wizji „łatwego, lekkiego i przyjemnego” Kościoła 2.0, nie brakuje owego biblijnego „przejęcia się do głębi serca” nowiną o Jezusie Chrystusie? Mamy wszystko, co trzeba, by wiara mogła w nas rozkwitać: swobodę wyznawania jej, piękne świątynie, czekających w konfesjonałach kapłanów, katechezę w szkołach itp. Brakuje ognia w sercu. Ognia w Kościele nie rozpalą napuszone deklaracje, jałowe dyskusje, oderwane od rzeczywistości pomysły. Odrodzenie, jeśli przyjdzie, zacznie się od pokornie modlących się ludzi, dumnych z tego, że są uczniami Chrystusa. Prześwietlonych na wskroś obecnością Boga! Od żarliwych kapłanów gotowych dla Niego na wszystko. Którzy, jeśli taka będzie potrzeba, uklękną razem ze swoimi wiernymi na ulicznym bruku i zaczną razem z nimi się modlić. Żyć ich życiem, dzielić problemy, słuchać. Nie obrażą się na świat, że taki niewdzięczny, zeszmacony, ale będą się starać dźwigać go z poziomu bagna, w jakim się znalazł – często na własne życzenie. Cierpliwie i wytrwale. Dotkną ran tych, którzy stracili nadzieję – nie bojąc się tego, że paskudnie pachną, ropieją. I zanurzą je w ranach Chrystusa, aby dokonało się ich uzdrowienie – Jego mocą.
O to dziś szczególnie, w Niedzielę Dobrego Pasterza, się modlimy.

