W Warszawie odbywa się marsz opozycji. Czy rzeczywiście jest co świętować?
– Powiedzmy sobie uczciwie, że po 34 latach tak naprawdę nie ma czego świętować. Właściwie mamy chichot historii, bo oto w jednym szeregu będą maszerować ci, którzy w 1989 roku byli po stronie „Solidarności”, a jednocześnie lewaccy spadkobiercy PZPR-u, których nowa odsłona powstała za pieniądze KGB. Dlatego 4 czerwca, który Donald Tusk chce uczynić świętem, de facto powinien być dniem żałoby, bo wybory parlamentarne w 1989 roku były tylko częściowo wolne. Ciekawe, jakby dzisiaj świętowała młodzież, jakie byłoby to święto demokracji, gdyby się dowiedziała, dajmy na to, że PiS ma pewne 60 procent miejsc w Sejmie jeszcze przed wyborami, bo tak została skonstruowana ordynacja.
Ordynacja do Sejmu została wtedy ustawiona, wynik wyborów do Sejmu był z góry ustalony, wiadomo było, że wygrać mają komuniści, a prawdziwie wolne były jedynie wybory do Senatu. Na tym polega chichot i paradoks całej sytuacji, że dzisiaj ktoś próbuje wmówić ludziom, że świętują demokrację, podczas gdy tak naprawdę świętuje układ i złamanie wszelkich zasad demokracji – ustawienie rzekomo pierwszych wolnych wyborów w Polsce.
Czy młode pokolenie 20-, 30-latków ma jakiekolwiek pojęcie o tym, co się wydarzyło 4 czerwca 1989 roku?
– Nie ma. Natomiast mamy próbę wciskania młodzieży kitu – używając ich języka. Kiedyś były już takie próby, kiedy usiłowano młodym wmówić, że Jerzy Urban jest idolem młodzieży – tym bardziej warto te fakty odkurzyć i tę wiedzę młodym przypomnieć. Po pierwsze, że wybory
4 czerwca były owocem rozmów i układu, jaki powstał
w trakcie obrad okrągłego stołu i ustaleń, jak pomóc przejść suchą nogą do nowej rzeczywistości notablom komunistycznym i jak zakończyć pomyślnie dla nich system komunistyczny, który się sypał i leżał na łopatkach. De facto było to nic innego jak zapewnić walącej się komunie i ludziom tego układu miękkie lądowanie, żeby nikomu z tych prominentnych polityków nie stała się żadna krzywda. Idea była taka, żeby wszystko pozostało bez zmian, żeby było tak, jak było.
W przekazach lewicowo-liberalnych mediów sprzyjających opozycji słyszymy, że marsz to święto wolności…
– Gratuluję poczucia humoru wszystkim, którzy tak uważają. Ciekawe, jak zareagowaliby dzisiaj obywatele, gdyby się dowiedzieli, że jedna z formacji przed wyborami ma zagwarantowane 60 procent miejsc w Sejmie, a druga 40 procent. Już widzę tę „radość” i głosy, że to jest święto demokracji. Tymczasem tak wyglądały wybory z czerwca 1989 roku. Tak naprawdę była to kpina z wyborów i jedna wielka żenada. W tych wyborach do Sejmu z 4 czerwca 1989 roku wynik był znany już przed wyborami, więc co niby świętować?
Brak zdecydowania wówczas do dziś odbija się nam czkawką…
– Dokładnie odbija się nam czkawką, co więcej, po 34 latach ktoś od nowa usiłuje pisać nam historię i wmawia nam, że to były wybory wolności. Pytam jakiej! Jedynym argumentem i motywem do świętowania 4 czerwca jest rocznica odrodzenia Senatu RP i przeprowadzenie prawdziwie wolnych wyborów do wyższej izby parlamentu. Powodem do radości i świętowania może być odrodzenie Senatu, bo 99 miejsc w stuosobowym Senacie zdobyła „Solidarność”, a jedno Henryk Stokłosa. I to był wynik jedynych wówczas demokratycznych wyborów. To są fakty historyczne pokazujące, co wtedy się działo.
Próbuje się robić wodę z mózgu tym, którzy nie znają historii, nie znają faktów?
– Oczywiście, dlatego m.in. tak bardzo był potrzebny podręcznik do historii „Historia i teraźniejszość” profesora Wojciecha Roszkowskiego obejmujący lata 1945-1979. Im dłużej obserwuję przekazy medialne i wypowiedzi poniżej wszelkiej krytyki, np. podżegającego do agresji Andrzeja Seweryna, tym bardziej się utwierdzam w przekonaniu, że profesor Roszkowski powinien jak najszybciej ukończyć kolejną część tego podręcznika, bo inaczej ludzie nieodpowiedzialni będą pisać nam historię i wtłaczać kłamstwa do głów naszym dzieciom. Młodzież nie ma pojęcia, jak wyglądały fakty, bo jej nie było na świecie, nie wiedzą więc, jak wyglądała sytuacja 34 lata temu. Przecież tak naprawdę kilka tygodni później runął mur berliński
i wystarczyło, aby „Solidarność” poczekała, a komuniści odeszliby tam, gdzie ich miejsce – na śmietnik historii –
i sytuacja byłaby dzisiaj zgoła inna. Stało się jednak inaczej.
Czy to nie pokazuje, że komuna – nawet po obaleniu – wciąż rozdawała karty?
– Przypomnijmy, kto był inicjatorem okrągłego stołu – Czesław Kiszczak, ówczesny szef MSW, któremu podlegała m.in. bezpieka. I komuna zrobiła majstersztyk w Polsce, czego nie potrafiły zrobić nawet służby komunistyczne
w Rumunii, NRD, Bułgarii itd. PZPR-owscy notable tak naprawdę wykorzystali moment, aby mimo obalenia systemu komunistycznego w Polsce mieć w dalszym ciągu wpływ na władzę. Po tym, co stało się w Polsce w roku 1980, późniejsze wydarzenia były tak naprawdę przypudrowaniem zgnilizny, która pod każdym względem: gospodarczym, politycznym, społecznym, cuchnęła, tymczasem po liftingu wciąż dobrze się miała. Pierwszą odsłoną, którą polskie społeczeństwo zobaczyło i odczuło po wyborach w 1989 roku, było ogromne bezrobocie. Stan polskiej gospodarki był fatalny, inflacja była olbrzymia.
Ponadto mieliśmy uwłaszczanie się dawnych kacyków oraz PRL-owskich elit na majątku państwowym. Postkomuna dobrze wiedziała, za co się brać, na czym można zarobić krocie. O tym, co się wtedy działo, że coś takiego miało miejsce, dzisiejsze pokolenie 20-latków nie ma pojęcia. Tymczasem trwało rozkradanie majątku narodowego przez postkomunę. Na skutek przejmowania majątku narodowego rodziły się fortuny. Przejmowane były fabryki, a sekretarze PZPR przebierali się w mundury dyrektorów, prezesów intratnych przedsiębiorstw, które były jeszcze dochodowe. I tak kształtowała się nam III Rzeczypospolita.
Jak było naprawdę najlepiej świadczy noc
z 4 na 5 czerwca 1992 roku i odwołanie rządu Jana Olszewskiego?
– Rząd premiera Jana Olszewskiego podjął próbę rozliczenia m.in. powiązań ze Związkiem Sowieckim,
a zapalnikiem obalenia tego gabinetu była kwestia lustracji, stanięcia w prawdzie i rozliczenia systemu komunistycznego w Polsce. Polacy mieli poznać, kto był kim w Polsce, czym był de facto okrągły stół, jak głęboko sięgały macki komunistyczne i jaki to miało wpływ na nasze życie polityczne, gospodarcze.
I to jest kolejny wymiar wspomnienia
4 czerwca – zwłaszcza że jednym z architektów obalenia rządu premiera Olszewskiego był Donald Tusk?
– Pamiętamy słynną naradę w Sejmie z prezydentem Wałęsą, w której uczestniczyli m.in. Donald Tusk – i jego słowa „policzmy głosy” – oraz Waldemar Pawlak, który po obaleniu rządu Jana Olszewskiego został premierem. Potem mieliśmy próby powołania do życia Instytutu Pamięci Narodowej i padały słowa, że właściwie nie ma co robić, nie ma czego badać, bo wszystkie dokumenty zostały zniszczone. Tymczasem okazuje się, że nie były popalone, poniszczone, i archiwiści, historycy, badacze, który wiedzą, jak operować warsztatem, ciągle mają co robić i czynią wiele dobrego dla państwa polskiego, dla społeczeństwa, które ma prawo wiedzieć, jaka była prawda o PRL-u, jakie były powiązania i kto był umoczony we współpracę z reżimem komunistycznym.
Nie zmienia to faktu, że wiele lat zostało zaprzepaszczonych.
– Takich błędów nie popełnili Niemcy, którzy powołali do życia Instytut Gaucka, który badał m.in. akta bezpieki NRD, akta Stasi. Właściwie jednego dnia w Niemczech odsunięto od orzekania sędziów powiązanych
z komunistyczną władzą, a Czesi przygotowali rozwiązania prawne i instytucjonalne wybrano tzw. opcję zero, rozliczając się z przeszłością. Tymczasem w Polsce upudrowanego trupa przyjęliśmy jako żywego, ciesząc się, że mamy taką piękną podstawę do budowania wolnego, demokratycznego państwa. Nie dało się, bo należy budować na prawdzie, na zdrowych fundamentach, a nie na piasku, na kłamstwie.
Mieliśmy zatem sytuacje, gdzie PRL-owscy działacze stali się prezydentami, premierami nowego państwa polskiego, co więcej, za życia nie ponieśli konsekwencji bądź to za stan wojenny, bądź za strzelanie do robotników itd. Ani Jaruzelski, ani Kiszczak nie ponieśli kary, wręcz przeciwnie, Kiszczak miał nominację na premiera i wprawdzie nie stworzył rządu, to jednak był wysoko we władzach państwa po 1989 roku, a Jaruzelski jednym głosem, ale jednak został prezydentem. Osoby starsze dobrze o tym wszystkim wiedzą, a młodszym próbuje się robić wodę
z mózgu, bo niektórzy usiłują na nowo pisać historię, a prawda nie ma przebicia, i to należy zmienić.

