logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Mecz na zgliszczach specpułku

Środa, 24 kwietnia 2013 (02:10)

Z Ewą Błasik, żoną gen. pil. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych, który zginął w katastrofie smoleńskiej, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Odsłuchiwała już Pani nagranie z kokpitu?

– Byłam już na takim przesłuchaniu, gdy pojawiły się ekspertyzy IES. I nie rozpoznałam głosu męża. Szkoda, że generał Anodina nie poprosiła mnie o odsłuchanie tych nagrań, zanim opublikowała swój raport na podstawie kłamstw polskich wojskowych. Rosjanie bazowali na tym, co twierdzą Polacy. Oni uważnie słuchali i obserwowali, co dzieje się u nas w kraju. Po tym wielomiesięcznym piekle, które mnie i moją rodzinę spotkało za życia, odsłuchanie tych nagrań nie robi już na mnie wrażenia. W najbliższym czasie po raz drugi odsłucham je w prokuraturze. Tam w obecności prokuratorów odsłuchuje się fragmenty nagrań. Głównie tych z ostatnich minut lotu. Naprawdę nie ma się czym stresować, po tym, co musieliśmy przeżyć przez prawie trzy lata, to już nie jest żaden stres. To dobrze, że w końcu ktoś mnie o coś pyta. Zastanawiam się, dlaczego na przykład pan pułkownik Grochowski nigdy mnie o nic nie zapytał. A przecież z pewnością wiedział, że często towarzyszyłam mężowi w jego różnych podróżach lotniczych. Za to nieodpowiedzialnie – według błędnego kontekstu sytuacyjnego – pozwolił przypisać Andrzeja do kokpitu tupolewa.

Ma Pani żal do prokuratorów, że przy sekcji męża nie było ani ich, ani polskich biegłych?

– Przede wszystkim nie powinno być tak, że do badań próbek i sekcji nie dopuszcza się polskich lekarzy. Nie mam zaufania do Rosjan, absolutnie im nie wierzę, tym bardziej po tym, co chcieli zrobić z moim mężem. Polacy powinni wszystkiego sami pilnować, a nie opierać się na niewiarygodnych i kłamliwych rosyjskich opiniach, protokołach czy badaniach.

Edmund Klich pochwalił się niedawno, że piloci dziękują mu za jego postawę po katastrofie.

– Pewnie dziękują mu piloci z jego poziomem rozumowania i kulturą osobistą. Całe uczciwe, myślące zdroworozsądkowo lotnictwo wstydzi się skandalicznego zachowania po katastrofie płk. Edmunda Klicha. To była jedna wielka kompromitacja i niebywały skandal, że nieradzący sobie nawet z własnymi emocjami pułkownik wcześniej przez wiele lat był szefem PKBWL, a po katastrofie – jedynym akredytowanym przedstawicielem Polski przy rosyjskiej komisji badającej przyczyny tragedii. Pułkownicy, tacy jak Edmund Klich i jego towarzysze, nigdy nie powinni zajmować wysokich stanowisk, a tym bardziej reprezentować Polski poza granicami kraju. Pan Morozow, dzwoniąc zaraz po katastrofie do Klicha, doskonale wiedział, co robi. Można przypuszczać, że już w tej rozmowie poinformował o przyczynach i winnych, a być może też o zaszczytnej roli Klicha przy badaniu tej tragedii. Morozow doskonale wiedział, że kompetencje Klicha w zakresie badania zdarzeń lotniczych są bardzo wątpliwe. Polska ten haniebny raport zawdzięcza właśnie takim oficerom i polskiemu rządowi, który świadomie oddał śledztwo w ręce Rosjan.

Klich obarczył winą pilotów, ale na taki wariant wskazał też Michaił Guriewicz z Komitetu Śledczego.

– Edmund Klich z nieskrywaną satysfakcją obarczył winą zaraz po katastrofie poległych polskich pilotów i dowództwo Sił Zbrojnych. Na pierwszej konferencji po tej strasznej tragedii Klich powiedział, że na lotnisku w Smoleńsku wszystko jest w porządku, z czego śmiała się nawet pani Anodina. Klich, nie będąc jeszcze akredytowanym, potajemnie dogadywał się ze stroną rosyjską i uczestniczył w telekonferencji z udziałem premiera Putina. Stąd od pierwszych chwil po katastrofie wszystko odbywa się pod dyktando Rosjan. Wierzę, że historia właściwie oceni tych niegodnych nosić lotniczy mundur wojskowych. Tu nie chodzi tylko o Edmunda Klicha. Polskie władze pozwalają wciąż skrajnie nieodpowiedzialnym pułkownikom obwiniać nieżyjących. Mam na myśli chociażby pana Benedicta, Kędzierskiego czy Grochowskiego, którzy nadal bezpodstawnie twierdzą, że mój mąż był w kokpicie. Rosjanie z satysfakcją rozgrywają nas na wszelkie możliwe sposoby, doskonale zdając sobie sprawę, kim są ludzie obecnie sprawujący władzę w Polsce.

Guriewicz zwolnił z odpowiedzialności kontrolerów, którzy sprowadzali polski samolot.

– To są skutki oddania wszystkiego z zimną obojętnością w ręce Rosjan. Zresztą nie dziwię się temu, bo Rosjanie konsekwentnie realizują z góry założoną tezę i chcą za wszystko obarczyć stronę polską. Obserwując zachowanie ludzi rządzących dziś w Polsce, jestem przekonana, że w razie jakiegoś zbrojnego konfliktu uciekliby z kraju, oddając wszystko w ręce wroga. Ta katastrofa była próbą dla nas wszystkich i pokazała, kto jest kim. Rządzący w godzinie próby zawiedli na całej linii, dziwię się, że zmanipulowana opinia publiczna nie dostrzega jeszcze prawdy i wciąż darzy dużym poparciem ten zdradziecki rząd. Oni nie są godni sprawować władzy w Polsce.

Jak inaczej można o nich myśleć? Kiedy w ubiegłym roku ppłk Benedict z ministrem Jerzym Millerem spotkali się u premiera Tuska i rozmawiali o krakowskich ekspertyzach z Instytutu Sehna, zapadła decyzja, że nie ma potrzeby, by wprowadzać zmiany w raporcie Millera. Mimo że doskonale wiedzieli, że mój mąż jest niewinny, bo nie rozpoznano jego głosu, mnożyły się wystąpienia w stylu rzecznika rządu Pawła Grasia, który powiedział z rozbrajającą szczerością: „Nie ma znaczenia, czy w kokpicie tupolewa był generał Błasik, czy nie. To już nie przywróci życia tym, którzy zginęli w katastrofie”. To, że mój Andrzej całe życie oddał Ojczyźnie, a po śmierci został zhańbiony i niewinnie oskarżony – nie ma dla nich żadnego znaczenia. Dla nich nie liczy się: prawda, honor, ludzie, dla nich tylko ich pozycje są najważniejsze. Ostatnio premier Donald Tusk zastanawiał się, jak pan Arabski wytrzymał nerwowo konfrontację z posłami sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, która opiniowała go na stanowisko ambasadora w Hiszpanii. A czy choć przez chwilę zastanowił się, jak my cierpimy, znosząc nieprawdziwe zarzuty? Czas najwyższy, aby psychologowie poinformowali premiera, co czuję, gdy przez wiele lat publicznie znieważa się mojego nieżyjącego, niewinnego męża, lub jak bezpodstawne ataki na swoich bliskich odbierają rodziny załogi Tu-154M.

Jak Pani sądzi, po co Rosjanom akta ze sprawy CASY z Mirosławca?

– Edmund Klich już w kilka godzin po katastrofie twierdził, że Smoleńsk to powtórka katastrofy CASY. Klich nie uczestniczył jednak w badaniu tamtej katastrofy, a z jego wypowiedzi wynika, że nie zapoznał się nawet z protokołem badania tego zdarzenia. Działania Rosjan to efekt przekazanych przez Klicha informacji, który wbrew wszelkim zasadom w pierwszych dniach po katastrofie przekazał opinii publicznej swój niczym nieuzasadniony punkt widzenia, nacechowany niechęcią do wojska, żołnierskiego munduru i polskich generałów. W efekcie spowodował lawinę wypowiedzi prasowych i wystąpień pseudoekspertów.

Można w ogóle porównywać te dwie katastrofy?

– Obie katastrofy wydarzyły się przy podejściu do lądowania, w obu przypadkach były też trudne warunki, ale tam piloci lecieli innym statkiem powietrznym i byli szkoleni w Hiszpanii. W Smoleńsku był zupełnie inny samolot i moim zdaniem nie można porównywać obu przypadków. Zresztą katastrofa CASY do dziś nie jest do końca wyjaśniona, nie wiemy, co tam się naprawdę stało. Tam mogła być usterka techniczna, ale to nie zostało do końca wyjaśnione. Skąd możemy wiedzieć, czy katastrofa pod Mirosławcem nie była też jakąś próbą sprawdzenia czujności państwa, a Smoleńsk tego dopełnieniem, gdzie w białych rękawiczkach zlikwidowano nam najlepszych lotników i polską elitę. W Smoleńsku załoga chciała podejść do lotniska, nie chcieli lądować i w przypadku nieuzyskania informacji od dysponenta statku co do dalszego wykonania lotu zamierzali odlecieć na lotnisko zapasowe lub wrócić do Warszawy. Załoga miała prawo zniżyć się do wysokości decyzji i odlecieć na drugi krąg, stawiając prezydenta w sytuacji dokonanej. Nie można winić naszych pilotów, bo to jest nieuczciwe i niesprawiedliwe, i mówić o jakiejś presji. Ci piloci byli przyzwyczajeni do wożenia VIP-ów. Poza tym na pokładzie byli generałowie, którzy zawsze stawali za nimi murem, więc nie wiem, o czym dziś pan Lasek i jego komisja w ogóle bredzi.

Zespół Laska będzie teraz prostować informacje, które nie zgadzają się z raportem Millera?

– Można to nazwać PR-owskim cyrkiem, propagandą. Ludzie skompromitowani, którzy niczego w Smoleńsku tak naprawdę nie zabezpieczyli i nie zostali dopuszczeni do podstawowych materiałów źródłowych, a swój raport oparli na raporcie MAK, teraz będą przekonywać opinię publiczną do swoich racji. Premier Tusk myślał chyba, że społeczeństwo bezmyślnie przyjmie raport Millera, i teraz nie może pogodzić się z tym, iż tak się nie stało. Polacy chcą prawdy, weryfikacji raportu Millera, a to nie jest na rękę premierowi, który sądził zapewne, że sprawa jest już zamknięta, już sobie beztrosko po rozwiązaniu specpułku rozgrywał mecze tenisowe w Dowództwie Sił Powietrznych.

Członkowie komisji Millera wystarczająco się skompromitowali. Badaniem powinni zająć się naukowcy, najlepiej niezależni od rządu, apartyjni, którzy nie mieliby w wyjaśnieniu przyczyn katastrofy żadnego interesu i dążyliby do prawdy, a nie do zadowolenia władzy. Przeraża mnie ta buta i arogancja rządzących pokazująca, że mogą sobie na wszystko pozwolić.

10 kwietnia br. przed parlamentem w Ottawie odczytano Pani list do Polonii. Otrzymuje Pani większe wsparcie zza granicy niż od władz własnego kraju, to chyba boli.

– Bardzo. Chcę, żeby Polonia mieszkająca w Kanadzie znała prawdę, tam jest też dużo pilotów seniorów, lotników z II wojny. Chcę, żeby wiedzieli, że my, rodziny tych, którzy zginęli w Smoleńsku, zostaliśmy w kraju sami, że nie dość, iż nas nikt nie wspiera, to jeszcze śmieją nam się prosto w twarz. Nie mając wsparcia w obronie prawdy w kraju, musimy zabiegać o to, by jak najszersza opinia publiczna wiedziała, że my cały czas w nierównej walce o nią zabiegamy. I nigdy się nie poddamy.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler

Nasz Dziennik