logo
logo

Dziś w
„Naszym
Dzienniku”

Zdjęcie: Arch. IPN/ Inne

Zbrodniarze pod ochroną

Niedziela, 2 lutego 2025 (10:18)

Z prof. Bogdanem Musiałem, historykiem rozmawia Rafał Stefaniuk.

Prawie 8 tys. osób pobiera rentę wojenną na mocy niemieckiej federalnej ustawy emerytalnej. Niemieckie media podają, że nawet 5 proc. z nich to zbrodniarze z czasów II wojny światowej, m.in. byli żołnierze Waffen SS. To nie jest zaskakujące?

– Absolutnie nie, ponieważ to jest praktyka, którą Niemcy stosują od dziesięcioleci. Weźmy choćby wdowę po Reinhardzie Heydrichu – architekcie „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” i jednym z największych zbrodniarzy III Rzeszy. Po jego śmierci z rąk „podstępnych Czechów” – jak określała to niemiecka propaganda – otrzymała państwową rentę. I to zgodnie z prawem. Dlaczego? Bo niemieckie przepisy były i nadal są skonstruowane w sposób, który obejmuje także tych, którzy służyli w zbrodniczym systemie. Wehrmacht, Waffen SS, a nawet strażnicy w Auschwitz – jeżeli przeżyli wojnę i uniknęli odpowiedzialności, mogli liczyć na państwowe wsparcie. Takie zasady obowiązywały już po 1945 roku, a od powstania Republiki Federalnej Niemiec w 1949 roku stały się niejako usankcjonowaną normą. Warto to wyraźnie powiedzieć: mamy tu do czynienia nie z przypadkowymi lukami w przepisach, lecz z konsekwentną polityką, która w praktyce pozwalała finansować nawet tych, którzy aktywnie uczestniczyli w machinie zbrodni. To nie jest żadne „przeoczenie”, ale to chłodne, biurokratyczne podejście, które traktuje każdego byłego żołnierza, nawet gdy był zbrodniarzem, jako „pracownika państwa”, niezależnie od jego roli w historii. Przykłady są liczne i szokujące. W Auschwitz, w Dachau, w Treblince – strażnicy, którzy pełnili swoje „obowiązki”, po wojnie żyli na koszt państwa niemieckiego. To oburzające, ale w kontekście niemieckiego systemu prawnego i podejścia do rozliczeń z przeszłością zupełnie nie zaskakuje.

Panie Profesorze, Bundestag w 1998 roku przyjął prawo zobowiązujące służby do sprawdzenia, kto pobiera renty wojenne, aby pozbawić ich zbrodniarzy wojennych. Czy faktycznie te obietnice zostały zrealizowane?

– Cóż, wygląda na to, że tego nie zrobili albo przynajmniej nie na taką skalę, jak obiecywali. Przypomnę, że podobne deklaracje padały już w 1949 roku, kiedy zapowiadali ściganie zbrodniarzy wojennych. Co z tego wyszło? Zamiast ścigać, wielu z nich po prostu chronili. Niestety, taka jest rzeczywistość – słowa i obietnice to jedno, a działania to zupełnie inna sprawa. Nie oszukujmy się, uchwalenie ustawy w 1998 roku miało bardziej propagandowy wymiar. To już były czasy, kiedy ci ludzie nie stanowili realnego elektoratu ani siły politycznej, więc można było sobie pozwolić na taki gest. Ale czy to faktycznie zrealizowano? Powiem wprost: sprawdzenie, kto dokładnie pobiera takie świadczenia, to nie jest proste zadanie. Wymagało to – i nadal wymaga – ogromnych nakładów administracyjnych. Szczerze mówiąc, wątpię, żeby powołano w tym celu specjalny zespół, który zająłby się tak czasochłonnym i skomplikowanym procesem. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Bez odpowiednich struktur i determinacji taka ustawa pozostaje głównie na papierze, a nie w realnym działaniu. I tak jak bywało już wcześniej, pewne sprawy są traktowane bardziej jako gesty niż rzeczywiste rozwiązania.

Uważa Pan Profesor, że to typowa niemiecka zagrywka PR-owska – deklarują jedno, a robią coś zupełnie innego?

– Dokładnie tak. To klasyczna strategia, którą Niemcy opanowali do perfekcji. Wiedzą, że światowa opinia publiczna nie zaakceptuje próby zamiecenia pod dywan zbrodni niemieckich, więc zamiast działań mamy gesty – PR w najczystszej postaci. Zamiast ścigania zbrodniarzy, mamy symboliczne klękanie. Weźmy przykład Willy’ego Brandta: klęknął przed pomnikiem ofiar, co zrobiło ogromne wrażenie, ale równocześnie pracował nad tym, żeby wypuścić niemieckich zbrodniarzy wojennych z więzień. Argumentowano to tym, że „już wystarczająco cierpieli”. Niemieckie państwo wybrało inną drogę – roztoczyło nad zbrodniarzami parasol ochronny. Owszem, jeśli naciski były zbyt silne, to dla zachowania pozorów kogoś sądzono. Ale liczby mówią same za siebie. Proszę spojrzeć na Auschwitz – w obozie służyło około 10 tys. Niemców. Wie pan, ilu z nich zostało skazanych przez niemieckie sądy RFN?

Ilu więc faktycznie skazano?

– Mówimy o zaledwie trzydziestu kilku osobach. Proszę sobie wyobrazić – w Auschwitz, miejscu, gdzie służyło około 10 tys. SS-manów, w tym tych obsługujących komory gazowe, tylko garstka doczekała jakiejkolwiek kary. Reszta dożywała spokojnej starości, otoczona rodziną, w pełnym komforcie. To jest przykład niemieckiej perfekcji w PR – z jednej strony potrafili utworzyć obraz narodu, który „rozlicza się z przeszłością”, z drugiej za kulisami robiono wszystko, aby chronić swoich ludzi. Tego nie da się inaczej nazwać – to skandal na ogromną skalę. Wie pan, co w tym wszystkim jest najbardziej oburzające? To, że sądy SS w czasie wojny skazały więcej swoich członków niż zachodnioniemieckie sądy po wojnie. Brzmi absurdalnie, prawda? Ale to są fakty. Niemcy przez dekady robili wszystko, aby kwestia zbrodni wojennych uległa przedawnieniu. Stosowano prawnicze sztuczki, uchwalano ustawy interpretowane na korzyść zbrodniarzy, a jednocześnie sprawnie manipulowano opinią publiczną, żeby nie wywierała presji na rządzących. Efekt? Ogromna większość zbrodniarzy uniknęła jakiejkolwiek odpowiedzialności. Kiedy naciski stawały się zbyt silne, dla zachowania pozorów skazywano pojedyncze osoby. Ale to była czysta gra na pokaz. Co więcej, dopiero w XXI wieku niemieckie sądy zaczęły faktycznie orzekać kary za współudział w zbrodniach, choć nawet wtedy priorytetem było unikanie procesów niemieckich obywateli. Przykład? Iwan Demianiuk, Ukrainiec, skazany w 2011 roku w Monachium na 5 lat więzienia za współudział w zamordowaniu 28 tys. osób w Sobiborze.

Dopiero po tym procesie zaczęto zadawać pytania: a co z Niemcami etnicznymi, którzy pełnili podobne funkcje?

– Tak, gdyż uznano, że dopiero wtedy „sprawa biologicznie została rozwiązana”, czyli większość zbrodniarzy już zmarła albo miała po 90 czy nawet 100 lat. Nagle niemiecka policja zaczęła ich ścigać. Mieliśmy do czynienia z sytuacjami wręcz groteskowymi, jak historia z Irmgard F., która uciekała z domu opieki przed niemieckimi służbami. Dziś te procesy to czysta farsa. Państwo, które przez dekady chroniło zbrodniarzy, nagle chce pokazać, jakie jest „prawe i sprawiedliwe”. Ale to brzmi jak komedia – tragiczna farsa, którą próbuje się sprzedać jako triumf prawa. Fakty mówią same za siebie: Niemcy przez lata robili wszystko, aby uniknąć rozliczeń, a to, co dzieje się teraz, to tylko spektakl dla opinii publicznej.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk

Nasz Dziennik