logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Nie śmiałbym obciążać pilotów

Środa, 8 maja 2013 (02:05)

Aktualizacja: Środa, 8 maja 2013 (10:53)

Z mec. Bartoszem Kownackim, pełnomocnikiem kilku rodzin poszkodowanych w katastrofie samolotu Tu-154M, rozmawia Marcin Austyn

„Katastrofa samolotu Tu-154M była zwyczajnym wypadkiem lotniczym, choć z przedziwnym zbiegiem okoliczności po stronie polskiej i rosyjskiej, a winni katastrofy zginęli w samolocie”. Podziela Pan tę ocenę mec. Rafała Rogalskiego?

– Chciałbym mieć taką łatwość oceny tego, co się stało, powiedzieć: było tak a tak. Niestety – i mówię to w pełni szczerze – nie mogę dokonać takiej oceny. Liczba wątpliwości i znaków zapytania w sprawie wciąż jest zbyt duża. Swoje przypuszczenia co do przyczyn i przebiegu katastrofy mam i na pewno stoją one w sprzeczności do raportu komisji ministra Jerzego Millera. Dlatego nie mogę zgodzić się z mecenasem Rogalskim, że odpowiedzialność ponoszą ci, którzy zginęli. Wynika to z wątłości i jakości materiału dowodowego zgromadzonego w sprawie, a precyzyjniej – z podstawowych błędów popełnionych w początkowej fazie śledztwa, w „oddaniu go” w ręce rosyjskie. Gdyby pierwsze dni po katastrofie wyglądały inaczej, zapewne dziś łatwiej byłoby dokonywać ocen. Ale w przypadku, gdy niemalże każdy materiał trafiający z Rosji zawiera błędy, nie pozwolę sobie na jego podstawie budować jakichkolwiek sądów. To kwestia zaufania do zgromadzonego materiału, a ja go po prostu nie mam. Weźmy choćby sekcje zwłok, o których tyle się mówiło. Wiemy, że były sfałszowane, że po prostu w wielu przypadkach ich nie zrobiono. Fakt, ostatecznie w tych kilku przypadkach przyczyny zgonu ustalone przez polskich biegłych były tożsame z ustaleniami Rosjan, choć zaznaczam – badania nie zostały jeszcze zakończone. Problem polega jednak na czymś innym, Rosjanie tych badań nie zrobili. Po prostu podali taką, a nie inną przyczynę zgonu, przyjmując z góry pewną hipotezę za pewnik. A przecież badania biegłych to nie ruletka, w której obstawia się jakąś liczbę. To, że ktoś trafił, nie znaczy, że wiedział, jaka liczba wypadnie. W związku z tym jak można ufać wynikom pozostałych sekcji? Może one zawierają „tylko” takie błędy jak dotychczas, a może poważniejsze? Podobnie jest z badaniami kontrolerów lotu przeprowadzonymi przed katastrofą i po niej. Nawet nie wiemy, czy byli trzeźwi. Wiemy tylko, że „dobrze się czuli”. A zatem pytam: jak na materiale dowodowym, który nie budzi zaufania, budować tezę o odpowiedzialności polskich pilotów?

Mecenas potwierdził główne tezy raportu komisji ministra Millera, uważa, że na nic więcej nie ma dowodów. Jednakże śledztwo nie zostało zakończone.

– Po pierwsze, badania nad przyczynami katastrofy trwają i choćby dlatego należy być powściągliwym w wypowiedziach. Po drugie, nie mam zaufania do dużej części zgromadzonego materiału dowodowego, a także do wyników prac komisji Millera. Ta instytucja ciężko pracowała na utratę tego zaufania. Podam przykład: analizę poszczególnych zdarzeń powinni przeprowadzać eksperci z danej dziedziny. Wiemy, że eksperci z CLK nie potwierdzili głosu gen. Andrzeja Błasika w kokpicie samolotu, a jednak jakiś tajemniczy „fachowiec” go tam umieścił. Inne dokumenty, na których opierała się komisja, to choćby sekcje zwłok, jak się okazuje – fałszywe. Kolejna rzecz to protokół oblotu lotniska, do którego nie dopuszczono polskich ekspertów. Jak zatem można mieć do niego zaufanie? Takich nierzetelności komisji jest dużo więcej. Kiedy trzeba podać wysokość, na której samolot zderzył się z brzozą, ustalenia komisji różnią się o 1,5 metra od ustaleń prokuratury. Słyszymy, że materiału wybuchowego na miejscu katastrofy było tyle, że wskaźniki niemal za każdym razem miały sygnalizować jego obecność, i miało to wynikać z faktu, że w miejscu tym toczyły się wcześniej działania wojenne. Równocześnie komisja, rzekomo wykonując badania pirotechniczne, nie stwierdziła obecności trotylu pochodzącego z jakiegokolwiek źródła, nawet z okresu II wojny światowej. To jaka jest wiarygodność takich badań? Kolejny istotny aspekt to poważne braki w materiale zgromadzonym przez komisję. Strona rosyjska nie przesłała kilkudziesięciu dokumentów, o które wnioskowano. I mimo to sporządzono raport końcowy. Jak zatem można mieć zaufanie do instytucji pracującej tak nieprofesjonalnie? A zwieńczenie jej działalności jest jeszcze bardziej ciekawe, bo jej członkowie stwierdzają: mówimy prawdę, proszę nam wierzyć i już. A o tym, na czym się opieramy, wysnuwając nasze wnioski, nie powiemy, bo wiąże nas tajemnica! I jak dziś weryfikować twierdzenia komisji, skoro nie można poddać ocenie toku rozumowania, dowodów, na których się opierała? Swoją drogą należałoby zbadać, kto i w jaki sposób wprowadził do ustawy Prawo lotnicze zapisy o zachowaniu tajemnicy państwowej przez członków komisji. Dodam tylko, że stało się to już po katastrofie smoleńskiej.

Mecenas Rogalski ocenił, że powodem katastrofy było zejście poniżej 100 metrów.

– Ocena tego, co dotychczas zostało zgromadzone w sprawie, wymaga dużej powściągliwości, bo poza prawdziwymi materiałami jest też dużo tych źle zabezpieczonych czy wręcz sfałszowanych dowodów. Proszę zauważyć, że nikt nie kwestionuje faktu, że samolot znalazł się na wysokości poniżej 100 m, ale ta okoliczność sama w sobie jeszcze nie przesądza o winie pilotów. Pytanie, na które należy szukać odpowiedzi, brzmi: dlaczego samolot tam się znalazł i dlaczego doszło do katastrofy, i to w tym, a nie innym miejscu? Proszę pamiętać, że na wysokości 100 m padła komenda „odchodzimy”. Dlaczego samolot nie odszedł? Ja nie śmiałbym dziś przesądzać o tym, że była to wina pilotów, bo zbyt wiele jest tu wątpliwości.

Zaniechania polskich służb, które nie sprawdziły stanu lotniska, przygotowania kontrolerów, załogi mogą tylko zastanawiać? Nic więcej?

– Nie. Te zachowania powinny rodzić konkretną odpowiedzialność karną i mam nadzieję, że tu jeszcze wiele zostanie powiedziane zarówno po stronie polskiej, jak i rosyjskiej. Po pierwsze, wznowiono wątek cywilny śledztwa, po drugie, kompromitująca jest postawa BOR w tej sprawie. To choćby ocena zagrożenia dla bezpieczeństwa lotu z 10 kwietnia 2010 r., które było wyższe aniżeli zagrożenie bezpieczeństwa lotu premiera Donalda Tuska, o czym BOR wiedziało i nie podjęło żadnych realnych działań. Ponadto w stosunku do BOR zarzuty są daleko poważniejsze i pozwalają wątpić w profesjonalizm tej służby. Mam nadzieję, że opinia publiczna kiedyś o tym usłyszy. Co do odpowiedzialności strony rosyjskiej, to jestem przekonany, że będą zarzuty karne wobec obywateli rosyjskich. Mam tylko wątpliwość, czy wobec wszystkich winnych tego, co się stało w Smoleńsku.

Są dowody, że Tu-154M uderzył w brzozę, ale też na decydujące badania trzeba poczekać. Czyli wciąż nie mamy pewności?

– Po pierwsze, dopiero pół roku temu prokuratura przeprowadziła profesjonalne badania w tym zakresie, to o 2,5 roku za późno i rodzi się pytanie: gdzie wcześniej była ta rzekomo profesjonalna komisja Jerzego Millera? Czy jej eksperci pobrali próbki metalu z brzozy, czy ją badali? Ponadto sam fakt zderzenia samolotu z brzozą nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania, bo rodzi się kolejna wątpliwość, co było tego przyczyną i jakie było bezpośrednie następstwo tego zderzenia. Tu, jak wiemy, są poważne rozbieżności między ekspertami komisji i zespołu Antoniego Macierewicza. Nie ma innego wyjścia, jak dokonać publicznej konfrontacji tych badań. Warto też zadać sobie pytanie, czy gdyby nie ta brzoza, doszłoby do katastrofy. A więc co było jej przyczyną? Moim zdaniem, brzoza nie jest tak kluczowym elementem tej katastrofy, jakby chcieli to widzieć eksperci komisji Millera.

Szef NPW płk Jerzy Artymiak powiedział jakiś czas temu senatorom, że żadna z wersji śledczych, w tym dotycząca zamachu, nie została wykluczona. To tylko formalne oświadczenie czy faktycznie jest jeszcze miejsce na badania i w tym wątku?

– Ależ oczywiście, że tak. Od samego początku powtarzam, że należy zbadać każdą z hipotez, każdą z wątpliwości. To jest nasz obowiązek względem tych, którzy zginęli, ale także – co chyba nawet ważniejsze – względem przyszłych pokoleń. Za 20-30 lat tych tez nie będzie można tak łatwo zweryfikować. Materiału dowodowego będzie dużo mniej, a wielu świadków już nie będzie żyło. Wtedy takie hipotezy mogą być niebywale szkodliwe. Dlatego dziś, bez względu na to, jak by to było kosztowne, należy stawiać pytania i szukać na nie odpowiedzi. W jakimś sensie – mam nadzieję – robi to również prokuratura, która bada każdą z wersji śledczych. Zupełnie inną kwestią są zaniedbania na wstępnym etapie śledztwa. To właśnie z tego powodu już dziś są białe plamy, których – obawiam się –jeszcze bardzo długo nie wyjaśnimy. Po prostu brak ku temu dowodów. Chciałbym móc kiedyś zapoznać się ze zdjęciami satelitarnymi wykonanymi kilka godzin po katastrofie, bo jestem przekonany, że takie są. Chciałbym, aby dokonano rekonstrukcji wraku. Wtedy każdy mógłby sobie wyrobić pogląd na to, co zdarzyło się w Smoleńsku, ale póki takich kluczowych z punktu widzenia dochodzenia do prawdy dowodów nie przeprowadzono, należy badać każdą z wersji.

Mecenas Rogalski opuścił śledztwo smoleńskie. Swoimi ocenami może utrudnić pracę rodzinom i ich pełnomocnikom?

– Znam mecenasa Rogalskiego od wielu lat, cenię go i uważam, że jest dobrym prawnikiem, dysponuje ogromnym zakresem wiedzy. Jego wcześniejsza praca w śledztwie smoleńskim jest trudna do przecenienia, a dokonywane analizy wielokrotnie pomagały mi w pracy. Miałem nadzieję, że pomimo różnic w ocenie zgromadzonego materiału dowodowego nasza wspólna praca w śledztwie będzie trwała. Dlatego żałuję, że nasze drogi się rozeszły. Uważam jego wypowiedzi w mediach za błąd i powiedziałem mu to osobiście. Dziś w tej sprawie stajemy się coraz bardziej osamotnieni, pracy jest coraz więcej, materiału dowodowego przybywa, a prawników, którzy znaliby akta postępowania, a do tego nie bali się zadawać pytań, jest coraz mniej, i to jest wydatna szkoda dla śledztwa.

Dziękuję za rozmowę.

Marcin Austyn

Nasz Dziennik