Rosja naruszyła naszą przestrzeń powietrzną dronami, a informacja o tym rozeszła się od Waszyngtonu po Tokio
i Pekin. Czy należało się spodziewać tak silnego poruszenia opinii międzynarodowej?
– To było do przewidzenia, bo właśnie od tego,
jak stanowczo zareaguje społeczność międzynarodowa
– szczególnie NATO, z kluczową rolą Stanów Zjednoczonych – zależy nasze bezpieczeństwo
w przyszłości. Historia daje nam jasny przykład:
w listopadzie 2015 roku tureckie F-16 zestrzeliły
rosyjski bombowiec Su-24 za naruszenie ich przestrzeni powietrznej. Maszyna spadła na terytorium Syrii, a Moskwa w jednej chwili pojęła, że musi się cofnąć – od tamtej pory taki incydent się nie powtórzył. I to pokazuje, że twarda odpowiedź działa. Oczywiście, wokół obecnej sytuacji krążą spekulacje – Białoruś dorzuca swoje, a Rosja swoje.
Mówi się też o winie Ukrainy. Jeśli potwierdzi się, że był
to świadomy ruch Moskwy, to zasada pozostaje niezmienna: im mocniejsza reakcja Zachodu, im bardziej dotkliwa dla Kremla, tym większa gwarancja,
że podobnych prowokacji już nie zobaczymy.
Drogi Czytelniku,
cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.
Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

