logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Ten rok będzie sprawdzianem

Piątek, 9 stycznia 2026 (16:04)

Rozmowa z Andrzejem Maciejewskim, politologiem

Rok 2025 okazał się dla komentatorów politycznych i gospodarczych wyjątkowo burzliwy. Można mówić, że był wręcz przełomowy?

– To był rok pełen niespodzianek, momentami wręcz kaskadą zaskoczeń, która zmiotła większość politycznych prognoz. Mam wrażenie, że gdyby dziś zapytać analityków sprzed dwunastu miesięcy, ilu z nich obstawiałoby zwycięstwo Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych
i jednocześnie wygraną Karola Nawrockiego w Polsce, odpowiedź byłaby brutalnie prosta: niemal nikt. Rok 2025 nie był nudny ani przewidywalny. Przyniósł napięcia, emocje, gwałtowne zwroty akcji i pokazał, że epoka politycznego samozadowolenia definitywnie się skończyła. Kto szukał spokojnej stabilizacji, ten się przeliczył, ale ten,  kto uważnie obserwował rzeczywistość, dostał materiał
do analizy na długie lata.

Wywiad premiera Donalda Tuska udzielony Bogdanowi Romanowskiemu tuż przed
II turą wyborów prezydenckich wraz
z osobliwym budowaniem autorytetu
Jacka Murańskiego jest symbolem tej „dwugodzinnej prezydentury” Rafała Trzaskowskiego?

– Jestem przekonany, że tak – i to bez najmniejszych wątpliwości. Ten wywiad premiera to gotowy materiał dydaktyczny, który spokojnie może trafić na zajęcia
z komunikacji politycznej jako studium przypadku pod tytułem: jak, mając zwycięstwo w zasięgu ręki, potknąć się na własnej pewności siebie i jednym występem medialnym odwrócić bieg kampanii. Mieli wszystko: przewagę
w sondażach, przychylność większości mediów, pełne wsparcie aparatu państwa, komfort pozycji faworyta.
I właśnie wtedy to się stało. Braku wyczucia nastrojów społecznych i narracyjny chaos, który zamiast mobilizować elektorat, pokazał premiera wystraszonego. To była rozmowa, w której premier mówił za dużo i zdecydowanie nie to, czego oczekiwali wahający się wyborcy.
To również spowodowało tę groteskową w swej wymowie „dwugodzinną prezydenturę” Rafała Trzaskowskiego.
To coś, czego wcześniej w polskiej polityce po prostu
nie było.  Paradoksalnie to właśnie ten wywiad, zamiast przypieczętować zwycięstwo, stał się symbolem spektakularnej utraty kontroli nad kampanią.

Kampania oparta na personalnych
atakach na Karola Nawrockiego oznacza,
że wchodzimy w nową fazę brutalizacji systemu wyborczego w Polsce?

– Być może właśnie tak się stało. Polską scenę polityczną obserwuję uważnie od blisko 36 lat i nie przypominam sobie sytuacji, w której mechanizmy państwowe
– instytucje, media publiczne i prywatne, narracje urzędowe i półoficjalne – zostałyby w tak jednoznaczny sposób zmobilizowane przeciwko jednemu kandydatowi. Owszem, w pamięci mamy jeszcze pierwsze wybory prezydenckie i starcie Wałęsa – Tymiński, gdzie również pojawiały się próby dyskredytacji przeciwnika, ale skala, tempo i intensywność były wtedy nieporównywalne.
W tej kampanii mieliśmy do czynienia z czymś
jakościowo nowym.

Z takim mocnym walcem?

– Tak, szczególnie na płaszczyźnie medialnej.
Praktycznie każda informacja, każdy materiał, każdy
pasek i komentarz były podporządkowane jednemu celowi – uderzeniu w Karola Nawrockiego. I jest jeszcze jeden element, który czyni tę kampanię precedensem. To tzw. podwójna kampania Rafała Trzaskowskiego. Objazdy kraju, wydarzenia, spotkania, aktywność medialna: wszystko
to funkcjonowało w szarej strefie między obowiązkami samorządowca a de facto kampanią wyborczą. Do dziś
nie ma jasnej odpowiedzi, na czyj koszt była ta aktywność, z jakich środków finansowana i jak została rozliczona.
Tego wcześniej w takiej formule nie było. I właśnie dlatego ta kampania może okazać się momentem przełomowym
– pod względem nie tylko politycznym, ale także standardów, które albo zostaną na trwałe obniżone,
albo w przyszłości staną się przedmiotem bardzo poważnego rozliczenia.

Ważny był też wątek mediów społecznościowych...

– I dalej sprawa nie została wyjaśniona. Wiemy,
że tzw. sektor pozarządowy był czynnie zaangażowany
w kampanię hejterską wymierzoną w Karola Nawrockiego, Sławomira Mentzena i Grzegorza Brauna. Wiemy, że mocno wspierał Rafała Trzaskowskiego. Za czyje pieniądze?
Kto dał sygnał do brutalnego ataku na przeciwników politycznych. Wiemy, że działo się to przy bierności NASK. Może kiedyś zobaczymy raport służb z tego okresu?
Byłaby to bardzo ciekawa lektura...

Wydarzeniem roku była wygrana
Karola Nawrockiego?

– Bez wątpienia jest to wydarzenie absolutnie wyjątkowe. Jesienią 2024 r., gdy Karol Nawrocki rozpoczynał swoją kampanię, nikt nie traktował jego startu jako realnej
opcji zwycięstwa. Był wprawdzie prezesem IPN,
ale w świadomości publicznej pozostawał praktycznie nieznany. Jego aktywność ograniczała się do wąskiego kręgu historyków i osób zainteresowanych działalnością Instytutu. Do stycznia 2025 r. istniały poważne wątpliwości, czy prezes Jarosław Kaczyński nie zastosuje wariantu B, aby wystawić kogoś bardziej rozpoznawalnego, kto choćby miałby zagwarantować solidny wynik dla PiS. Mało kto w PiS wierzył, że kampania Nawrockiego może zakończyć się sukcesem. Trzaskowski dysponował potęgą organizacyjną, medialną i finansową. I to jest bardzo ważne, bo trzeba pamiętać, że PiS obcięto środki, partia ratowała się publicznymi zbiórkami. To nie była zwykła wygrana: to był prawdziwy cud polityczny, pokazujący,
że w polskiej polityce czasem rzeczy niemożliwe stają
się faktem.

Rok 2025 pokazuje trwałe umocnienie
partii prawicowych w Polsce? 

– Zgadza się. To jest kluczowy wniosek, który trzeba wyraźnie podkreślić. Gdy spojrzymy na wstępne sondaże prezydenckie, liderzy prawicy nie imponowali wynikami,
a końcowy rezultat był zaskoczeniem. Rafał Trzaskowski okazał się przegranym, a jednocześnie zarówno Sławomir Mentzen, jak i Grzegorz Braun osiągnęli wyniki, które świadczą o rosnącej sile i stabilności tej części sceny politycznej. Trend ten, obserwowany obecnie w kolejnych badaniach opinii publicznej, nie wydaje się chwilowy. Prawica, jeśli tylko będzie potrafiła wygasić wewnętrzne spory i uniknąć historycznej skłonności do podziałów,
ma realną szansę utworzenia szerokiej koalicji w 2027 r. Sukces wyborczy prezydenta Nawrockiego nie byłby możliwy, gdyby liderzy prawicy pozostali skłóceni – ich zdolność do współpracy w tym kluczowym momencie przełamała plany Trzaskowskiego i Tuska, pokazując,
że szeroko zjednoczona prawica może grać pierwsze skrzypce w nadchodzących latach.

Rok 2026 to będzie ostatni pełny
rok sprawowania rządów przez
tzw. uśmiechniętą koalicję?

– Nie ulega wątpliwości, że ten rok będzie pełen niespodzianek i zaskakujących zwrotów akcji. Masowe zwolnienia i rosnące bezrobocie na rynku pracy to tylko wierzchołek góry lodowej – realne problemy dotykają
także służbę zdrowia. Konsekwencje tego odczuje
każdy obywatel. Jednocześnie niepewność na arenie międzynarodowej wciąż rośnie – sytuacja na Ukrainie, działania Putina i rozwój imperialnych ambicji Kremla stanowią realne zagrożenie dla bezpieczeństwa regionu,
a Polska musi się przygotować na ewentualne reperkusje. Rok 2026 dla rządzących to czas, który sprawdzi zdolność do podejmowania trudnych decyzji, wytrzymałość gospodarki i odporność społeczeństwa na złożone kryzysy. Jeśli władza nie opanuje tych wyzwań, turbulencje
mogą okazać się bardzo dotkliwe.

Polacy odczują realne skutki polityki energetycznej UE w 2026 roku?
To będzie poważny problem dla koalicji?

– Nie da się ukryć, że ten rok będzie próbą dla kieszeni każdego obywatela. Choć oficjalnie ceny energii mają
nie rosnąć, rzeczywistość pokazuje coś innego – opłata mocowa, koszty przesyłowe i inne dodatkowe obciążenia sprawiają, że rachunki i tak będą wyższe. Gaz, prąd – to
są realne pozycje wydatków, to są argumenty, które trafiają do ludzi. A społeczeństwo nie boi się mówić wprost, czy jest lepiej, czy gorzej. A będzie gorzej, bo niestety to będzie efekt ideologicznych uwarunkowań Zielonego Ładu. Kwestie klimatyczne, choć zasadniczo istotne, są wprowadzane bez pragmatycznej analizy kosztów
i efektów. Tempo rozwoju, które jeszcze niedawno napędzały inwestycje i polityka PiS, zaczyna wyhamowywać. Samorządowcy ostrzegają: w 2026 roku środki na lokalne inwestycje praktycznie się kończą.
Plany związane z Krajowym Planem Odbudowy, które miały być wielkim sukcesem, dziś wyglądają jak szansa, która ucieka, a środki unijne coraz częściej obwarowane są ideologicznymi warunkami narzucanymi przez Komisję Europejską. W tej sytuacji rok 2026 będzie sprawdzianem, czy Polska poradzi sobie z kosztami energii, utrzyma konkurencyjność i nie straci inicjatywy inwestycyjnej,
bo każda zaniechana decyzja odbije się bezpośrednio
na gospodarce i społeczeństwie.

Dziękuję za rozmowę.

RS, „Nasz Dziennik”

NaszDziennik.pl