logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Lasek gubi podstawy

Środa, 22 maja 2013 (02:00)

Czy Maciej Lasek może zatajać szczegóły pracy komisji, powołując się na tajemnicę gwarantowaną prawem lotniczym? Wczoraj zarzekał się, że przez cały czas to właśnie ono było jej podstawą. – Przedstawiciele Polski działali zgodnie z załącznikiem 13 konwencji chicagowskiej – twierdzi tymczasem prof. Marek Żylicz, również członek komisji Millera. A ten obliguje do pełnej jawności.

Zespół wyjaśniający ustalenia komisji Millera kierowany przez dr. Macieja Laska po raz pierwszy spotkał się z dziennikarzami na otwartej konferencji prasowej. Wcześniej zdążył już odbyć trzy spotkania z bliżej nieokreślonymi przedstawicielami mediów, ale zapraszano na nie jedynie wyselekcjonowanych dziennikarzy, omawiając kwestie związane z działaniem zespołu w formule „off the record” (bez rejestracji).

Wczorajszy mityng miał wyjaśnić „błędy tzw. teorii alternatywnych” przyczyn katastrofy smoleńskiej. Ale nie to najbardziej interesowało dziennikarzy, tylko fakty dotyczące działania samej komisji Millera i podstawy tez jej raportu. Choć Lasek zastrzegał, że „raportu nie trzeba bronić, bo broni się sam”, to wyraźnie większość czasu, razem z trzema kolegami, musiał poświęcić na obronę dokumentów komisji z lipca i sierpnia 2011 r. (raport i protokół).

Zespół Laska próbował udawać, że nie wie, na jakiej podstawie prawnej członkowie komisji pracowali w Rosji. Lasek zarzekał się, że cały czas podstawą pracy KBWLLP było polskie prawo dotyczące badania wypadków w lotnictwie państwowym, w tym wojskowym, ale podczas konferencji wprost kilka razy powołał się na załącznik 13 konwencji chicagowskiej. Między innymi wtedy, gdy mówił o wysyłanych do Rosjan zapytaniach o dokumenty i informacje dotyczące lotniska, jego obsady, regulaminów itd.

– Przedstawiciele Polski, współpracując z komisją rosyjską, działali zgodnie z załącznikiem 13 konwencji chicagowskiej – rozwiewa wątpliwości prof. Marek Żylicz, ekspert prawa lotniczego i członek komisji Millera. Dopiero w dalszym ciągu pozyskane zgodnie z załącznikiem 13 w Rosji dowody były badane przez KBWLLP.

– Równocześnie przekazywali dane do komisji polskiej pracującej według prawa polskiego, co pozwoliło na oddzielne badanie przyczyn katastrofy. To jest dosyć sztuczna konstrukcja prawna – dodaje prof. Żylicz.

Rozróżnienie nie jest wyłącznie kwestią teoretyczną dla prawników, ale ma istotne znaczenie dla odpowiedzialności członków komisji. Załącznik 13 przewiduje pełną jawność badania katastrofy. Jej prace są objęte tajemnicą do opublikowania raportu. Potem ochronie podlegają tylko informacje wrażliwe (ekspertyzy medyczne, zdjęcia obrażeń ciał, dane osobowe) oraz mogące narazić uczestników zdarzenia na odpowiedzialność karną.

W tej ostatniej kwestii badania prowadzone przez komisje różnią się od śledztw w sprawach karnych. Prokurator i sąd nie mogą zmuszać do składania zeznań przeciwko sobie, kodeks postępowania karnego na wiele sposobów chroni prawa podejrzanego i oskarżonego, przede wszystkim zapewniając domniemanie niewinności, pomoc adwokata itd., wymaga też formalnego toku pozyskania każdego dowodu.

Komisjom technicznym zależy na wykryciu za wszelką cenę przyczyn wypadków, aby jak najszybciej wcielić zalecenia profilaktyczne. Dlatego zdobywają zaufanie osób, które przesłuchują, gwarancją, że ich słowa nie będą wykorzystywane w postępowaniu karnym.

Maciej Lasek ze współpracownikami poświęcili dużo miejsca wyjaśnianiu tej kwestii, ale prawa wynikającego z pozycji komisji badającej katastrofę według załącznika 13 wyraźnie nadużywają. Tak się dzieje na przykład w bulwersującym przypadku uporczywego podtrzymywania domniemania obecności w kabinie samolotu dowódcy Sił Powietrznych gen. Andrzeja Błasika.

Nikt z członków komisji Millera ani współpracowników akredytowanego (płk. Edmunda Klicha) nie chce się publicznie przyznać, że słyszał w nagraniu głos generała. Tymczasem raport stwierdza wprost, że dowódca Sił Powietrznych wszedł do kabiny pilotów, a załączona do protokołu transkrypcja głosów przypisuje mu konkretne frazy wypowiedzi.

Wczoraj Lasek i inni członkowie komisji Millera zdecydowanie podtrzymywali tezę o obecności generała w kokpicie, nieco zmieniając sformułowania. Teraz mówią o „dowódcach wojskowych w stopniu generała”. Przyczyną jest brak przypisania jakiejkolwiek wypowiedzi Błasikowi przez specjalistów Instytutu Ekspertyz Sądowych.

Dlatego w obronie swojego raportu członkowie komisji powołują się na jedyny ślad, jaki można z nim skojarzyć, mianowicie na występujące w transkrypcji IES oderwane i pozostające bez atrybucji słowo „generałowie”. Prawdopodobnie to odgłos rozmowy z przedziału za kokpitem, docierający przez otwarte drzwi. Jednak dla zespołu Laska to dowód na wejście generałów do kabiny, a nawet ich rozmowy z pilotami.

Pytani o personalną odpowiedzialność za wpisanie generała Błasika do raportu zasłaniają się opisaną wyżej tajemnicą. Szkopuł w tym, że ta powinna służyć ochronie osób uczestniczących w wypadku (np. pilotów, kontrolerów ruchu, techników), a nie badających zdarzenie ekspertów, którzy w tej sytuacji byliby poza jakąkolwiek kontrolą. Dokumenty komisji Millera znajdują się w archiwum Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów w Poznaniu.

Jak dowiedział się „Nasz Dziennik”, ci sami członkowie KBWLLP, tłumaczący dziennikarzom, że wskazanie osoby, która rozpoznała rzekomy głos gen. Błasika mogłoby zaszkodzić „profilaktyce i poprawie bezpieczeństwa lotów”, miękną przed prokuratorami, oskarżając się wzajemnie.

Szef podkomisji lotniczej ppłk Robert Benedict całą winą obciąża płk. rez. Wiesława Kędzierskiego, który jako pierwszy przypisał w Moskwie określone frazy dowódcy Sił Powietrznych. Ale Kędzierski nie był członkiem komisji Millera i za „włożenie” generała do kokpitu w roli, w jakiej chciał go widzieć rosyjski MAK, odpowiada w równej mierze Benedict.


Byle w kokpicie

Upór, z jakim pojawia się w narracji zespołu Laska „osoba postronna”, odczytująca wskazania wysokościomierza, jak gen. Błasik lub ktoś inny, ma wyraźnie na celu obronę tezy o błędach i złej współpracy załogi samolotu.

Komisja Millera dokonała więc podwójnego oskarżenia. Przypisała, tak jak Rosjanie, niejasne i rzekomo niewłaściwe zachowanie zasłużonemu dowódcy wojskowemu, a polskim pilotom – niedouczenie, brawurę i nerwowość. Badanie IES każe zupełnie inaczej niż MAK i KBWLLP patrzeć na wykonywanie procedury podejścia przez dowódcę i drugiego pilota. W szczególności szukać innych niż ludzkie – psychologiczne czy szkoleniowe – przyczyn znalezienia się samolotu poza ścieżką schodzenia.

Dopiero w świetle tych faktów widać, dlaczego zamieszani w oskarżenie generała Błasika – a chodzi o całą komisję Millera, Edmunda Klicha i część jego współpracowników – wolą powoływać się tylko na polskie prawo i przepisy o badaniu wypadków w lotnictwie państwowym. Wówczas można utajnić materiały komisji bez ograniczeń. A decyzję podejmuje premier.

Członkowie komisji Millera wolą dyskutować z mało prawdopodobnymi hipotezami na temat przebiegu katastrofy smoleńskiej, niż ujawnić, jak rzeczywiście prowadzili swoje badania w Rosji i w Polsce. Zasłaniają się tajemnicą, a przy okazji powtarzają tezę o obecności generała Andrzeja Błasika w kokpicie tupolewa, o błędach źle wyszkolonej załogi etc. Wszystko po to, by wciąż kolportować obciążające Polskę tezy MAK na temat przyczyn katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku.

– Nie podoba mi się takie mówienie: „wiem, ale nie powiem” – komentuje mec. Bartosz Kownacki, pełnomocnik grupy rodzin ofiar, w tym gen. Błasika. Wskazuje na brak możliwości weryfikacji raportu Millera.

– Ze strony Macieja Laska podawane są gotowe wnioski, które mamy przyjąć jako prawdę objawioną. A jednocześnie zarzuca się zespołowi parlamentarnemu, że nie przedstawia dowodów, co jest nieprawdą. Źródeł komisji Millera nie można w żaden sposób zweryfikować. Wiadomo, że są one różnej jakości: nierzetelne, sfałszowane, niekompletne lub sprzeczne z ostatecznymi ustaleniami. Nie ma też przekazanego toku rozumowania lub członkowie komisji zasłaniają się, że nie mogą o tym mówić – dodaje prawnik.

Tymczasem materiał dowodowy, z którym Kownacki i inni pełnomocnicy rodzin mogli zapoznać się w prokuraturze, wskazuje na zupełnie inne wnioski. Według adwokata, obecne przepisy rzeczywiście dają prawie nieograniczone możliwości zasłaniania się tajemnicą przez członków komisji.

– Te zasady to wynik zmian wprowadzonych już po kwietniu 2010 roku do prawa lotniczego. Być może jedyne, co pozostanie, to doprowadzić do jego nowelizacji – dodaje Kownacki.

Piotr Falkowski

Nasz Dziennik