Sejm ma przyjąć uchwałę, która w praktyce ma otworzyć drogę do ponownego wyboru sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa przez środowisko sędziowskie, ale głosami posłów. Jaki to ma związek z przejrzystością życia publicznego, wzajemnej kontroli władz?
– Odbieram to w sposób jednoznaczny. Nie chodzi wyłącznie o techniczną zmianę procedury, lecz o próbę odzyskania pełnej kontroli nad instytucją, która ma ogromne znaczenie ustrojowe. Mamy do czynienia z dążeniem do tworzenia „swojej” Krajowej Rady Sądownictwa. Model, który jest dziś forsowany, oznacza powrót do sytuacji, w której sędziowie wybierają sędziów, a całe postępowanie odbywa się w możliwie ograniczonej formule jawności. Obrady bez realnej transparentności, bez szerokiego dostępu opinii publicznej, za zamkniętymi drzwiami, to rozwiązanie, które trudno pogodzić z postulatem przejrzystości państwa. A więc decydujący głos ponownie znalazłby się w rękach wąskiej grupy zawodowej. W praktyce oznaczałoby to ograniczenie wpływu obywateli na jeden z filarów władzy. Jeśli mechanizmy wyboru i kontroli zostaną zamknięte w ramach korporacji sędziowskiej, trudno będzie przekonać opinię publiczną, że chodzi wyłącznie o standardy praworządności, a nie o odzyskanie wpływów. Potrzebny jest model, który nie budzi podejrzeń, że władza sądownicza staje się domeną samoregulującej się elity.
Drogi Czytelniku,
cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.
Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym.

