Nie wiadomo dokładnie, ilu Polaków ma problem
z wydostaniem się z zagrożonego rejonu. Ale, jak przekazał wczoraj Marcin Bosacki, wiceminister spraw zagranicznych, pomocy może potrzebować nawet kilka tysięcy osób. – Wiemy, że w regionie Bliskiego Wschodu, szeroko pojętego od krajów Zatoki po Izrael, Liban, Jordanię, jest to kilkanaście tysięcy osób. Apelujemy bardzo mocno, żeby wszyscy wpisywali się do systemu Odyseusz. Zapewne liczba tych, którzy będą chcieli wrócić jak najszybciej, będzie rosła. Tym, którzy wykupili, mówiąc szczerze, nie do końca ostrożnie i mimo ostrzeżeń, pobyty, zwłaszcza w krajach Zatoki, będą kończyć się pobyty – powiedział.
Nasi rodacy utknęli zarówno w hotelach, jak i na lotnisku,
z którego mieli wylatywać do Polski. Na szczęście dla nich udało się porozumieć z miejscowymi władzami, które zadeklarowały, że każdy, komu kończy się pobyt w hotelu czy ośrodku wczasowym, będzie mógł na koszt miejscowych władz tam zostać. Do hoteli zostali też skierowani podróżni, dla których Dubaj był miejscem przesiadkowym.
Jak przekazują w mediach społecznościowych, choć nad miastem nie widać rakiet, to huk eksplozji i przelatujących nisko samolotów wzbudza niepokój. Na to nakładają się kolejne problemy. Ludzie alarmują, że mają problem ze zdobyciem leków. Przede wszystkim jednak w ich relacjach w miniony weekend powtarzał się zarzut kompletnego braku kontaktu z polską ambasadą. Dopiero po doniesieniach medialnych o dramatycznych relacjach Polaków skarżących się na słabe lub wręcz znikome wsparcie ze strony służb dyplomatycznych i rządu MSZ zaczęło rozsyłać wskazówki. Wcześniej jednak Radosław Sikorski napisał w mediach społecznościowych, że MSZ od wielu tygodni apelowało, aby nie udawać się do krajów Bliskiego Wschodu. Wpis ten został nawet w mediach przychylnych rządzącym ostro skrytykowany poprzez skontrastowanie go z relacjami podróżnych, którzy
w Dubaju znaleźli się tylko z powodu planowej przesiadki na inny lotniczy rejs. – To jest skandal, żeby tak się wypowiadała instytucja rządowa. Są różne sytuacje,
dla nas na przykład to nie była lokacja docelowa – komentuje komunikat MSZ Polka w rozmowie z Onetem.
Pytany wczoraj w mediach o jakość pracy w ten kluczowy weekend polskiej ambasady w ZEA rzecznik rządu Adam Szłapka przyznał, że „to są wszystkie sprawy, które trzeba będzie poprawić”. – Ministerstwo Spraw Zagranicznych robi wszystko, co się da. Są uruchomione dodatkowe infolinie. Konsulowie pomagają na miejscu. […] Rozmawiają z władzami ZEA, żeby pokryte były koszty dłuższego pobytu. Na wsparcie można liczyć – dodał.
Zwrócił również uwagę, że sytuacja jest trudna, ponieważ w wiele miejsc na Bliskim Wschodzie nie da się dolecieć. Dlatego – jak podkreślił rzecznik rządu – najważniejsze są spokój, bezpieczeństwo, śledzenie informacji MSZ,
ale też śledzenie informacji miejscowych służb.
Tymczasem również wczoraj minister spraw zagranicznych Petr Macinka zapowiedział po porannym posiedzeniu rady bezpieczeństwa państwa, że do Egiptu i Jordanii zostaną wysłane samoloty rządowe po czeskich obywateli. – Mamy przygotowany samolot, który jest gotowy do odlotu
do Egiptu w ciągu dwóch godzin – ogłosił. Popołudniem samolot do Egiptu wystartował. Na pokładzie airbusa ma powrócić m.in. 79 osób, które ewakuowały się wczoraj
do tego kraju autobusem z Izraela. Również wczoraj popołudniem drugi airbus poleciał do Jordanii.
Petr Macinka poinformował, że samolot, który wróci
z Egiptu, zostanie w miarę potrzeb wysłany na kolejny lot do Omanu.
Na razie po Czechów z Omanu poleciały samoloty Smartwings. Czeskie władze podkreślały wczoraj, że nie jest to klasyczna akcja ewakuacyjna, ponieważ Smartwings ma zabrać przede wszystkim swoich klientów. Maszyny wysłano do Maskatu i miejscowości Salala. Przestrzeń powietrzna nad Omanem jest otwarta. Według ostatnich informacji w Omanie jest około 900 Czechów. W całym regionie ponad 6,5 tysiąca.
Czesi przekazali, że czeskie samoloty, które zostały wysłane do Egiptu do Szarm el-Szejk i do Jordanii na lotnisko w Ammanie, przywiozą – w miarę wolnych miejsc – obywateli innych państw. Sprawę działania w ostatnich dniach polskiego MSZ komentuje w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Szymon Szynkowski vel Sęk, poseł PiS,
były wiceminister MSZ. Zwraca on uwagę, że chaos komunikacyjny, jakim wykazało się MSZ, niestety, nie jest niczym nowym. Przypomina podobnie rozgrywający się dramat naszych rodaków z czerwca ubiegłego roku po pierwszych nalotach Stanów zjednoczonych na Iran.
– Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie po raz pierwszy
za tych rządów wydaje się zaskoczone nagłą sytuacją, tak jakby nie mogło tego przewidzieć. Z jednej strony były komunikaty o niewyjeżdżaniu do tych miejsc na Bliskim Wschodzie, a z drugiej strony przecież można było przewidzieć to, że trzeba będzie w sytuacji eskalacji konfliktu uruchomić dodatkowe linie informacyjne, że mimo wszystko może być cała grupa naszych rodaków, którzy będą tam chcieli właśnie pozyskać informację – zaznacza. Parlamentarzysta podkreśla, że mimo trudnej sytuacji na Bliskim Wschodzie polskie służby w ogóle nie były przygotowane na nagły kryzys. – Również do mnie docierają sygnały, że nie było przygotowanego planu na taką ewentualność. Zamknięcie strefy lotów sprawia, że prawdopodobnie optymalną opcją jest ewakuacja lądowa
i następnie z innego kraju, na przykład z Omanu, ewakuacja z samolotem. Ale przecież to wszystko można zorganizować, można przewidzieć – konstatuje.
Odnosi się także do informacji, że nieco ponad
10-milionowy kraj, jakim są Czechy, zorganizował natychmiastową ewakuację swoich obywateli. – Doskonale pamiętam, że kiedy pracowałem w MSZ, to obywatele innych państw bardzo często korzystali z wolnych miejsc
w samolotach, które my organizowaliśmy, ponieważ to my byliśmy liderem, jeśli chodzi o sprawność organizacji działań ewakuacyjnych. Dzisiaj jest inaczej. Dzisiaj inne państwa potrafią to zorganizować, a Polska nie potrafi. I to bardzo niedobrze – podnosi Szymon Szynkowski vel Sęk.
Jak podkreśla, to wszystko odbija się na polskim wizerunku. – Po pierwsze, nasi rodacy dostają taki sygnał, że na państwo polskie trudno liczyć. Ale trzeba pamiętać także o warstwie wizerunkowej. Polska kiedyś uchodziła
za kraj niesłychanie sprawnie reagujący w sytuacjach kryzysowych. Dzisiaj jest inaczej. Bardzo nad tym boleję
– dodaje.
Podobną opinię wyraża prof. Arkadiusz Jabłoński, socjolog z KUL. W rozmowie z „Naszym Dziennikiem” przyznaje, że nie zapewnienie bezpieczeństwa obywatelom, ale rozgrywki polityczne i budowanie własnej pozycji w polityce krajowej i międzynarodowej biorą dziś górę. – W takich sytuacjach obnażona została słabość służb dyplomatycznych, służb konsularnych i właściwie słabość całego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, którego celem w takich przypadkach powinno być zapewnienie bezpieczeństwa obywateli – mówi. Wskazuje, że priorytety MSZ w ostatnich latach zostały zupełnie odwrócone. – Dziś priorytetem dla ministra spraw zagranicznych i jego służb jest raczej budowanie własnej pozycji politycznej zarówno wewnątrz jak, i na zewnątrz. A ta podstawowa służba obywatelom została odsunięta na dalszy plan – przyznaje. Zgadza się też z byłym wiceszefem MSZ, że takie działania psują wizerunek Polski na zewnątrz. – Siła państwa przejawia się w sile gospodarczej, militarnej, a także
w trosce o własnych obywateli. Żeby być liderem tej części Europy, nie wolno zaniedbywać żadnej z tych sfer i trzeba dawać przykład innym państwom, jak dobrze jest się zorganizowanym i jak się pomaga sowim rodakom
w sytuacjach konfliktów zbrojnych – zaznacza
prof. Arkadiusz Jabłoński.

