logo
logo

Zdjęcie: / Inne

Polska musi prowadzić politykę realistyczną

Czwartek, 5 marca 2026 (15:54)

Rozmowa z dr Zbigniewem Koźmiukiem, ekonomistą, posłem Prawa i Sprawiedliwości

 

Prezydent Karol Nawrocki proponuje nowy model finansowania modernizacji polskiej armii i wskazuje na ogromne rezerwy złota zgromadzone w Narodowym Banku Polskim jako potencjalne źródło kapitału dla zbrojeń. To rzeczywiście rozsądny i potrzebny krok?

– Z mojego punktu widzenia to kierunek zdecydowanie wart poważnego potraktowania, bo w gruncie rzeczy upraszcza wiele problemów, które pojawiły się przy dotychczasowych pomysłach finansowania rozbudowy armii z instrumentu SAFE. Polska posiada realne aktywa, w tym znaczące rezerwy złota, więc naturalne jest pytanie, dlaczego nie wykorzystać ich jako instrumentu wzmacniającego bezpieczeństwo państwa. W tym modelu korzystamy z własnych zasobów, a środki trafiają bezpośrednio do istniejącego systemu finansowania obronności, dzięki czemu wojsko może kupować dokładnie to, czego naprawdę potrzebuje - zarówno w polskim przemyśle zbrojeniowym, jak i na globalnym rynku. Istotne jest również to, że takie rozwiązanie daje armii znacznie większy komfort działania. Modernizacja sił zbrojnych nie musi być realizowana w pośpiechu tylko dlatego, że ktoś narzucił administracyjny termin zamknięcia programu do konkretnego roku – tak jest w propozycji UE. Oczywiście wszyscy mamy świadomość, że zbrojenia powinny postępować szybko, bo sytuacja bezpieczeństwa w Europie nie daje luksusu wieloletniej zwłoki. Ale równie ważne jest, by zakupy były przemyślane, racjonalne i dopasowane do realnych potrzeb armii, a nie podporządkowane kalendarzowi politycznych deklaracji.

W tym modelu ważną rolę odgrywa również Narodowy Bank Polski, który w określony sposób bierze na siebie ciężar odsetkowy?

– Oczywiście szczegóły techniczne takiej operacji wymagają jeszcze poważnej dyskusji ekonomicznej, bo istnieje kilka możliwych wariantów jej przeprowadzenia. Jednym z nich byłoby oparcie mechanizmu na wzroście wartości aktywów zgromadzonych w złocie. Innym rozwiązaniem mogłaby być konstrukcja przypominająca w pewnym sensie operacje luzowania ilościowego, które stosowano w wielu krajach w czasie pandemii. W Polsce mieliśmy już zresztą doświadczenie z podobnym instrumentem, kiedy w bardzo krótkim czasie Polski Fundusz Rozwoju został zasilony ogromnymi środkami liczonymi w setkach miliardów złotych, które następnie trafiły do gospodarki jako tarcza antykryzysowa. Tamten mechanizm pokazał, że w sytuacjach nadzwyczajnych państwo potrafi uruchamiać duże pieniądze w stosunkowo krótkim czasie. Modernizacja armii, w obliczu coraz bardziej niestabilnego otoczenia międzynarodowego, jest właśnie taką sytuacją. Dlatego oba warianty – zarówno wykorzystanie wartości złota, jak i rozwiązania przypominające operacje banków centralnych z okresu pandemii – mogą być narzędziami, po które państwo sięgnie, jeśli chce poważnie traktować własne bezpieczeństwo.

Na razie słyszymy jednak przede wszystkim ogólną koncepcję, a konkretów wciąż brakuje. W przypadku tak poważnego projektu finansowania zbrojeń to nie jest poważny problem?

– Rozumiem te wątpliwości, ale trzeba pamiętać o jednej rzeczy: na tym etapie mówimy o przedstawieniu idei, a nie gotowym projekcie ustawy. Właśnie dlatego zapowiadane jest spotkanie z premierem. Zarówno Karol Nawrocki, jak i Adam Glapiński celowo nie wchodzili w szczegóły techniczne, bo te muszą zostać wypracowane w rozmowie z rządem i większością parlamentarną. Bez zmian w prawie taki mechanizm po prostu nie ruszy, więc prędzej czy później konieczna będzie szybka legislacja i polityczne porozumienie.

Czy rządzący w ogóle będą chcieli taki projekt poprzeć?

–  Pojawiają się głosy sceptyczne, a nawet próby podważania sensu całej koncepcji. I powiem wprost: w mojej ocenie byłoby to podejście kompletnie nieracjonalne. Polska nie jest w stanie w krótkim czasie sensownie wydać gigantycznych pieniędzy na zbrojenia, nawet gdyby ktoś zdecydował się otworzyć finansowanie na maksimum. To nie działa jak zakupy w supermarkecie. Nowoczesne systemy uzbrojenia wymagają czasu, produkcji, logistyki, a często także budowy zdolności przemysłowych. Wystarczy spojrzeć na liczby. Polski przemysł zbrojeniowy, skupiony przede wszystkim wokół Polskiej Grupy Zbrojeniowej, generuje produkcję wartą około 20 miliardów złotych rocznie. To pokazuje skalę możliwości. Nawet gdybyśmy chcieli nagle wydać znacznie większe środki, zwyczajnie nie ma fizycznej możliwości, by krajowy sektor obronny w krótkim czasie przerobił tak ogromne zamówienia. Część zakupów i tak musi trafiać za granicę, bo takie są realia współczesnego rynku zbrojeniowego. Sensowna strategia polega nie na panicznym wydawaniu pieniędzy w ciągu dwóch czy trzech lat, tylko na stworzeniu stabilnego, długoterminowego systemu finansowania. Taki mechanizm daje wojsku przewidywalność, przemysłowi czas na rozwój, a państwu możliwość planowania modernizacji armii w sposób racjonalny, a nie nerwowy. I właśnie w tym kontekście ta propozycja zaczyna wyglądać nie jak polityczna deklaracja, lecz jak poważna próba uporządkowania całego systemu finansowania bezpieczeństwa państwa.

Musimy szukać broni na całym świecie?

– Oczywiście, że potrzebujemy uzbrojenia ze Stanów Zjednoczonych czy z Korei Południowej. I to z bardzo prostego powodu: dziś to właśnie tam powstaje sprzęt, który realnie zmienia układ sił na polu walki i robi wrażenie na potencjalnym przeciwniku. Współczesna wojna brutalnie weryfikuje mity, a jednym z największych jest przekonanie o niezwyciężoności postsowieckiej technologii wojskowej. Wystarczy spojrzeć na to, co wydarzyło się w ostatnich latach w różnych częściach świata. Systemy oparte na radzieckiej myśli technicznej, szczególnie te przeciwlotnicze i przeciwrakietowe, wielokrotnie okazywały się po prostu nieskuteczne. Zwróćmy uwagę na Iran czy Wenezuele, bez nowoczesnych systemów ochrony powietrza nie poradziły sobie. Jeżeli natomiast państwo dysponuje nowoczesnym sprzętem amerykańskim czy koreańskim, sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Mówimy o technologiach zbliżonych poziomem do tego, czym dysponują największe potęgi militarne świata. A to już jest zupełnie inny poziom odstraszania. Współczesne konflikty pokazują zresztą coś jeszcze. W pierwszych godzinach wojny rozstrzyga się często los całej infrastruktury obronnej przeciwnika. Jeżeli systemy radarowe, baterie przeciwlotnicze i centra dowodzenia zostaną szybko zneutralizowane, dalsza obrona staje się niemożliwa. Spójrzmy na Iran. W takich warunkach nawet bardzo stare platformy bojowe mogą działać praktycznie bezkarnie. Dochodzi do paradoksalnych sytuacji, w których na niebie pojawiają się maszyny - bombowce B-52 - używane w Wietnamie czy podczas wojny w Zatoce Perskiej - pamiętające zimną wojnę, a mimo to wykonują zadania bojowe bez większego oporu, bo po prostu nie ma już systemów, które byłyby w stanie je skutecznie zatrzymać. Dlatego Polska musi prowadzić politykę realistyczną. Z jednej strony rozwijać własny przemysł obronny i zwiększać jego możliwości produkcyjne, z drugiej jednak kupować najbardziej zaawansowane technologie tam, gdzie są dostępne.

Jeśli polski przemysł zbrojeniowy nie jest dziś w stanie w krótkim czasie „przerobić” tak ogromnych środków, które mają trafić na modernizację armii, to co w praktyce stanie się z tymi pieniędzmi?

– Trzeba tu przede wszystkim uporządkować jedną rzecz: te pieniądze nie są i nie powinny być traktowane wyłącznie jako jednorazowy zastrzyk inwestycyjny, który w ciągu roku czy dwóch nagle odmieni cały polski przemysł zbrojeniowy. Tak to po prostu nie działa. Oczywiście w zakłady trzeba inwestować, rozbudowywać linie produkcyjne, kupować nowe technologie, zwiększać zdolności wytwórcze. Tyle że nawet najbardziej ambitne programy modernizacyjne nie przynoszą efektów z dnia na dzień. Podniesienie poziomu technologicznego przemysłu to proces liczony raczej w latach niż w miesiącach. Dlatego kluczowa w tej całej koncepcji jest nie jednorazowa suma pieniędzy, ale mechanizm stabilnego, długookresowego finansowania. I właśnie to, moim zdaniem, próbują pokazać zarówno prezydent, jak i prezes NBP: że państwo może stworzyć system, który daje przemysłowi zbrojeniowemu pewność działania na wiele lat do przodu. A to jest absolutnie fundamentalne. Zakłady zbrojeniowe, mając gwarancję stabilnych zamówień i przewidywalnego finansowania, mogą inwestować w rozwój z własnych zysków, rozbudowywać moce produkcyjne, wchodzić w nowe technologie i powoli, ale konsekwentnie przesuwać się na wyższy poziom kompetencji.

Najgorsze, co można zrobić, to prowadzić politykę zbrojeniową krótkoterminowo?

– Dziś pojawia się jakaś nadwyżka w budżecie, więc szybko kupujemy sprzęt, jutro pieniędzy już nie ma i wszystko się zatrzymuje. W takich warunkach nie da się budować ani poważnej armii, ani silnego przemysłu obronnego. Wojsko potrzebuje przewidywalności, a fabryki potrzebują wieloletnich kontraktów, które uzasadniają ogromne inwestycje w ludzi, technologię i infrastrukturę. W tym sensie propozycja wykorzystania instrumentów finansowych banku centralnego jest czymś więcej niż tylko pomysłem na zdobycie pieniędzy. To sygnał, że państwo zaczyna myśleć o zbrojeniach w perspektywie strategicznej. Oczywiście, w normalnych warunkach banki centralne nie angażują się w takie mechanizmy. Tyle że dziś nie mamy do czynienia z normalną sytuacją bezpieczeństwa. Rosja prowadzi agresywną politykę i udowadnia to właściwie każdego dnia. A jeśli, nie daj Boże, poradziłaby sobie militarnie z Ukrainą, to wszyscy doskonale wiemy, kto znalazłby się następny w kolejce. W takiej rzeczywistości państwo musi szukać niestandardowych narzędzi.

Karol Nawrocki i Adam Glapiński w ten sposób „zaszachowali rząd”? Wątek polityczny wydaje się też wyjątkowo ciekawy w całej sprawie…

– Nie da się ukryć, że pojawienie się tej koncepcji w przestrzeni publicznej ma również wymiar polityczny, bo w polskiej rzeczywistości strategiczne projekty państwowe bardzo często stają się elementem szerszej gry między obozami politycznymi. Można odnieść wrażenie, że prezydent szukał rozwiązania systemowego dla kwestii finansowania obronności, zwłaszcza w sytuacji, gdy wcześniejsze propozycje - szczególnie te intensywnie promowane przez euroentuzjastów - tworzyły wrażenie zobowiązań, które miały zostać zrealizowane w sposób bardzo sztywny i mało elastyczny. Dla rządzących oznacza to dziś konieczność podjęcia trudnej decyzji, bo projekt ma zarówno wymiar gospodarczy, jak i bezpieczeństwa państwa. Warto jednak mieć nadzieję, że istotą tego przedsięwzięcia nie jest bieżąca rozgrywka polityczna ani instrumentalne rozdysponowanie środków, lecz rzeczywista próba wzmocnienia zdolności obronnych Polski. Oczywiście w przestrzeni politycznej zawsze pojawia się pokusa wykorzystania tak dużych projektów jako narzędzia nacisku. Nie jest tajemnicą, że w kampaniach wyborczych podobne mechanizmy bywają używane jako argument mobilizujący elektorat, choć sprowadzanie całej idei do takiej kalkulacji byłoby uproszczeniem. Można sobie wyobrazić scenariusz, w którym Donald Tusk w 2027 roku tłumaczy wyborcom: głosujcie na nas, bo rząd Prawa i Sprawiedliwości nie dostanie ani grosza z programu SAFE. Gdyby w przyszłości pojawiła się narracja, że dalsze finansowanie zależy od wyniku wyborów, byłoby to zjawisko niepokojące z punktu widzenia stabilności systemu bezpieczeństwa państwa. Dlatego tak ważne jest, aby mechanizm finansowania modernizacji armii został możliwie mocno odpolityczniony i oparty na długofalowych, ponadpartyjnych rozwiązaniach, które nie będą podlegały gwałtownym zmianom wraz z kolejnymi cyklami wyborczymi. Tylko wtedy projekt może spełnić swoją strategiczną funkcję, niezależnie od tego, kto akurat sprawuje władzę.

Gdybyśmy zrezygnowali z programu SAFE to byłby to problem dla Brukseli?

– Trzeba zacząć od faktów. W praktyce ten kredyt nie został jeszcze uruchomiony, co oznacza, że mówimy o konstrukcji potencjalnej, a nie o realnym zobowiązaniu finansowym, które już obciążałoby polski budżet. Cała operacja opiera się na mechanizmie transzowym. Łączna deklarowana kwota wynosi około 150 miliardów euro. Jednak do tej pory Komisja Europejska nie przekazała Polsce ani jednego euro w ramach tego programu. Dopiero po podpisaniu stosownych umów i spełnieniu warunków formalnych rozpoczęłaby się faktyczna procedura pożyczkowa. W takiej sytuacji trudno mówić o twardym zobowiązaniu finansowym, które automatycznie rodziłoby obowiązek spłaty odsetek czy kar. Ale ja nie wykluczam, że wkrótce zaczną padać twierdzenia, że odejście od SAFE, to stawianie nas w złym świetle przed partnerami w UE. Polityka w takich sytuacjach często polega na budowaniu narracji, która ma pokazać, że istnieją już „twarde zobowiązania”, nawet jeśli formalnie jeszcze one nie powstały. To element gry politycznej. Dlatego kluczowe jest oddzielenie faktów finansowych od retoryki politycznej, bo dopiero wtedy można rzetelnie ocenić rzeczywiste konsekwencje ewentualnej rezygnacji z projektu. I pamiętajmy: nikt jeszcze tych pieniędzy z instrumentu SAFE nie pożyczył, do niczego jeszcze nie przystąpiliśmy. Jeżeli dojdzie do weta prezydenta ustawy o SAFE to nic się nie stanie. Będziemy dalej żyć. A i my mamy środki na rozwój armii.

Dziękuję za rozmowę.

 

Rafał Stefaniuk, "Nasz Dziennik"

NaszDziennik.pl