logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

W Unii nie ma sentymentów

Wtorek, 31 marca 2026 (12:34)

Aktualizacja: Wtorek, 31 marca 2026 (12:35)

Z Krystyną Szyszko ze Stowarzyszenia na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju Polski im. prof. dr. hab. Jana Szyszko rozmawia Rafał Stefaniuk

  

Komisja Europejska zapowiada korekty
w systemie EU ETS. Już tylko godziny dzielą nas od ich ogłoszenia. Na co Pani liczy?

– Szczerze mówiąc, na żadną rewolucję bym nie liczyła.
I nie chodzi o czarnowidztwo, tylko o doświadczenie – zarówno w ocenie logiki działania instytucji unijnych,
jak i tego, jak w praktyce wygląda „solidarność” między państwami członkowskimi. Jeśli ktoś jeszcze wierzy, że w Brukseli dominuje bezinteresowna współpraca, to niestety żyje w świecie deklaracji, marzeń, a nie faktów. Tam gra toczy się twardo: o interesy, przewagi konkurencyjne, własne gospodarki. I trudno mieć o to pretensje – każde państwo dba przede wszystkim o siebie. Problem w tym, że nie wszystkie mają w tej grze równą siłę przebicia. Dlatego nie spodziewam się decyzji, które w sposób odczuwalny i systemowy poprawią sytuację krajów takich jak Polska czy szerzej – Europy Środkowo-Wschodniej. Raczej zobaczymy zestaw korekt, które dobrze wyglądają na papierze i jeszcze lepiej brzmią w komunikatach prasowych, ale ich realny wpływ na koszty energii, funkcjonowanie przemysłu czy portfele obywateli będzie
co najwyżej umiarkowany. To będzie ruch obliczony bardziej na pokazanie, że „coś się robi”, niż na rzeczywiste przestawienie całego mechanizmu. Innymi słowy: korekty tak, ale w granicach politycznej wygody. Bez naruszania fundamentów systemu, bez ryzyka dla największych graczy, bez głębokiej refleksji nad tym, kto naprawdę ponosi koszty tej polityki klimatycznej. I właśnie dlatego trudno dziś mówić o przełomie – raczej o kolejnej odsłonie zarządzania oczekiwaniami.

Mamy więc do czynienia z klasyczną grą
na czas – próbą przeczekania społecznego niezadowolenia przy pomocy pozornych korekt?

– Tak to właśnie wygląda. I mówię to nie na podstawie emocji, tylko doświadczenia, które Polska zdążyła już zebrać przez lata obecności w Unii Europejskiej. Gdyby ktoś wskazał jeden naprawdę przełomowy moment, w którym w kluczowej dla nas sprawie Bruksela wykonała radykalny zwrot korzystny dla państw takich jak nasze – chętnie posłucham. Ja takich przykładów nie widzę. Widzę raczej powtarzalny schemat: zapowiedzi, korekty, komunikaty, a potem rzeczywistość, która zmienia się niewiele albo wcale. Dlatego znacznie bliższa jest mi teza, że mamy do czynienia z działaniem o charakterze wizerunkowym. Trzeba pokazać opinii publicznej, że coś się dzieje, że ktoś reaguje, że „system jest korygowany”. Problem polega na tym, że fundamenty pozostają nietknięte. A te fundamenty są dla części państw zwyczajnie korzystne. Nie oszukujmy się – są kraje Europy Zachodniej, które na systemie EU ETS realnie zarabiają
i nie mają najmniejszego interesu w jego głębokiej przebudowie. W takiej konfiguracji politycznej trudno oczekiwać, że nagle pojawi się wola, by ten mechanizm rozbroić albo przynajmniej istotnie złagodzić jego skutki dla słabszych gospodarek. I tu dochodzimy do rzeczy zasadniczej: układ sił w Unii nie jest równy. Możemy opowiadać o partnerstwie, solidarności, wspólnocie interesów – to dobrze brzmi i ładnie wygląda
w dokumentach, ale w praktyce znaczenie poszczególnych państw jest różne. Kraje takie jak Holandia czy Niemcy mają znacznie większą siłę oddziaływania niż państwa naszego regionu. I to przekłada się bezpośrednio na decyzje. Można się na to obrażać, można temu zaprzeczać, ale fakty są dość twarde: nie jesteśmy w tej układance równorzędnym graczem. A jeśli tak, to korekty, o których dziś się mówi, będą raczej narzędziem zarządzania nastrojami niż realną próbą zmiany reguł gry.

Jednak jesteśmy dwudziestą gospodarką świata i czołową w UE. To mało?

– Na papierze wygląda to imponująco. Dwudziesta gospodarka świata, dynamiczny rynek, rosnący potencjał zasobowy i ciągle duży demograficzny. Tyle że polityka międzynarodowa nie działa na zasadzie tabel rankingowych, tylko twardej gry interesów. I tu zaczyna się problem, bo złudzenie, że sam wzrost gospodarczy automatycznie przekłada się na wpływy, jest jednym
z największych błędów, jakie można popełnić. W Unii
nie ma sentymentów ani wdzięczności. Jest konkurencja, często bezwzględna, i każdy pilnuje przede wszystkim własnego interesu. Nie łudźmy się, że ktoś w Brukseli
czy w największych stolicach Europy ma strategiczny cel
w postaci wzmacniania Polski. Jest dokładnie odwrotnie. Silna, niezależna gospodarczo Polska to dla wielu graczy kłopot, a nie wartość. Dlatego równolegle z opowieścią o współpracy widzimy działania, które mają nas ograniczać: regulacyjnie, energetycznie czy technologicznie. To nie są przypadki, tylko element szerszej układanki. Zresztą spójrzmy na rzecz chłodno. Gdybyśmy byli państwem bez znaczenia, nikt nie poświęcałby nam tyle uwagi. Presja, jaką odczuwamy choćby ze strony Niemiec, nie bierze się znikąd. Ona jest pochodną potencjału, który mamy – i to nie tylko gospodarczego, ale też surowcowego i ludzkiego. Polska leży na zasobach, które w długim horyzoncie mogą decydować o bezpieczeństwie energetycznym regionu. Mamy kapitał społeczny, mamy kompetencje, mamy przestrzeń do rozwoju. Problem w tym, że jednocześnie funkcjonujemy w systemie, który często premiuje tych, którzy już są najsilniejsi.

W efekcie powstaje napięcie?

– Z jednej strony kraj, który chce rosnąć i korzystać ze swoich zasobów, z drugiej – mechanizmy, które ten rozwój kanalizują albo wręcz hamują. Weźmy choćby energetykę. Podczas gdy część świata wraca do sprawdzonych źródeł, my słyszymy, że mamy z nich rezygnować w imię ambitnych celów klimatycznych. I nie chodzi tu o samą ideę transformacji, tylko o tempo, koszty i to, kto na tym realnie zyskuje. Dlatego odpowiedź jest prosta
i niewygodna zarazem: sama skala gospodarki to za mało. Jeśli nie idzie za tym twarda polityka interesu narodowego, umiejętność gry na arenie międzynarodowej
i konsekwencja w obronie własnych zasobów, to pozostajemy dużym rynkiem, ale niekoniecznie podmiotowym graczem. A różnica między jednym a drugim jest w polityce fundamentalna.

Gdyby to Niemcy albo Francuzi dysponowali takimi zasobami węgla jak Polska, czy narracja o „nieekologiczności” tego surowca wyglądałaby inaczej?

– W polityce klimatycznej, tak jak w każdej innej dziedzinie, obowiązuje stara zasada – punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Gdyby Berlin czy Paryż miały pod ręką tak potężne pokłady węgla jak Polska, bardzo szybko okazałoby się, że to paliwo nie jest żadnym anachronizmem, tylko „racjonalnym elementem miksu energetycznego”, a dyskusja przesunęłaby się z ideologii na pragmatykę. Już nieraz widzieliśmy, jak elastyczne potrafią być standardy, kiedy w grę wchodzi własny interes gospodarczy. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, to nie jest zarzut, tylko opis rzeczywistości. Każde państwo
w pierwszej kolejności dba o siebie. Niemcy prowadzą politykę pod kątem niemieckiej gospodarki, Francuzi pilnują francuskich interesów – i robią to konsekwentnie, bez kompleksów. Problem zaczyna się wtedy, gdy my próbujemy uwierzyć, że ktoś inny będzie bardziej zainteresowany naszym rozwojem niż my sami. To tak nie działa i nigdy nie działało. Dlatego cała dyskusja o węglu, transformacji energetycznej czy systemach takich jak ETS powinna być w Polsce prowadzona z chłodną głową,
a nie na zasadzie bezrefleksyjnego przyjmowania cudzych założeń. Oczywiście, zmiany są potrzebne, świat się przekształca, technologie idą do przodu, ale tempo
i kierunek tych zmian muszą wynikać z naszych realiów, naszych zasobów i naszych możliwości, a nie z politycznych mód czy presji silniejszych partnerów. Trzeba też jasno powiedzieć: Unia Europejska nie jest wspólnotą altruizmu. To przestrzeń rywalizacji, w której ścierają się interesy narodowe, często bardzo twardo. I nie ma sensu na to się obrażać, bo taka jest natura tej gry.

Sens ma natomiast nauczyć się w niej poruszać?

– Tak, budować sojusze tam, gdzie mamy wspólne cele, szukać partnerów w konkretnych obszarach,
a jednocześnie pilnować tego, co dla nas kluczowe. Ostatecznie nikt za nas tej pracy nie wykona. Jeśli nie będziemy potrafili wykorzystać własnych zasobów i przekuć ich w przewagę, inni zrobią to za nas – albo sprawią, że zostaniemy z nimi na papierze, ale bez realnych korzyści.
I to jest scenariusz, którego powinniśmy za wszelką cenę uniknąć.

Czy kraje Europy Środkowej i Wschodniej nauczyły się rozmawiać z Zachodem
z pozycji partnera? Wydaje się, że jeszcze ciągle obciążone są bagażem kompleksów…

– Nie ma sensu tego pudrować. Ten problem istnieje
i przez lata był bardzo wyraźny. W Polsce także. Odruch: „oby nas nie wyrzucili”, „oby się nie narazić”, „oby nie wyjść przed szereg”, długo definiował sposób myślenia części elit i opinii publicznej. To była mentalność państw, które dopiero co wyszły z politycznego cienia i próbowały odnaleźć się w nowym układzie sił. Tyle że polityka nie nagradza pokory. Nagradza konsekwencję i twardość. Dziś ten kompleks jest już słabszy, ale nie zniknął. Wciąż widać go w reakcjach na spory z instytucjami unijnymi czy w podejściu do negocjacji gospodarczych. Zamiast wychodzić z pozycji: „mamy swoje interesy i będziemy ich bronić”, zbyt często zaczynamy od defensywy. A przecież logika powinna być odwrotna. Państwo, które zna swoją wartość, nie mówi, „co będzie, jeśli nas ukarzą”, tylko – „co będzie, jeśli my przestaniemy współpracować na naszych warunkach”. To zupełnie inny punkt ciężkości. Nie widziałabym w tym nic złego, gdyby polski Prezydent albo premier powiedział przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, że jeśli nie zmieni swojego podejścia do nas, do dumnego Narodu w sercu Europy, to my tak po prostu poszukamy swojej drogi poza UE. Nie, oni nas nie wyrzucą, to my wyjdziemy, bo nie da się już dużej trwać
w tym towarzystwie. Taki powinien być przekaz. Trzeba też uczciwie powiedzieć: kompleksy to nie jest wyłącznie kwestia bieżącej polityki, ale głębszej historii
i doświadczeń. Kraje Europy Środkowej i Wschodniej
przez dekady funkcjonowały w warunkach ograniczonej suwerenności, a później wchodziły do struktur zachodnich z pozycji ucznia, który ma nadrabiać zaległości.

To zostawia ślad?

– Zmiana tego sposobu myślenia nie dzieje się z dnia na dzień, czasem wymaga całych pokoleń. Tyle że świat nie będzie na nas czekał, aż się wewnętrznie „ułożymy”. Jeśli sami nie zaczniemy grać twardo, inni zrobią to za nas – kosztem naszych interesów. W Unii Europejskiej nie ma miejsca dla państw, które nie potrafią artykułować swoich racji bez kompleksów. I nie chodzi o konflikt dla samego konfliktu, tylko o elementarną asertywność, która jest standardem w Paryżu czy Berlinie, a u nas wciąż bywa traktowana jak coś ryzykownego. Dlatego kluczowa zmiana polega na przesunięciu mentalnego akcentu: z lęku przed konsekwencjami na świadomość własnej siły. Nie „oby nas nie wyrzucili”, tylko „jesteśmy potrzebnym partnerem
i wiemy, czego chcemy”. Dopiero z takiej pozycji zaczyna się prawdziwa polityka.

Można mieć wrażenie, że to wszystko jest podszyte ciągłym lękiem…

– To nie jest tylko wrażenie, to mechanizm, który przez lata realnie wpływał na sposób prowadzenia polityki
w Europie Środkowo-Wschodniej. Strach przed konfliktem, przed izolacją, przed etykietą „problematycznego partnera” często prowadził do tego, że zamiast stawiać warunki, wchodziliśmy w rozmowy z pozycji petenta. A w polityce, zwłaszcza tej europejskiej, taka postawa bardzo szybko jest wyczuwana i – co tu dużo mówić – wykorzystywana. Polska na tle regionu bywała wyjątkiem, szczególnie
w momentach, gdy potrafiła mówić twarde „nie” i jasno artykułować swoje interesy. W wielu negocjacjach było widać próbę przełamania tej mentalności, wyjścia z roli ucznia, który ma się dostosować, i wejścia w rolę partnera, który ma coś do powiedzenia. Tyle że jeden czy drugi bardziej zdecydowany okres nie zmienia faktu, że pewne nawyki myślenia są głęboko zakorzenione i nie znikają
z dnia na dzień. Tu nie chodzi tylko o bieżące decyzje polityczne, ale o coś znacznie bardziej trwałego –
o sposób, w jaki państwo postrzega samo siebie. Jeśli gdzieś z tyłu głowy wciąż mamy przekonanie, że „inni są silniejsi, więc lepiej nie ryzykować”, to nawet przy dobrych kartach na stole gra się zachowawczo. A zachowawczość
w negocjacjach rzadko przynosi realne korzyści. Z drugiej strony warto zachować proporcje. Ostrożność nie zawsze oznacza słabość, czasem jest elementem strategii. Problem zaczyna się wtedy, gdy staje się odruchem, a nie świadomym wyborem. Gdy zamiast kalkulacji pojawia się automatyczne ustępowanie. I to jest moment, w którym państwo zaczyna tracić, często nawet tego nie zauważając. Dlatego kluczowe jest przejście z logiki reaktywnej do logiki sprawczej. Nie „jak uniknąć problemów”, tylko „jak osiągnąć cel”. To wymaga czasu, doświadczenia, a czasem także politycznej odwagi, która nie zawsze jest popularna, ale bywa konieczna. Bo w tej grze nikt nie rozdaje punktów za grzeczność – liczy się to, kto potrafi wyciągnąć dla siebie jak najwięcej.

Na systemie EU – ETS zarabiają ogromne pieniądze fundusze inwestycyjne i instytucje finansowe. Komisja Europejska nie pozwoli, by cokolwiek im zaszkodziło?

– Tak, niestety to prawda – pieniądz zawsze lgnie do siebie, a tam, gdzie kręcą się setki miliardów euro, nikt nie będzie ryzykował, że coś zachwieje ustalonym porządkiem. Mamy do czynienia z instytucjami finansowymi, które zarządzają gigantycznymi środkami, inwestorami, którzy obracają nimi w ogromnej skali, i całą machiną nadzorczą, która – nie ukrywajmy – funkcjonuje w zgodzie z własnym interesem. To nie jest teoria spiskowa, tylko zwykła, twarda ekonomia: tam gdzie są pieniądze, tworzą się naturalne układy i porozumienia, które chronią status quo. Trudno oczekiwać, żeby Komisja Europejska ryzykowała destabilizację systemu, który generuje tak olbrzymie zyski i który daje wpływ określonym grupom i instytucjom.
To gra o gigantyczne pieniądze, a w takim świecie zasada jest jedna: kto pilnuje swojego interesu, nie pozwoli, by ktokolwiek go nadmiernie naruszył. To właśnie dlatego
nie możemy liczyć na łaskę ani altruizm – tu działa czysta logika ekonomiczna i polityczna, gdzie każda decyzja musi uwzględniać siłę finansowych ośrodków, które mają realny wpływ na kształt całego rynku.

Wysokie ceny energii sprawiają, że polskie rodziny i przedsiębiorstwa znajdują się
w coraz gorszej sytuacji. Kiedy Polacy
nie będą w stanie płacić rachunków?

– To pytanie, które wymaga powagi, bo sytuacja jest naprawdę trudna. Wyższe koszty energii to nie tylko wydatek na prąd czy gaz – to efekt domina, który odbija się na całej gospodarce. Rosną ceny produkcji, transportu, żywności, usług – wszystko staje się droższe. Dla przeciętnej polskiej rodziny to odczuwalny cios, bo wciąż nie jesteśmy narodem tak dobrze zarabiającym, żeby takie obciążenia były obojętne. Owszem, niektórzy wzbogacili się w ostatnich latach, ale generalnie większość społeczeństwa nie jest jeszcze w stanie bezboleśnie udźwignąć tych kosztów. Patrząc realistycznie, coraz więcej ludzi będzie miało problem z opłaceniem rachunków. Pojawią się zadłużanie, narastający stres, a w skrajnym scenariuszu – zagrożenie utraty własności. Dom, mieszkanie, nieruchomość – to elementy niezależności i wolności.
Jeśli obciążenia będą rosły w takim tempie, że przeciętny człowiek nie będzie w stanie ich udźwignąć, to w perspektywie kilku lat możemy stanąć wobec sytuacji,
w której własność będzie zagrożona. To nie jest kwestia pojedynczych miesięcy, lecz tendencji długofalowej, nad którą trzeba mieć pełną kontrolę. Dlatego trzeba głośno mówić i działać. Nie może być tak, że ceny są ustalane
z pełną dowolnością, bez uwzględnienia możliwości społeczeństwa. Jeśli ktoś celowo dąży do tego, by
w przyszłości odebrać ludziom ich majątek, to jest to cel, któremu trzeba się przeciwstawić stanowczo
i strategicznie. Polacy nie mogą być zakładnikami polityki energetycznej i finansowej, która zamiast chronić, ogranicza ich wolność i bezpieczeństwo ekonomiczne.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk, „Nasz Dziennik”

NaszDziennik.pl