logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Ekshumacje uwierają

Poniedziałek, 27 maja 2013 (02:06)

Z dr. Witoldem Mieszkowskim, synem komandora Stanisława Mieszkowskiego, dowódcy floty, zamordowanego w więzieniu mokotowskim, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Przychodzi Pan na Łączkę co drugi dzień, z pewnością widok odkrytych jam grobowych, gdzie mogą spoczywać szczątki Pana ojca, to przeżycie traumatyczne.

– Z powązkowską Łączką jestem bliżej obeznany od 24 lat, od chwili odnalezienia tzw. protokołu Kosztirki. Mówię więc o czasie, kiedy staraliśmy się o te ekshumacje już po raz drugi, bo po raz pierwszy zabiegaliśmy o nie w 1956 roku. Wtedy zwróciliśmy się o ukaranie zbrodni sądowych, a także chcieliśmy się upewnić, że wyrok na trzech komandorach został rzeczywiście wykonany. Po radiowych enuncjacjach Józefa Światły raczej podejrzewaliśmy z matką, że Sowieci wywieźli ich z Polski, by wykorzystać ich fachową wiedzę. Wystąpiliśmy więc wówczas o ekshumację, lecz oczywiście nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi. Podobnie potraktowano nasze żądania postawienia przed sądem oprawców, którzy w 1956 r. zajmowali jeszcze swoje stanowiska w służbach śledczych, w sądownictwie i prokuraturze. Później nasze żądania jeszcze ponawialiśmy, ale zawsze spotykały się one z odmową. Niestety w III Rzeczypospolitej było dokładnie tak samo, nic tu się nie zmieniło.

Jak Pan sądzi, dlaczego?

– W 1990 r., w czasie gdy komitet społeczny wmurowywał akt erekcyjny pod budowę pomnika na Łączce, prowadziłem sprawę ekshumacji w Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Została ona umorzona, od czego oczywiście się odwołałem. Prokuratura apelacyjna stwierdziła, że nie podejmie tych prac, bo to nie jest jakoby sprawa publiczna, tylko… moja prywatna. Spowodowałem również ściganie Stanisława Zarakowskiego, naczelnego prokuratora wojskowego, odpowiedzialnego za wydawanie wyroków śmierci na oficerów. Wciąż odpowiadano jednak, że nie może się on zapoznać z wynikami śledztwa, gdyż jest niedysponowany. Wówczas z mec. Piotrem Łukaszem Andrzejewskim wystąpiliśmy o aresztowanie i osadzenie go w szpitalu więziennym, by tam zapoznał się z aktem oskarżenia. Wybronił go jednak obrońca komunistów, adwokat Witold Rozwenc, podpierając się lewymi zaświadczeniami lekarskimi z łódzkiej WAM. W ten sposób Zarakowski nawet nie zapoznał się z zarzutami, które postawiła mu Naczelna Prokuratura Wojskowa w osobie prokuratora mjr. Włodarczyka. Pół roku po jego zejściu z tego świata Włodarczyk zamknął sprawę w szafie pancernej.

To ten sam Zarakowski, który pytał Pana po śmierci ojca, czy wierzy Pan w sprawiedliwość socjalistyczną?

– Dokładnie ten sam. Starałem się także, by przeprowadzono ekstradycję innego oprawcy, Antona Skulbaszewskiego. Niestety nie było żadnej odpowiedzi. Przez lata tłumaczono, że nie ma odpowiedniego prawa. Co to za prawo i Konstytucja, które nie potrafią osądzić ewidentnych morderców? Potem przez 4 czy 5 lat III Rzeczypospolitej udowadniano mi – powołując się na jakieś bzdurne przepisy – że niewinność i brak dowodów winy to rzekomo to samo. Wytoczyłem nawet proces prokuraturze wojskowej, który wówczas przegrałem. To jakiś nonsens.

Ale wreszcie po wielu latach przynajmniej doszło do ekshumacji.

– Myśli pan, że bez naszych wysiłków można by było je przeprowadzić? Tu nie ma się co radować czy nie radować, to trzeba doprowadzić do końca, a że to jest 65 lat za późno, to jest inna sprawa.

Co Pan czuje, gdy stoi nad tymi dołami?

– Mam świadomość, że w każdym dole, który się tu otwiera, może leżeć ojciec. Są pewne wskazania, że w jamie grobowej, którą otwarto kilka dni temu, mogą spoczywać osoby zamordowane w 1952 roku. Oczywiście prof. Krzysztof Szwagrzyk nie powie tego na głos, póki nie zostanie to dokładnie zbadane. W momencie, gdy modlono się na Łączce za dusze tych 117 osób odgrzebanych w sierpniu zeszłego roku, powiedziałem do modlących się, że kto wie, czy na tym miejscu, na którym stoję – a stałem właśnie na rozebranej ostatnio alejce asfaltowej, pod którą odkrywane są kolejne pochówki – nie ma zwłok mojego ojca i komandora Przybyszewskiego. Ostatnie odkrywki są właśnie gdzieś w tym rejonie. Czy to przeczucie? Ja po prostu znam zdjęcia lotnicze z 1951, 1953, 1955 r., na których widać, gdzie rozkopywano ziemię w poszczególnych okresach. Oczywiście nie dysponowaliśmy tymi zdjęciami w 1990 r., bo przecież zawsze ten cmentarz trzymali UB-owcy i ich zastraszeni poplecznicy. Jeżeli cokolwiek teraz można tutaj zrobić, to tylko dlatego, że oni już wymierają. Wcześniej powinni jednak odpowiadać za te nocne barbarzyńskie grzebania, tak samo jak powinni być wreszcie osądzeni ci, którzy zamordowali księdza Stefana Niedzielaka.

Gdyby żył, mógłby powiedzieć coś na temat odkrywanych dziś pochówków?

– On na pewno więcej wiedział, niż my dzisiaj wiemy czy usiłujemy dojść na podstawie zdjęć lotniczych. Nam przyszła dziś z pomocą nie tzw. wola polityczna, tylko nauka, georadar, badania genetyczne i garstka dobrych i sprawnych ludzi. I to jest jedyna pozytywna rzecz w tym całym 65-leciu, że jeżeli te wykopki z jakichś powodów mogłyby się wcześniej zacząć, to moglibyśmy wówczas nie dojść całej prawdy. Jeżeli więc mam mieć dzisiaj satysfakcję z wbicia na tym terenie łopaty, to tylko dlatego, że światli ludzie wymyślili identyfikację według kodu genetycznego. Nic za to nie zawdzięczam w tym kraju władzy politycznej.

Jak reagowali politycy w czasie, gdy zabiegał Pan o te wykopaliska, nie spotkał się Pan z przychylnością?

– Z przychylnością? Pierwszą osobą, która dała mi nadzieję na cokolwiek, był prof. Krzysztof Szwagrzyk. Przedtem było tylko „sypanie piaskiem w szprychy”, brak przesłuchania Turczyńskiego i Frenkla, później odmowy prokuratury, pokrętne przebąkiwania stołecznego IPN, że może tu, a może tam etc. Ktoś tu wciąż walczył o swoją skórę, bo zbrodniarz zawsze będzie utajniał i zamazywał swą zbrodnię, nawet w drugim pokoleniu. Wracając do zdjęć lotniczych, na tych z 1953 r. wyraźnie widać, gdzie jest rozgrzebana ziemia i świeże wówczas pochówki. Porównanie tych zdjęć daje dzisiaj pewien obraz i panowie Szwagrzyk z Ossowskim i ze swoim wspaniałym zespołem z Wrocławia i ze Szczecina nie muszą kopać zupełnie na oślep. Niemniej karygodną sprawą jest, że warszawska dyrekcja czy zarząd cmentarza nic nie wiedzą o dokumentacji projektowej, choćby z momentu przyłączenia komunalnej Łączki do cmentarza Wojskowego. Nawet nie wiedzą o tym, że pod asfaltową alejką leży… rura wodociągowa (!). Jeżeli profesor Szwagrzyk wpuszcza tu koparkę do odkrywek, to powinien dostać odpowiednią dokumentację cmentarza, a tej… jakoś dziwnie… nie ma.

Jest duże prawdopodobieństwo, że z odkrytych ostatnio jam wydobyto szczątki oficerów Marynarki Wojennej zamordowanych po tajnym procesie siedmiu komandorów.

– Oczywiście. Ojciec pewnie leży z komandorem por. Zbigniewem Przybyszewskim, a stosunkowo niedaleko może leżeć komandor Jerzy Staniewicz, bo innego dnia został stracony niż oni dwaj. W sąsiedztwie z pewnością leżą inni zabici w tym czasie. Wystarczy wziąć do ręki listę straconych z datami. Przypadkowość tych pochówków może być jednak dzisiaj przeanalizowana i z tego wyciągnięte wnioski. I to właśnie robi ta ekipa, która ciągle nie ma odpowiedniego wsparcia. Ona jest ciągle sama. Dzisiaj ma być tutaj minister sprawiedliwości wraz z szefem IPN. Oby nie skończyło się to jedynie na pustych gestach.

Twierdzi Pan, że te ekshumacje nadal uwierają, niewiele mówi się o nich w mediach. Dlaczego?

– A dziwi się pan temu? Zawsze były niewygodne. Wiadomo jest, że komunizm nie kończy się na jednym pokoleniu. Monstrualne dziedzictwo – tak o komunizmie mówił Vaclav Havel. Ono trwa nadal i to nie tylko personalnie, choć wiadomo, że wielu dzisiejszych polityków miało tatusiów w UB, w Informacji Wojskowej, w sądownictwie i w innych zbrodniczych agendach totalitarnego kondominium.

Jest Pan pewny, że odnajdzie tutaj ojca?

– Mam taką nadzieję i wierzę, że stanie się to już niedługo, że nie trzeba będzie czekać na III etap tych prac. Nie mam jednak stuprocentowej pewności, że zostanie on odnaleziony pod asfaltową alejką. Wiemy, że kaci „położyli się” na ofiarach, i na części dawnego pola więziennego stoją dziś nagrobki niektórych komunistycznych oprawców. Po ostatnich wykopkach wygląda na to, że nie tylko pod osłoną stanu wojennego, ale także konsekwentnie w późniejszych latach chowano ich na tym obszarze, który w protokole Kosztirki wskazał Władysław Turczyński, grabarz zatrudniony w więzieniu przy ul. Rakowieckiej. Oczywiście nie Turczyński kopał te doły, on przywoził i zrzucał zwłoki. Co najwyżej, jeżeli przywiózł ich więcej, a te nie mieściły się w dole, to ubijał je buciorami. Parę dni temu znaleziono tu jamę, w której znajdowało się kilka czaszek w nieładzie, noga zgięta w kolanie, piszczel złamany, co świadczy o tym, że ciała ugniatano, by zmieściły się w za wąskim grobie. To jest właśnie to monstrualne dziedzictwo. Uczucia wyższe były tym ludziom obce. Wielu dziwi się, dlaczego przychodzę tu ze swoją wnuczką i pokazuję jej rozkopane groby. Mówią o niej „biedne dziecko”. A co, ma z niej wyrosnąć ślepy, lewacki leming? Gdy będzie już pełnoletnia, ma nie wiedzieć, co to jest komunizm? Przecież ta straszna idea się nie skończyła, jesteśmy tylko mamieni tym, że tak jest. Nie tylko ludzie zostali, ale i przyzwyczajenia albo ucieczka programowa – mówienie, że „historia nas nie interesuje”. Współczesny hedonizm, kurza ślepota i wszystkie tak dotkliwe dla naszej cywilizacji i kultury kolorowe ruchy lewackie tylko temu sprzyjają.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler

Nasz Dziennik