logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Stawką jest bezpieczeństwo

Niedziela, 17 maja 2026 (18:05)

Z Alfredem Bujarą, przewodniczącym Krajowego Sekretariatu Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ „Solidarność”, rozmawia Rafał Stefaniuk.

Już za moment „Solidarność” będzie protestować w Warszawie podczas manifestacji 20 maja przeciwko Zielonemu Ładowi. Czy sądzi pan, że w tym wydarzeniu każdy powinien wziąć udział?

- Tak, bo to nie jest już wyłącznie protest związkowców czy kolejna uliczna manifestacja, która przez dwa dni żyje w mediach, a później wszyscy o niej zapominają. Tu stawką jest coś znacznie większego. Mówimy o przyszłości miejsc pracy, kosztach życia, bezpieczeństwie energetycznym i o tym, czy Polska będzie jeszcze krajem zdolnym do samodzielnego rozwoju gospodarczego, czy stanie się jedynie zapleczem taniej siły roboczej i rynkiem zbytu dla silniejszych państw Europy Zachodniej. Ludzie zaczynają to coraz mocniej odczuwać na własnej skórze. Prąd drożeje, gaz drożeje, koszty produkcji rosną praktycznie w każdej branży, a przedsiębiorcy coraz częściej mówią wprost, że przestają być konkurencyjni. I nie chodzi już wyłącznie o wielki przemysł.

Problem dotyka małych firm, rodzinnych biznesów, transportu, rolnictwa, hutnictwa, sektora chemicznego. To są tysiące miejsc pracy. Zielony Ład w obecnym kształcie przestaje być dla wielu ludzi projektem ekologicznym, a zaczyna być projektem ekonomicznego przetrwania. Najbardziej niepokojące jest jednak to, że Polska zaczyna powoli tracić własne fundamenty gospodarcze. Widać to po spadających inwestycjach, po zamykanych zakładach, po ograniczaniu produkcji energochłonnej. Coraz więcej przedsiębiorców mówi dziś nie o rozwoju, ale o tym, jak przetrwać kolejny rok. A jeśli gospodarka przestaje się rozwijać, to pierwszym sygnałem alarmowym zawsze jest rynek pracy. Już teraz rośnie liczba osób żyjących na kredyt, korzystających z chwilówek, mających problem z bieżącymi rachunkami. I to nie są już pojedyncze przypadki.

To zaczyna być zjawisko społeczne?

– Proszę zauważyć, jak bardzo zmieniły się nastroje. Jeszcze kilka lat temu Polacy myśleli głównie o tym, jak się rozwijać, inwestować, poprawiać standard życia. Dziś coraz więcej ludzi zastanawia się po prostu, czy będzie ich stać na utrzymanie domu, ratę kredytu albo normalne zakupy. Nawet drobni przedsiębiorcy, którzy kiedyś dawali klientom możliwość kupowania „na zeszyt”, sami zaczynają mieć problemy z płynnością finansową. To pokazuje skalę napięcia w gospodarce. I dlatego ten protest ma wymiar dużo szerszy niż tylko polityczny. To jest próba obudzenia społecznego instynktu samozachowawczego. Ludzie zaczynają pytać, czy decyzje podejmowane w Brukseli rzeczywiście uwzględniają realia takich państw jak Polska. Bo łatwo mówić o transformacji energetycznej w kraju, który od dekad budował swoją gospodarkę na taniej energii i silnym przemyśle. Znacznie trudniej przeprowadzić ją w państwie, które wciąż nadrabia zaległości rozwojowe i jednocześnie musi konkurować z największymi gospodarkami Europy.

Coraz częściej pojawia się też poczucie, że Polska zaczyna być wypychana do roli gospodarczej peryferii. I właśnie dlatego padają tak mocne słowa o „kolonizacji ekonomicznej”. Bo wielu ludzi ma dziś wrażenie, że jedni będą zarabiać na zielonej transformacji, a inni zapłacą za nią rachunek. I ten rachunek, według protestujących, coraz częściej trafia właśnie do polskich rodzin, pracowników i przedsiębiorców. Dlatego 20 maja nie będzie wyłącznie demonstracją przeciwko konkretnym przepisom. To będzie manifestacja ludzi, którzy mają poczucie, że coraz trudniej normalnie żyć i coraz trudniej planować przyszłość. A kiedy społeczeństwo zaczyna wychodzić na ulice nie tylko z powodów ideologicznych, ale przede wszystkim ekonomicznych, to każdy rozsądny rząd powinien potraktować taki sygnał bardzo poważnie.

Tracimy suwerenność gospodarczą?

– Tak, bo coraz więcej ludzi właśnie tak zaczyna to odbierać. I proszę zwrócić uwagę, że to nie bierze się z żadnych abstrakcyjnych teorii, tylko z codziennego doświadczenia zwykłych pracowników, przedsiębiorców czy rodzin, które widzą rachunki za energię, ceny gazu, koszty życia i porównują je z tym, co dzieje się za Odrą. Jeśli polska firma płaci więcej za energię niż niemiecka konkurencja, jeśli polski pracownik zarabia dwa razy mniej, a często pracuje ciężej i dłużej, to ludzie zaczynają zadawać sobie bardzo niewygodne pytania: gdzie właściwie jest ten słynny europejski solidaryzm?

Bo przecież od lat słyszymy, że Unia Europejska opiera się na wspólnocie interesów, równych szansach i solidarności państw członkowskich. Tymczasem rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Niemcy mają silny przemysł, ogromne wsparcie państwa, dużo większe możliwości finansowe i jednocześnie forsują rozwiązania, które dla takich krajów jak Polska okazują się dużo bardziej kosztowne. Zielona transformacja w niemieckim wydaniu jest łatwiejsza do przeprowadzenia, bo oni przez dekady budowali przewagi gospodarcze. My nadal gonimy Zachód, a jednocześnie narzuca się nam tempo zmian, które dla wielu sektorów może być po prostu zabójcze. Proszę spojrzeć na kwestie energetyczne. Polacy płacą dziś gigantyczne rachunki za prąd i gaz, a przecież nasze zarobki nadal są dużo niższe niż na Zachodzie. Minimalne wynagrodzenie w Niemczech i w Polsce to wciąż dwa różne światy, mimo że ceny w sklepach coraz częściej są już bardzo podobne. I właśnie dlatego frustracja społeczna rośnie. Ludzie mają poczucie, że pracują w tej samej Europie, ale obowiązują ich zupełnie inne standardy życia.

Widać to nawet w międzynarodowych sieciach handlowych. Pracownik w Polsce często wykonuje tę samą pracę – ale za dwie osoby – co jego odpowiednik w Niemczech, nierzadko w bardziej intensywnym tempie, a zarabia wyraźnie mniej. I wtedy pojawia się pytanie: gdzie jest równość rynku europejskiego? Gdzie jest ten wspólny interes, skoro koszty transformacji ponoszą głównie słabsze gospodarki? Do tego dochodzi jeszcze kwestia bezpieczeństwa i polityki międzynarodowej. Jeżeli odrzuca się pewne strategiczne kierunki współpracy, na przykład bliższe relacje wojskowe ze Stanami Zjednoczonymi, tłumacząc to „solidaryzmem europejskim”, to część społeczeństwa zaczyna odbierać to jako podporządkowywanie polskich interesów interesom największych państw Unii. A Polska, ze względu na swoje położenie geopolityczne, nie może sobie pozwolić ani na gospodarcze osłabienie, ani na iluzję bezpieczeństwa.

I właśnie dlatego padają dziś tak mocne słowa?

– Bo ludzie zaczynają mieć poczucie, że polska gospodarka jest stopniowo wygaszana. Że coraz trudniej rozwijać przemysł, coraz trudniej utrzymać konkurencyjność, a decyzje strategiczne zapadają poza Polską. Widać to po przetargach wygrywanych przez zagraniczne firmy, po rosnącej dominacji obcego kapitału i po tym, że wiele kluczowych sektorów gospodarki już dawno przestało być kontrolowanych przez państwo polskie. Oczywiście ktoś powie, że słowo „kolonia” jest przesadą. Problem polega na tym, że coraz więcej obywateli właśnie tak interpretuje kierunek zmian. Bo jeżeli państwo ma coraz mniejszy wpływ na handel, energetykę, sektor bankowy czy strategiczne decyzje gospodarcze, a jednocześnie obywatele ponoszą coraz większe koszty transformacji, to trudno się dziwić, że pojawia się bunt i poczucie niesprawiedliwości. I myślę, że właśnie dlatego protesty przeciwko Zielonemu Ładowi przestają być wyłącznie protestami branżowymi. One stają się symbolem szerszego sprzeciwu wobec modelu Europy, w którym jedni mają budować przewagę gospodarczą, a inni mają głównie ponosić koszty tej polityki.

Referendum zapowiedziane przez pana prezydenta jest dziś koniecznością?

- Tak, i to nie tylko z powodów politycznych, ale przede wszystkim społecznych i gospodarczych. Polacy muszą wreszcie dostać szansę, żeby zrozumieć skalę zagrożeń, które już pukają do naszych drzwi. Bo dziś wiele decyzji podejmowanych jest ponad głowami obywateli, a skutki tych decyzji odczują później zwykli ludzie: pracownicy, rolnicy, przedsiębiorcy i konsumenci. Referendum może być momentem przebudzenia. Może sprawić, że społeczeństwo zacznie się interesować tym, co naprawdę dzieje się z polską gospodarką i kto na tych zmianach zyskuje. Weźmy choćby umowę Mercosur. Dla wielu brzmi abstrakcyjnie, technicznie, jak kolejny unijny dokument. Tymczasem dla małych producentów żywności, przetwórców czy rodzinnych gospodarstw to może być wyrok ekonomiczny.

Już dziś mnóstwo niewielkich firm ledwo utrzymuje się na powierzchni, bo nie są w stanie konkurować z ogromnymi koncernami i tanim importem z Ameryki Południowej. A będzie jeszcze trudniej. Na rynek trafią tańsze produkty, często wytwarzane według standardów, których europejskim producentom po prostu się zabrania. I oczywiście część tego towaru zostanie przepakowana, przerobiona, „europeizowana” etykietą. Konsument nawet nie będzie wiedział, co naprawdę kupuje. Najbardziej niepokojące jest jednak to, że dostęp do tego rynku będą miały głównie wielkie międzynarodowe korporacje. Polski producent zostanie zepchnięty do narożnika. Drobne zakłady przetwórcze już dziś upadają, handel znajduje się w fatalnym stanie, a ceny dumpingowe są wykorzystywane po to, by wykończyć konkurencję. To stary mechanizm: najpierw sprzedaje się towar niemal za bezcen, niszczy lokalny rynek, a kiedy konkurencja znika, ceny wystrzeliwują.

Dziś ktoś cieszy się z masła za symboliczną złotówkę, ale jutro może płacić dziesięć razy więcej, bo alternatywy zwyczajnie już nie będzie. I właśnie dlatego referendum jest potrzebne. Nie jako polityczny spektakl, ale jako narzędzie budowania świadomości. Bo problemem Polski nie jest wyłącznie inflacja, koszty energii czy kryzys w rolnictwie. Problemem staje się także obojętność. Ludzie coraz rzadziej interesują się tym, kto przejmuje handel, kto kontroluje produkcję żywności i dlaczego rodzime firmy przegrywają z zagranicznymi gigantami. A kiedy społeczeństwo przestaje patrzeć władzy na ręce, wtedy najłatwiej podejmuje się decyzje, które mają ogromne konsekwencje na dekady.

Jest takie zobojętnienie?

- Tak, i to jest chyba dziś jedno z największych zagrożeń. Szczególnie widać to wśród młodych ludzi. Proszę zwrócić uwagę, że pokolenie dwudziesto- czy dwudziestoparolatków urodziło się już w Polsce względnego dobrobytu. Oni nie pamiętają pustych półek, masowego bezrobocia czy dramatycznej walki o podstawowe bezpieczeństwo ekonomiczne. Dla nich świat, który znają, wydaje się czymś oczywistym i trwałym. W efekcie wielu młodych ludzi żyje w przekonaniu, że skoro przez ostatnie lata było w miarę stabilnie, to tak będzie zawsze. Tymczasem gospodarka nie działa na zasadzie automatu, który raz uruchomiony będzie produkował dobrobyt bez końca. Dzisiaj coraz wyraźniej widać symptomy bardzo niebezpiecznego procesu. Wygaszanie przemysłu, rosnące koszty energii, presja regulacyjna, coraz słabsza konkurencyjność polskich firm, a do tego napływ tanich produktów z zagranicy. To wszystko powoduje, że wiele przedsiębiorstw zaczyna balansować na granicy opłacalności. 

Społeczeństwo zaczyna się przyzwyczajać do pogarszających się warunków życia?

– Ludzie widzą drożejącą żywność, rachunki, kredyty, ale wielu nadal traktuje to jak chwilowe turbulencje. Tymczasem ceny żywności naprawdę wystrzeliły. Wystarczy spojrzeć na sklepy. Produkty, które jeszcze niedawno kosztowały osiem złotych, dziś kosztują dziesięć albo dwanaście. Żywność przetworzona drożeje praktycznie z miesiąca na miesiąc. I to nie są kosmetyczne podwyżki, tylko realny cios w domowe budżety. Do tego dochodzi rosnące rozwarstwienie społeczne. Coraz wyraźniej zmierzamy w kierunku modelu, w którym będzie niewielka grupa bardzo zamożnych ludzi i ogromna grupa tych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Klasa średnia, która zawsze była fundamentem stabilnego państwa, zaczyna się kurczyć. A kiedy znika klasa średnia, zaczynają się poważne problemy społeczne i polityczne. To widać w wielu krajach Ameryki Łacińskiej i niepokojąco podobne mechanizmy zaczynają pojawiać się również u nas.

Najgorsze jest jednak to, że wielu ludzi wciąż nie dostrzega związku między decyzjami gospodarczymi a własnym codziennym życiem. Gdy upada przemysł, rośnie bezrobocie. Gdy rośnie bezrobocie, spadają pensje i bezpieczeństwo pracowników. Gdy słabnie produkcja krajowa, rośnie zależność od zagranicznych koncernów. To nie są abstrakcyjne wykresy dla ekonomistów, tylko rzeczy, które za chwilę każdy odczuje przy kasie w sklepie, przy racie kredytu albo podczas szukania pracy. I właśnie dlatego to zobojętnienie jest dziś tak groźne. Bo społeczeństwo, które przestaje interesować się gospodarką i kierunkiem, w którym zmierza państwo, bardzo łatwo budzi się dopiero wtedy, gdy kryzys już stoi pod drzwiami.

Nie obawia się pan, że koalicja po prostu odrzuci inicjatywę prezydenta w Senacie?

- Taki scenariusz niestety trzeba brać pod uwagę. I to nie jest tylko kwestia politycznej kalkulacji, ale też atmosfery, jaka dziś panuje wokół prezydenta. Widać wyraźnie, że jest on poza obozem rządzącym i często traktowany raczej jako przeciwwaga niż partner do rozmowy. W takiej sytuacji łatwo o decyzje bardziej polityczne niż merytoryczne, a odrzucenie wniosku czy inicjatywy staje się narzędziem sporu, a nie efektem realnej oceny. Ale mimo wszystko próbować trzeba, bo każda taka inicjatywa uruchamia debatę i zmusza do zajęcia stanowiska. Nawet jeśli część środowisk politycznych będzie chciała to zignorować, to presja społeczna i publiczna dyskusja mogą zmienić dynamikę.

Tu ogromną rolę odgrywa również przestrzeń medialna, która – mówiąc wprost – nie zawsze pokazuje pełen obraz sytuacji. Widać wyraźne podziały w przekazie, a część przekazów medialnych skupia się bardziej na bieżącej walce politycznej niż na analizie skutków decyzji gospodarczych. Najbardziej niepokojący jest jednak poziom zadłużenia państwa i tempo jego narastania. Mówimy o kwotach, które w skali jednego dnia sięgają ogromnych wartości, liczonych w setkach milionów, a w szerszej perspektywie prowadzą do sytuacji, w której dług publiczny zbliża się do poziomów znanych z krajów pogrążonych w poważnych kryzysach fiskalnych.

W tym kontekście szczególnie istotne jest to, że ciężar tych decyzji spadnie na młodsze pokolenie. Dzisiejsi dwudziesto- i trzydziestolatkowie mogą jeszcze nie odczuwać pełnej skali problemu, ale to oni będą ponosić konsekwencje rosnącego długu, zarówno poprzez podatki, jak i ograniczenia w wydatkach publicznych w przyszłości. I to jest chyba najbardziej niedopowiedziany element całej debaty. Do tego dochodzi narracja polityczna, która sprowadza wszystkie problemy do jednej strony sporu sprzed lat. Za wszystko obarcza się dzisiaj rząd Prawa i Sprawiedliwości. A to jest nieprawda. Wtedy sytuacja była dużo lepsza. Oczywiście, każda władza popełnia błędy i powinna być z nich rozliczana, ale sprowadzanie obecnych wyzwań wyłącznie do przeszłości jest po prostu uproszczeniem, które nie oddaje rzeczywistości. Instytucje międzynarodowe, rynki finansowe i agencje ratingowe reagują na bieżącą politykę gospodarczą i jest coraz gorzej.  Dlatego dziś potrzebna jest chłodna analiza, a nie polityczna opowieść. Bo skala wyzwań – od zadłużenia, przez konkurencyjność gospodarki, po bezpieczeństwo ekonomiczne państwa – wymaga poważnej rozmowy, a nie przerzucania się odpowiedzialnością.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk

NaszDziennik.pl