Trwa spór o przyszłość Trybunału Konstytucyjnego przy tym jest wywierana presja na prezydenta Karola Nawrockiego, aby odebrał ślubowanie od kandydatów wskazanych przez Sejm na członków TK. Prezydent jest zobligowany do odebrania od nich przysięgi?
- Nie, takiego obowiązku nie ma i to wynika z orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego. W zeszłym tygodniu TK potwierdził, że prezydent nie ma bezwzględnego obowiązku odebrania ślubowania od osób wybranych na sędziów. Trudno tu mówić o zaskoczeniu. To raczej kontynuacja pewnej linii orzeczniczej niż nagły zwrot. Trybunał już wcześniej wskazywał, że prezydent jako strażnik Konstytucji nie jest jedynie wykonawcą automatycznych procedur, ale podmiotem, który ma własną przestrzeń oceny i działania w ramach porządku konstytucyjnego. Warto przypomnieć choćby orzeczenia sprzed lat, w tym z 20 maja 2009 roku, kiedy Trybunał – pod przewodnictwem Bohdana Zdziennickiego – akcentował rolę prezydenta jako organu wyposażonego w samodzielność funkcjonalną. To nie była uwaga przypadkowa. Wprost wskazywano wtedy, że prezydent Rzeczypospolitej działa na podstawie artykułu 126 Konstytucji jako jej strażnik, a więc nie jest sprowadzony do roli wykonawcy cudzych decyzji.
Kluczowe było także podkreślenie, że prezydent nie podlega bieżącej kontroli parlamentarnej i nie ponosi odpowiedzialności politycznej przed Sejmem, tylko przed narodem - i to wyłącznie w rytmie wyborczym. To oznacza, że jego odpowiedzialność ma charakter bezpośredni, ale rozciągnięty w czasie, a nie proceduralny. Dzisiejsze rozstrzygnięcie wpisuje się w ten sposób myślenia. Trybunał potwierdził, że nie można konstruować obowiązku o charakterze absolutnym, który całkowicie odbierałby prezydentowi możliwość oceny sytuacji, zwłaszcza wtedy, gdy pojawiają się wątpliwości co do zgodności procedur wyboru z Konstytucją. Innymi słowy, nie chodzi o dowolność, tylko o mechanizm kontroli konstytucyjnej osadzony w realnej odpowiedzialności głowy państwa. I właśnie w tym sensie to orzeczenie nie tyle otwiera nowy rozdział, co porządkuje wcześniejsze spory. Potwierdza, że prezydent nie jest biernym elementem systemu, ale uczestnikiem odpowiedzialnym za jego konstytucyjną spójność.
Prezydent ma oceniać „ad hoc”, czy przy wyborze sędziów Trybunału Konstytucyjnego nie doszło do złamania prawa i Konstytucji?
- Tak, i to jest sedno sprawy - prezydent nie tylko może, ale wręcz powinien dokonać takiej oceny. Oczywiście nie w sensie arbitralnej decyzji „z dnia na dzień”, tylko w oparciu o przesłanki konstytucyjne i analizę tego, czy procedura została przeprowadzona zgodnie z prawem. Jeżeli spojrzeć na sam proces wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego, to - w mojej ocenie - doszło do istotnych naruszeń. I nie chodzi tu o publicystyczne emocje, tylko o konkretne przepisy. Regulamin Sejmu jasno wskazuje, że kandydatury sędziów powinny być zgłaszane z odpowiednim wyprzedzeniem, co do zasady 30 dni przed upływem kadencji poprzednika. To nie jest detal proceduralny, tylko mechanizm gwarantujący przejrzystość i ciągłość instytucji. Drugą kwestią, jeszcze poważniejszą, jest zakaz kumulowania wakatów i ich „strategicznego” odkładania w czasie. Zarówno Konstytucja, jak i regulamin Sejmu zakładają, że obsadzanie stanowisk w Trybunale ma charakter ciągły, rozproszony, a nie skumulowany w jednym politycznym momencie. Tymczasem w praktyce zastosowano rozwiązanie odwrotne – wstrzymywano obsadę stanowisk, by następnie dokonać ich jednoczesnego uzupełnienia. Efekt był prosty do przewidzenia: uzyskanie wpływu na skład Trybunału na długie lata, w jednym ruchu, bez zachowania naturalnej rotacji.
To również rodzi poważne wątpliwości konstytucyjne?
- Tak, bo nie mówimy o drobnym uchybieniu, tylko o zmianie logiki funkcjonowania instytucji, która z definicji ma być niezależna od bieżącej gry politycznej. W tym sensie ocena prezydenta nie jest dowolna, tylko wynika z jego konstytucyjnej roli strażnika porządku ustrojowego. Jeśli pojawiają się przesłanki wskazujące na naruszenie zasad wyboru, nie można udawać, że problem nie istnieje. Co do samego orzecznictwa Trybunału - warto podkreślić, że to nie jest jakaś nagła zmiana kierunku, tylko kontynuacja wcześniejszej linii interpretacyjnej. Spory o Trybunał nie zaczęły się wczoraj, one narastały latami. I jeszcze jedna rzecz, często pomijana w tej dyskusji: konsekwencja w poglądach. Bo zdarza się, że osoby, które w przeszłości formułowały bardzo jednoznaczne tezy o roli i niezależności Trybunału, dziś przyjmują zupełnie inne stanowiska. To rodzi pytania o spójność argumentacji, niezależnie od tego, po której stronie sporu ktoś stoi.
Panie ministrze, jak w ogóle rozwiązać obecną sytuację w Trybunale Konstytucyjnym? Są wakaty, a przecież nie powinno się kumulować wyborów przyszłych sędziów TK…
- Trzeba zacząć od rzeczy podstawowej: prawo musi zostać dostosowane do realnego stanu konstytucyjnego, a nie odwrotnie. Dziś mamy sytuację, w której system znalazł się w pewnym impasie - częściowo wynikającym z wcześniejszych zaniechań, częściowo z przyjętej praktyki politycznej. I to właśnie teraz wymaga uporządkowania. Trybunał w swoim orzecznictwie zostawił w tym zakresie pewną przestrzeń działania ustawodawcy. I to jest kluczowe - piłka nie jest po stronie interpretacji publicystycznych, tylko po stronie Sejmu i większości rządzącej. Jeżeli rzeczywiście chcą działać zgodnie z zasadą legalizmu, muszą stworzyć takie ramy prawne, które pozwolą wyjść z obecnej sytuacji w sposób zgodny z Konstytucją. W praktyce oznacza to jedno: potrzebna jest jasna ustawa, która ureguluje sposób obsadzania wakatów w warunkach, jakie dziś mamy - czyli po okresie, w którym nie dochodziło do ich systematycznego uzupełniania. Może to być rozwiązanie epizodyczne, ale musi być precyzyjne i zgodne z Konstytucją.
Bez tego każdy kolejny ruch będzie kwestionowany i będzie rodził kolejne spory. I tu pojawia się zasadnicze pytanie o wolę polityczną. Bo narzędzia są - większość parlamentarna istnieje, możliwości legislacyjne są, a w systemie demokratycznym to właśnie Sejm odpowiada za stworzenie prawa. Prezydent nie blokował jednoznacznie możliwości zaprzysiężenia sędziów, więc przestrzeń do porozumienia istnieje. Problem nie leży więc w braku instrumentów, tylko w braku decyzji i politycznej determinacji. Trzeba też jasno powiedzieć: obecne przepisy nie pozwalają na tzw. hurtowe, jednoczesne obsadzanie wszystkich wakatów po dłuższym okresie ich nieuzupełniania. To nie jest kwestia interpretacji politycznej, tylko wynika to z opinii instytucji europejskich, w tym Komisji Weneckiej, która w 2024 roku zwracała uwagę na ryzyko naruszenia standardów poprzez skumulowane wybory. Dlatego rozwiązanie nie może polegać na powtórzeniu tego samego mechanizmu, który wywołał spór. Musi być oparte na nowej, spójnej regulacji, która uwzględni zarówno zasadę ciągłości funkcjonowania Trybunału, jak i wymogi konstytucyjne dotyczące przejrzystości i rozproszenia kadencji. Bez tego każdy kolejny wybór sędziów będzie wracał jako problem polityczno-prawny, zamiast zamykać sprawę.
Panie ministrze, jak w takim razie oceniać status dwóch osób, od których prezydent odebrał ślubowanie i które zasiadają dziś w Trybunale? Pojawiają się przecież wątpliwości co do trybu ich wyboru. Czy można mówić o „neosędziach”?
- W mojej ocenie kluczowy jest tu jeden fakt: prezydent odebrał od nich ślubowanie i to jest moment, który domyka procedurę na poziomie konstytucyjnym. Dalej możemy już dyskutować o emocjach, ocenach politycznych czy interpretacjach, ale z punktu widzenia działania instytucji państwa ta czynność ma zasadnicze znaczenie. Trzeba też spojrzeć na logikę decyzji, jaka za tym stała. Po pierwsze, w trakcie kadencji prezydenta pojawiły się dwa wakaty w Trybunale, które wymagały obsadzenia. Po drugie, Trybunał jako organ konstytucyjny musi działać w sposób ciągły i sprawny, a to wynika zarówno z art. 194 ust. 1 Konstytucji, jak i z ogólnej zasady sprawności państwa, zakorzenionej w preambule. Po trzecie, pełny skład Trybunału to jedenastu sędziów, a w tamtym momencie brakowało właśnie dwóch.
W tym kontekście prezydent dokonał ważenia racji konstytucyjnych. I to nie jest żadna nowa konstrukcja – o takim mechanizmie mówiono już wcześniej, choćby w orzecznictwie Trybunału z 2015 roku, jeszcze za kadencji sędziego Rzeplińskiego, gdzie podkreślano, że organ państwa może dokonywać kolizji wartości konstytucyjnych i rozstrzygać je w konkretnym stanie faktycznym. Z tej perspektywy prezydent uznał, że priorytetem jest zapewnienie ciągłości funkcjonowania Trybunału, nawet jeśli w tle pojawiają się spory co do wcześniejszych etapów procedury. Wziął pod uwagę argumenty „za” i „przeciw”, a następnie zdecydował się na ich powołanie, odbierając ślubowanie. I to jest moment, który w sensie formalnym zamyka procedurę ich objęcia urzędu. Można oczywiście prowadzić debatę polityczną, można oceniać wcześniejsze etapy procesu wyboru, ale z punktu widzenia obowiązującego porządku konstytucyjnego mamy do czynienia z sędziami Trybunału, którzy zostali w ten sposób wprowadzeni do pełnienia funkcji. Dlatego sprowadzanie całej sprawy wyłącznie do etykiety „neosędziów” upraszcza problem bardziej, niż pozwala na to realna konstrukcja prawna. Tu wchodzimy w obszar sporów interpretacyjnych, a nie jednoznacznych kategorii normatywnych.
Panie ministrze, na koniec – w czerwcu wygasa kadencja jednego z sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Co wtedy? Czy prezydent uzupełni skład Trybunału z pozostałej czwórki kandydatów, czy też ta kwestia została już zamknięta po ostatnich rozstrzygnięciach?
- To rzeczywiście nie jest pytanie z tych prostych, bo dotyka nie tylko bieżącej polityki, ale i samego sposobu funkcjonowania Trybunału. Nie da się na nie odpowiedzieć w formule „tak” albo „nie”, zwłaszcza że ostateczna decyzja należy do prezydenta, a on sam publicznie nie przesądził wszystkich wariantów. Natomiast jeśli oprzeć się na dotychczasowych wypowiedziach ministra Zbigniewa Boguckiego i na logice wcześniejszych decyzji, to pewien kierunek można zarysować. Prezydent nigdy jednoznacznie nie zapowiedział, że nie będzie odbierał ślubowania od kolejnych osób z tej grupy kandydatów. To zostawia przestrzeń do działania - i to dość szeroką. W praktyce oznacza to, że nie można wykluczyć scenariusza, w którym z tej pozostałej czwórki zostanie wskazana kolejna osoba.
Kluczowe będzie tu ponowne ważenie racji konstytucyjnych: z jednej strony mamy zasadę ciągłości działania Trybunału i konieczność jego pełnej obsady, z drugiej - spory dotyczące wcześniejszych etapów procedury wyboru. I to właśnie ten mechanizm ważenia, o którym już wcześniej mówiliśmy, może zostać ponownie zastosowany. Jeżeli uzna się, że nadrzędne znaczenie ma sprawność funkcjonowania Trybunału, to taki ruch nie byłby zaskoczeniem. Oczywiście nie da się też pominąć faktu, że w tle pozostaje oczekiwanie na rozwiązanie ustawowe, które uporządkuje cały system w sposób trwały. Bo bez tego każde kolejne powołanie będzie obciążone sporem interpretacyjnym i politycznym. Na dziś więc mamy raczej sytuację otwartą niż zamkniętą. A ostateczne rozstrzygnięcie będzie zależało od tego, jak prezydent oceni wagę poszczególnych argumentów konstytucyjnych w konkretnym momencie - i czy uzna, że priorytetem jest szybkie domknięcie składu Trybunału, czy jednak czekanie na kompleksowe rozwiązanie ustawowe.
Trybunał Konstytucyjny swoim działaniem dał prezydentowi podstawę, by odebrać ślubowanie od jednego z kandydatów z tej czteroosobowej grupy?
- W pewnym sensie tak, choć klucz tkwi nie w jednym prostym rozstrzygnięciu, tylko w tym, co Trybunał faktycznie zrobił, a czego świadomie nie dopowiedział do końca. Jeżeli spojrzymy na przebieg sprawy, Trybunał umorzył postępowanie w części dotyczącej trzech zarzutów. I to jest moment istotny, bo nie przesądził jednoznacznie ani o legalności, ani o nielegalności wyboru tej grupy sędziów. Z punktu widzenia prawa to nie jest rozstrzygnięcie „tak” albo „nie”, tylko pozostawienie pewnego stanu niepewności prawnej. A skoro nie ma jednoznacznego orzeczenia co do zgodności samej procedury wyboru z Konstytucją, uruchamia się klasyczne domniemanie legalności aktu wyboru. To standard w prawie konstytucyjnym - dopóki nie ma wyroku stwierdzającego nieważność, przyjmuje się, że akt funkcjonuje w obrocie prawnym.
W tym sensie regulamin Sejmu nadal obowiązuje, a wcześniej podnoszone wątpliwości co do trybu wyboru nie zostały przez Trybunał rozstrzygnięte w sposób definitywny. My, jako wnioskodawcy, kwestionowaliśmy ten regulamin jako podstawę całej procedury, idąc – mówiąc wprost - na całość w argumentacji konstytucyjnej. I teraz sedno: skoro Trybunał nie rozstrzygnął tej kwestii, to jednocześnie zostawił przestrzeń decyzyjną prezydentowi. Można to czytać jako świadome pozostawienie marginesu oceny organowi wykonującemu kompetencje konstytucyjne, a nie jako zamknięcie sprawy. Gdyby Trybunał wypowiedział się jednoznacznie co do samej podstawy prawnej wyboru, prezydent w praktyce miałby związane ręce. Wtedy pole manewru byłoby minimalne. Tymczasem mamy sytuację odwrotną – brak jednoznacznego rozstrzygnięcia powoduje, że decyzja wraca na poziom prezydenta, który musi zważyć racje konstytucyjne samodzielnie. W tym sensie można powiedzieć, że ta czwórka, o której mówimy, paradoksalnie nie została „zamknięta” przez orzeczenie Trybunału, tylko raczej pozostawiona w stanie otwartym. A to oznacza, że jeden z tych kandydatów może zostać powołany w ramach najbliższych wakatów, które rzeczywiście pojawią się w Trybunale w tym roku – jeden w czerwcu, kolejny później, we wrześniu. Czy to oznacza „prezent”? Z punktu widzenia czysto polityczno-prawnego można powiedzieć, że Trybunał nie zamknął tej drogi, a wręcz pozostawił ją uchyloną. Natomiast czy strony sporu to w ten sposób odczytają, to już zupełnie inna kwestia – i tu raczej dominują emocje niż chłodna analiza norm prawnych.
Dziękuję za rozmowę.
Rafał Stefaniuk

