logo
logo

Dziś w
„Naszym
Dzienniku”

Zdjęcie: fot. Adobe Stock/ Inne

Widmo bankructwa

Sobota, 20 czerwca 2026 (09:05)

Aktualizacja: Sobota, 20 czerwca 2026 (09:46)

Poważny kryzys dotknął polską hodowlę trzody chlewnej. Ceny oferowane rolnikom nie rekompensują ponoszonych kosztów.

To, co dzieje się dziś w polskiej hodowli trzody chlewnej, stanowi proces powolnego wygaszania całej gałęzi rolnictwa, która przez dekady stanowiła jeden z filarów polskiej gospodarki żywnościowej. Hodowcy alarmują od miesięcy, że sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna, ale ostatnie tygodnie przyniosły prawdziwy wysyp fatalnych informacji. – Jeśli ktoś jeszcze łudzi się, że mamy do czynienia z chwilowym załamaniem koniunktury, powinien spojrzeć na liczby. One nie pozostawiają złudzeń. Wchodzimy w etap, który coraz bardziej przypomina agonię polskiej hodowli świń – podkreśla w rozmowie
z „Naszym Dziennikiem” Adrian Wawrzyniak, rzecznik prasowy NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”.

To szczególnie bolesne dlatego, że mówimy o branży mającej ogromne znaczenie nie tylko gospodarcze, ale również społeczne i cywilizacyjne. Problem nie bierze się znikąd. Hodowcy znaleźli się dziś między młotem
a kowadłem. Z jednej strony ceny oferowane w skupach spadły do poziomów, które w wielu przypadkach nie pokrywają kosztów produkcji. Z drugiej strony zakłady przetwórcze przekonują, że nie potrzebują większych dostaw, ponieważ chłodnie są pełne, a rynek – nasycony. Efekt jest łatwy do przewidzenia. – Rolnicy produkują coraz mniej, likwidują stada i wycofują się z działalności, która jeszcze niedawno pozwalała utrzymać całe rodziny – wskazuje w rozmowie z nami Andrzej Śniegula ze Stowarzyszenia na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju Polski im. prof. Jana Szyszko. Dodatkowo każdego roku do Polski sprowadzane są miliony zwierząt – tylko w 2025 roku importowaliśmy 8 mln prosiąt i warchlaków. Odbija się to na hodowli. W 2004 roku w Polsce było 2 mln loch,
a dzisiaj jest to już niecałe 620 tys. 

Mięso pozostaje jednym z podstawowych składników diety milionów ludzi. Naturalne jest również to, że konsumenci oczekują żywności produkowanej lokalnie, dostosowanej do warunków klimatycznych, środowiskowych i tradycji kulinarnych regionu, w którym żyją. Tymczasem wraca wciąż pytanie, czy za kilka lat na polskich stołach będzie jeszcze polska wieprzowina? – Coraz częściej w naszych sklepach spotykamy mięso importowane. Nawet jeżeli jest ono oznaczone biało-czerwoną flagą, nie oznacza to,
że jest z naszego kraju. To mięso najczęściej pochodzi
z duńskich świń przywiezionych do Polski i tu tuczonych przez krótki czas – wyjaśnia Andrzej Śniegula. Jak dodaje, jest ono dużo niższej jakości. – Prosiak potrzebuje czasu, aby nabrać masy. To, co się oferuje w sklepach, to chemiczne doprowadzenie do puchnięcia zwierząt – zwraca uwagę nasz rozmówca.

Każdego roku do Polski trafiają miliony świń oraz warchlaków sprowadzanych z zagranicy – w 2025 roku było ich aż 8 mln, z czego nawet 7,8 mln z Danii. Importowane zwierzęta często są tańsze od krajowych,
co dodatkowo osłabia pozycję polskich producentów.
– Powstaje błędne koło. Im mniej opłaca się produkować
w kraju, tym większe staje się uzależnienie od dostaw zewnętrznych. Im większy import, tym trudniej konkurować krajowym gospodarstwom – podkreśla
w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” prof. Zbigniew Krysiak, ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej. 

Drodzy Czytelnicy, utrzymanie rolnictwa rodzinnego
w naszej Ojczyźnie jest gwarancją bepieczeństwa żywnościowego i dobrej jakości tego, co jemy. Niestety, wielkie farmy przemysłowe zajmują miejsca małych rodzinnych gospodarstw. Więcej na ten temat TUTAJ oraz w papierowym wydaniu „Naszego Dziennika” dostępnym
w punktach sprzedaży prasy.

Rafał Stefaniuk, „Nasz Dziennik”

Nasz Dziennik