Każdy wystrzał rodził nadzieję, każda plotka stawała się wiadomością. Mówiono, że sowieckie czołgi są już na przedpolu Pragi, a Niemcy cofają się w popłochu. Nikt nie znał prawdy, lecz wszyscy czuli, że nadchodzi chwila przełomu.
Rozstrzygające godziny
W konspiracyjnych mieszkaniach trwały ostatnie narady. Meldunki przynoszone przez łączniczki zmieniały się
z godziny na godzinę. Każda nowa informacja mogła odwrócić tok dyskusji. W jednym z takich mieszkań siedzieli ludzie, od których decyzji zależały losy stolicy.
Nie romantyczni marzyciele ani wojskowi hazardziści,
lecz oficerowie Wojska Polskiego od pięciu lat kierujący największą podziemną armią okupowanej Europy.
Każdy z nich wiedział, że rozkaz może oznaczać śmierć tysięcy żołnierzy i setek tysięcy cywilów. Wiedział też,
że niewydanie rozkazu również będzie decyzją o możliwie tragicznych konsekwencjach. Dlatego narady dowództwa Armii Krajowej z ostatnich dni lipca 1944 roku należą
do najbardziej dramatycznych chwil w historii Polski.
Po jednej stronie leżała wojskowa kalkulacja, po drugiej odpowiedzialność za honor państwa, które od pięciu lat istniało w podziemiu i za chwilę miało stanąć twarzą
w twarz z nowym sowieckim okupantem. Po jednej stronie liczby, po drugiej polityka. Po jednej stronie doświadczenie sztabowców, po drugiej świadomość, że Warszawa jest czymś więcej niż tylko miastem.
„Trzeba zwrócić oczy świata na Polskę” – mówił zagorzały zwolennik insurekcji, zastępca szefa sztabu Armii Krajowej gen. Leopold Okulicki. „Trzeba zorganizować bitwę spektakularną, aby ściągnąć uwagę aliantów, zanim wejdą tu bolszewicy”.
Starożytni mawiali, że łatwo być sternikiem, gdy morze jest spokojne. Trudniej oceniać ludzi prowadzących okręt podczas sztormu. Rzadko który był w polskiej historii równie gwałtowny jak ten z lata 1944 roku.
Historia jest próbą zrozumienia ludzi podejmujących decyzje w świecie niepewności. Trzeba o tym pamiętać, gdy dyskutujemy o Powstaniu Warszawskim. Jedni wskazują na ogrom strat – blisko dwieście tysięcy zabitych cywilów, śmierć znacznej części elity i niemal całkowite zburzenie stolicy – pytając, czy tragedii można było uniknąć. Inni nazywają Powstanie „obłędem”, pomijając kontekst i nastroje Polaków po pięciu latach niemieckiego terroru.
Drodzy Czytelnicy, więcej przeczytamy TUTAJ oraz
w papierowym wydaniu „Naszego Dziennika” dostępnym
w punktach sprzedaży prasy.

