logo
logo

Zdjęcie: flickr_Jerzy Kociatkiewicz_CC2.0/ -

Donosił, bo musiał?

Sobota, 29 czerwca 2013 (02:05)

„Innego życia mieć nie mogłem” – tak „Gazeta Wyborcza” reklamuje dzisiejszy wywiad z Zygmuntem Baumanem, majorem KBW.

Szczegóły opowieści Baumana o swojej młodości poznamy dzisiaj. Ale już samo jej motto ukierunkowuje czytelników, że w zasadzie Bauman nie miał większego wpływu na własne życie i decyzje, on tylko wypełniał swoją rolę.

– Póki nie znamy szczegółów tej opowieści, sprawę można postrzegać czysto filozoficznie. Każdy z nas może mieć inne życie, bo ma wolność wyboru. Nawet jeśli znajdujemy się w sytuacjach skrajnych życiowo, związanych np. z wojną. I nie jest tak, że ktoś z uwagi na uwarunkowania rodzinne czy inne powody musiał wpisywać się w kontekst komunizmu, nie tylko w sensie biernym, ale i czynnym. A taka jest przeszłość Zygmunta Baumana – mówi prof. Mieczysław Ryba, kierownik Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX w. KUL.

W jego ocenie, opis własnego życia „na sposób koniecznościowy” mógłby być usprawiedliwiony jedynie w sytuacji wyznania winy, przyznania się do błędu i złożenia przeprosin. Inaczej należałoby bowiem uznać, że żołnierze Armii Krajowej, członkowie Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, Narodowych Sił Zbrojnych, których pomordowano w ubeckich katowniach, nie mogli mieć innego życia, bo takie mieli uwarunkowania rodzinne, wychowawcze, wojenne.

– Oni po prostu ginęli. A druga strona, jako że była uwarunkowana nieco inaczej, była po stronie sowieckiej. I wszystko jest w porządku. W ten sposób dochodzimy do swego rodzaju relatywizmu w ocenie wypadków historycznych, a tak być nie może – dodaje Ryba.

Profesor wskazuje, że ofiary komunistycznego aparatu represji też mogły mieć inne życie, gdyby tylko ich ktoś nie zabił. Mogły też wybrać łatwiejszą drogę: kolaborację z komunistyczną władzą, i tak stać się jak Bauman quasi-bohaterami Polski zasługującymi na najwyższy szacunek.

– Niestety istnieje pewien trend do relatywizowania historii. Pokazuje to już sam fakt, że komuś przyszło do głowy, by w Sejmie upamiętniano Wojciecha Jaruzelskiego. W tamtym czasie jego droga była analogiczna, choć on wytrwał w komunizmie, a Bauman nie. Ale też mówi się, że stan wojenny był koniecznością, że były uwarunkowania dziejowe, które zmuszały go do takich zachowań. Tyle że przedstawienie człowieka w takim świetle powoduje wrażenie, że jest tylko marionetką w teatrze dziejów i taką rolę przyszło mu wypełnić – tłumaczy prof. Ryba.

W ocenie naszego rozmówcy, w taki sposób uciekamy od odpowiedzialności indywidualnej.

– Każdy człowiek jest wolny, mimo nawet bardzo silnych uwarunkowań. Oczywiście są takie sytuacje w życiu, że człowiek staje się albo bohaterem, albo świnią, bo albo zdradzi, albo zginie, i nie ma innej drogi. Można wówczas szukać okoliczności łagodzących, ale nie można relatywizować – dodaje.

Problem w tym, że nie dotyczy to pojedynczych postaci, ale rozliczenia się z całym komunizmem i jego zbrodniami. – To nie jest kwestia jednej czy drugiej osoby, bo to są rzeczy wtórne. Mamy tu do czynienia z czymś o wiele poważniejszym, z nierozliczeniem komunizmu z całym jego bagażem – mówi profesor.

– Każdy jest kowalem swojego losu. Proszę zauważyć, że ludzie, również żydowskiego pochodzenia, w czasach II wojny światowej i po niej znaleźli się po stronie polskiej racji stanu, byli w podziemiu niepodległościowym. Gdyby chociaż Bauman w tym czasie zajął się nauką albo był przeciętnym urzędnikiem, to mógłby powiedzieć, że tak go los ustawił, bo nie każdy musi być bohaterem. Jeśli jednak prof. mjr Bauman „wyróżnił się schwytaniem wielkiej ilości bandytów”, tzn. członków oddziału podziemia niepodległościowego, to nie jest prawdą, że wybrał los skryby-biuralisty – zaznacza dr Jerzy Bukowski, rzecznik Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie.

I przypomina, że jest oczywiste to, jak chwytano owych „bandytów”. I jaki był ich los. – Wiemy, jak represjonowano, wiemy, jak mordowano żołnierzy podziemia niepodległościowego. Oczywiście nie ma dowodu na to, że major Bauman osobiście do kogoś strzelał, ale jeśli ujmował „bandę”, to z pewnością nie poszedł tam z piórem ani z maszyną do pisania – zaznacza Bukowski.

Nie od każdego człowieka wymaga się bohaterstwa, ale można wymagać uczciwości. Tymczasem Bauman do dziś broni swojego zaangażowania, nie wstydzi się go i nie przeprasza.

Zbrojne ramię bezpieki

Jak przypomina dr Piotr Gontarczyk, Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego powstał tuż po zakończeniu II wojny światowej na wzór wojsk wewnętrznych NKWD i jego głównym zadaniem była fizyczna likwidacja oddziałów podziemia niepodległościowego.

– To było podstawowe zadanie, jakie KBW spełniał. Nie była to formacja wojskowa, ale podporządkowana Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, czyli było to zbrojne ramię bezpieki – zauważa.

Gontarczyk wskazuje, że Bauman pracował w KBW jako oficer polityczny i do 1953 r. robił błyskotliwą karierę w pionie wychowawczym tej służby.

– Była to struktura, która miała przerabiać młodych żołnierzy na janczarów komunizmu, którzy następnie rozbijali polskie podziemie – dodaje nasz rozmówca. Z tego okresu – podkreśla historyk – zachował się dokument potwierdzający, że Bauman otrzymał odznaczenie – Krzyż Walecznych – za wyłapanie dużej liczby „bandytów”, co w języku KBW oznaczało żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego. Niechlubne w życiorysie przyszłego filozofa były też lata 40., kiedy to był agentem Informacji Wojskowej.

Marcin Austyn

Nasz Dziennik