logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Smoleńsk widziany zza oceanu

Sobota, 21 lipca 2012 (06:07)

Z Anną Seweryn-Wójtowicz, córką Wojciecha Seweryna, twórcy Pomnika Katyńskiego w Chicago, który zginął w katastrofie smoleńskiej, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Kiedy dowiedziała się Pani o tym, że Pani Ojciec zrobił zdjęcia przed katastrofą?
- Od początku maja br. byłam świadoma tego, że pod koniec tego miesiąca otrzymam takie zdjęcia. Wtedy właśnie dowiedziałam się, że mój Ojciec zrobił ostatnie zdjęcie panu prezydentowi na pokładzie Tu-154M. Była to dla mojej rodziny niesamowita wiadomość, w jakiś sposób pocieszająca. Bowiem kilka nawet odzyskanych zdjęć Taty, z jego ostatnich chwil, było dla nas bardzo ważnych. O tych zdjęciach nie wiedział prawie nikt. Zależało mi na tym, by ta sprawa została odpowiednio nagłośniona. Oprócz mojego pełnomocnika wiedzieli o tym tylko moja mama, siostra i mąż. Gdy dostałam od pana mec. Bartosza Kownackiego wiadomość, że jest już w ich posiadaniu, zaraz do niego zadzwoniłam. Pamiętam, że była u nas czwarta rano. Pan mecenas przesłał mi te zdjęcia e-mailem. Byliśmy bardzo szczęśliwi, że jesteśmy w ich posiadaniu.

Poprosiła Pani o wywiad w "Naszym Dzienniku", by jeszcze raz wrócić do tematu ostatniego zdjęcia prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Dlaczego?
- Zdecydowałam się na to po miesiącu od publikacji tego zdjęcia w "Gazecie Polskiej" tylko i wyłącznie dlatego, że ludzie muszą usłyszeć prawdę. A mianowicie że nie było tutaj z mojej strony i mojego prawnika mec. Bartosza Kownackiego żadnych manipulacji, by rozbijać prawicę czy cokolwiek politycznie ugrywać. Kiedy czytałam codziennie coś nowego w tym stylu w "Gazecie Polskiej", byłam w wielkim szoku. Milczałam jednak, ponieważ uważałam, że może lepiej przeczekać pewne sprawy, nie chciałam dawać żadnych oświadczeń, stwarzać jakichś nowych problemów. Postanowiłam jednak zabrać głos, bo przez poważnych ludzi z Polski i Stanów Zjednoczonych zostałam oskarżona o to, że zdjęciami Taty próbowałam sobie medialnie coś tutaj, w Chicago, zbudować, co jest oczywistą nieprawdą. Mój Ojciec przez dziesięć lat budował Pomnik Katyński. Gdybym chciała medialnie cokolwiek "ugrać", mogłabym to wtedy wykorzystać, lecz zawsze stałam w cieniu, bo wszystko, co robiłam, czyniłam dla idei, a nie politycznych wpływów czy pieniędzy. Nie mam nawet zdjęcia z prezydentem Lechem Kaczyńskim, gdy był pod Pomnikiem Katyńskim w Chicago w 2007 roku, bo siedziałam w ławce z tyłu. Dla mnie najważniejsze było to, że przyjechał zobaczyć ten pomnik i spotkać się z moim Ojcem. Powtarzam, nigdy - tym bardziej przy tak strasznym nieszczęściu, jakie spotkało moją rodzinę 10 kwietnia 2010 roku - nawet nie pomyślałam, by budować sobie jakąś medialną popularność czy zdobyć jakieś pieniądze przy okazji publikacji zdjęcia śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Wszystko miało dla mnie zupełnie inny wymiar, lecz straciło sens miesiąc temu, gdy publikacja zdjęcia pana prezydenta w "Gazecie Polskiej" zburzyła moje plany z nim związane, a ja, mec. Kownacki i "Nasz Dziennik" zostaliśmy bezpodstawnie zaatakowani o rzekome rozbijanie prawicy. Przez ostatni miesiąc każdy mój dzień jest z tego powodu koszmarem.

Wykorzystanie tego zdjęcia w polskiej prasie pokrzyżowało Pani plany nagłośnienia sprawy smoleńskiej za oceanem?
- Niestety tak. Wszystko, co chciałam osiągnąć w Stanach Zjednoczonych przy okazji publikacji zdjęcia ze śp. prezydentem Lechem Kaczyńskim, zostało zaprzepaszczone. Jego publikacja w "Gazecie Polskiej" pokrzyżowała wszystkie moje plany. Sprawa była już daleko posunięta, to znaczy zawarta była ustna umowa między mną a jedną z gazet w Chicago. Artykuł, opublikowany tam z tym zdjęciem, miał na celu nie tylko naświetlenie sprawy smoleńskiej, śledztwa, tego, jak władza polska zajmuje się tą sprawą, co robi, jak okropnie traktuje rodziny smoleńskie, ale również pokazanie, co dzieje się w tym względzie na ziemi chicagowskiej. Może nie przyniosłoby to tutaj, w Stanach, jakiegoś wielkiego sukcesu, ale prawda jest taka, że ciężko nad tym pracowałam. Na początku były problemy, żeby kogokolwiek tu tym zainteresować, wiemy bowiem, że temat Smoleńska nie jest tematem ciekawym dla Amerykanów. Niemniej jednak udało mi się w końcu i nasz plan miał szansę realizacji. Chodziło o to, aby zdjęcie ukazało się najpierw w prasie w Chicago z odpowiednim artykułem, a dopiero później w polskiej prasie. Inną rzeczą jest fakt, że osobiście zależało mi na tym, żeby był to "Nasz Dziennik". Nigdy nie wchodziły tu w grę żadne pieniądze ani ze strony gazet amerykańskich, ani polskich. Dlatego szczególnie przykre było dla mnie to, co później czytałam na polskich portalach i blogach internetowych, gdzie byłam posądzana o chęć zarobienia na tych zdjęciach dużych pieniędzy. Jeszcze raz podkreślam, że najważniejsze dla mnie było to, aby sprawa smoleńska mogła być dzięki tej publikacji znowu nagłośniona w USA, wszystko to, co dzieje się ze śledztwem i brak sprostowania za oceanem raportu MAK. Chciałam Amerykanom powiedzieć o ważnych sprawach, dowodach, jakie do tej pory zebrał zespół pana posła Antoniego Macierewicza. To wszystko zostało zburzone publikacją zdjęcia śp. prezydenta w "Gazecie Polskiej".

Przekazywała Pani zdjęcia autorstwa Ojca oficjalnie tej gazecie i dała jej pozwolenie na ich opublikowanie?
- Nie. Tak jak mówiłam panu miesiąc temu, udzielając informacji do pewnego artykułu, miałam telefon od redaktora naczelnego "Gazety Polskiej" pana Tomasza Sakiewicza. I wszystko potoczyło się nie tak, jak planowałam. Presja, jaka została na mnie wywarta, to nie było nic innego, jak tylko gra psychologiczna. Podtrzymuję, że to wszystko, co powiedziałam panu i co zostało zawarte w pana tekście pt. "Zdjęcia wydarte rodzinie" na łamach "Naszego Dziennika", jest prawdą. Nigdy nie podpisałam żadnego oświadczenia, że zdjęcia Taty oddałam lub udostępniłam "Gazecie Polskiej". Przekazałam je panu Dariuszowi Olszewskiemu z Klubu "Gazety Polskiej" w Chicago 2, który mnie zawiódł. Kiedy bez mojej wiedzy i zgody wysyłał je do "Gazety Polskiej". Dziś pytam - skoro w "Gazecie Polskiej" ukazało się zdjęcie prezydenta z podpisem, że zostało ono przekazane przez Klub "Gazety Polskiej" w Chicago, to dlaczego kilka dni później redaktor naczelny pan Tomasz Sakiewicz zamieszcza oświadczenie, że dziękuje mi za przekazanie i udostępnienie zdjęć? Powtarzam - ja tego nigdy nie zrobiłam. Zrobił to Klub "Gazety Polskiej". Owszem, rozmawiałam później z panem redaktorem Sakiewiczem i powiedziałam, że zgadzam się na publikację zdjęcia, jeśli jest pozwolenie na to pana premiera Jarosława Kaczyńskiego, lecz później spontanicznie z tej zgody się wycofałam. Wszystko, co było napisane w pańskim artykule sprzed miesiąca, jest prawdą. Złożyłam jednak potem oświadczenie do "Gazety Polskiej", bo nie podobało mi się w tym tekście słowo "okradziona". Ja nie mówię, że jego nie użyłam, tylko może w innym znaczeniu, byłam zdenerwowana. Kradzież wiąże się dla mnie z włamaniem do komputera, a ja jednak dobrowolnie przekazałam te zdjęcia panu Dariuszowi Olszewskiemu, choć oczywiście nie do druku w gazecie. Nie oskarżam "Gazety Polskiej" o to, że wyeksponowała to zdjęcie, tylko pytam - dlaczego musiał być taki pośpiech, dlaczego ktoś postawił mnie w takiej, a nie innej sytuacji, nie szanując planów moich i mojej rodziny, dlaczego w takim pośpiechu zdobywano pozwolenie od pana premiera Jarosława Kaczyńskiego, z którym sama chciałam rozmawiać? Wszystko mogło być bezproblemowo załatwione, ja miałam naprawdę spokojny, kulturalny plan. Dlaczego po publikacji zdjęcia rozpoczęły się ataki na mojego prawnika, a moje prośby o ich zaprzestanie były pomijane? Ja może działałam emocjonalnie, bo byłam zdruzgotana, ale z przykrością stwierdzam, że po oświadczeniu, jakie złożyłam "Gazecie Polskiej", że nie posądzam nikogo o kradzież zdjęć, niestety, już nigdy więcej nie rozmawiałam telefonicznie z panem redaktorem Sakiewiczem. Jest to dla mnie przykre, bo wcześniej było tych rozmów kilkanaście czy może nawet kilkadziesiąt. A później kontakt się urwał.

Zaczęły się insynuacje, że cały ferment miał podtekst polityczny. Podziela Pani tę opinię?
- Ależ skąd! Uważam, że pan mec. Bartosz Kownacki, którego niezmiernie szanuję i bardzo wiele mu zawdzięczam, zapłacił w tej sprawie chyba największą cenę. Jest bowiem osobą publiczną i oprócz mnie reprezentuje także inne, bardzo ważne rodziny. Wystarczy wymienić tutaj chociażby panią Ewę Błasik, która niedawno u nas w Chicago gościła. W Polsce przez długi czas nie miała swojego pełnomocnika, bo jakoś nikt nie chciał jej reprezentować. Nikt nie chciał być oskarżany i opluwany. I zjawił się ten człowiek, który powiedział - dobrze, ja nie patrzę na to czy na to, po prostu będziemy razem walczyć. Stanął wobec bardzo poważnych wyzwań, a dziś jest bezpodstawnie atakowany, jakoby chciał rozbić prawicę. Jest to dla mnie zupełnie niezrozumiałe, bo to tak, jakby sam chciał sobie strzelić w kolano. Poradziłam się pana mecenasa jako swojego prawnika, co powinnam zrobić w tej konkretnej sprawie, i obydwoje postanowiliśmy, że jeśli będzie zgoda pana premiera Jarosława Kaczyńskiego na publikację zdjęcia, to na to pozwolimy. Spontanicznie wycofałam się później z tego, co dokładnie opisał pan w swoim tekście - i już dalej mój adwokat nie miał z tym absolutnie nic wspólnego, poza wysłaniem pisma do pana Sakiewicza, że moja rodzina nie wyraża zgody na publikację zdjęć. Został jednak później najbardziej zaatakowany. Sama dostałam bardzo wiele przykrych telefonów i e-maili. Moje życie zostało wywrócone do góry nogami.

Co Pani czuła, gdy czytała, chociażby na forach internetowych, że to "Nasz Dziennik" dopuścił się prowokacji, aby rozbić w Polsce prawicę i skłócić rodziny smoleńskie?
- Byłam tym zszokowana. Bolało mnie także, że takie niesprawiedliwe komentarze zamieszczali internauci pod tymi tekstami czy na blogach internetowych. Ludzie, którzy przypuszczali ten atak, chyba nie zastanawiają się nad tym, o co tak naprawdę walczymy. Prawica jest dla mnie jedna. "Gazeta Polska" czy "Nasz Dziennik" to dla mnie dwie gazety prawicowe, zawsze uważałam, że najbardziej wiarygodne. Nigdy nie pomyślałabym, że może dojść do tak przykrej sytuacji. Nigdy nie chciałam też wchodzić w politykę. Sprawą smoleńską zajmuję się z potrzeby serca i zawsze jestem gotowa w tym kierunku coś zrobić. Uważam, że czy się jest w Solidarnej Polsce, czy w Prawie i Sprawiedliwości, walczymy o tę samą sprawę, o prawdę smoleńską, o jakieś zjednoczenie w Polsce, by rząd się zmienił i zmieniła się sytuacja w naszym kraju.

Chciałaby Pani definitywnie zamknąć sprawę zdjęć Ojca, by ten temat nie wywoływał kolejnych, niepotrzebnych sporów na prawicy?
- Tak. Od początku nie miałam nic złego na celu. To, co zarówno ja, jak i mój pełnomocnik wycierpieliśmy przez ostatni miesiąc, jest po ludzku nie do zniesienia. Nikt z nas nie miał na celu rozbijania prawicy, uważam, że jest to w ogóle jakieś chore sformułowanie. Jakie rozbijanie prawicy? Dlatego że w "Naszym Dzienniku" ukazał się tekst, który opierał się na prawdzie? Nawołuję i proszę, żeby wreszcie zapanował spokój, aby ten mój wywiad zakończył całą sprawę i żebyśmy zastanowili się, jakie błędy zostały popełnione. Bo naprawdę z boku stoją nasi wrogowie, którzy śmieją się i zacierają ręce. Powinniśmy się solidaryzować tak, jak solidaryzowaliśmy się wszyscy w Brukseli, na marszach smoleńskich i każdego 10. dnia miesiąca. Nigdy nie dołożyłabym ze swojej strony nawet małego źdźbła, żeby zrobić coś, co miałoby na celu zepsucie stosunków na prawicy, gdzie nie powinno dochodzić do żadnego rozłamu. Przecież kontakt do mec. Kownackiego dostałam przez pana ministra Antoniego Macierewicza. Jak mogłabym nawet pomyśleć, że tu są jakieś różnice?
Po tym, co mnie spotkało, chcę odsunąć się ze sceny publicznej. Już miesiąc temu postanowiłam, że pewne rzeczy, które robiłam w pojedynkę, i tak będę dalej robić. Nadal będę wysyłać listy do kongresmenów, senatorów, gdzie tylko się da, by walczyć o sprawę smoleńską. Niemniej postanowiłam, że odchodzę z tej sceny publicznej. Bo to, co mnie spotkało, pokazało mi, w jak okropny sposób zostałam potraktowana przez grupę ludzi, którym we wszystkim zaufałam.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler

Nasz Dziennik