logo
logo

Zdjęcie: M.Marek/ Nasz Dziennik

Nie jestem wariatem, tylko naukowcem

Czwartek, 3 października 2013 (02:02)

Z prof. dr. hab. inż. Jackiem Rońdą z Wydziału Inżynierii Metali i Informatyki Przemysłowej Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie, kierownikiem Pracowni Projektowania Materiałów AGH, rozmawia Anna Ambroziak

Jak się Pan czuje jako jeden z „trzech zamachowców” według „Gazety Wyborczej”?

– To, co napisała „Gazeta Wyborcza”, to przejaw bandytyzmu politycznego reprezentowanego przez Platformę Obywatelską. W momencie zagrożenia ich supremacji krytykują wszystkich, którzy reprezentują inne poglądy na różne kwestie każdego możliwego elementu życia publicznego, tak by dalej prowokować i wyzwalać w ludziach negatywne emocje. Publikację „GW” odbieram jako literalne oskarżenie mnie o to, że zamordowałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego i towarzyszące mu 95 osób. Z punktu widzenia formalnego jest to oskarżenie mojej osoby o udział sprawczy w zorganizowaniu zabójstwa. Tak wynika z tytułu publikacji gazety.

Wspólnie z moimi kolegami staram się wyjaśnić przyczyny tej katastrofy, w której zginęła elita polskiej klasy politycznej, zginęli ludzie wybitni, wielkie osobistości życia publicznego z wielką stratą dla Polski.

„Wyborcza” poszła dalej, oskarżając Pana o antysemityzm.

– Wiele lat spędziłem poza granicami Polski – w okresie bandytyzmu peerelowskiego musiałem uciekać z kraju, potem wróciłem do Ojczyzny, chociaż mogłem zostać w każdym innym państwie, co zrobiło przecież wielu polskich emigrantów. Mogłem zostać w Australii czy w Stanach Zjednoczonych, RPA czy w Kanadzie. Spośród moich kolegów z Afryki Południowej do Polski nie wrócił nikt poza mną. Jestem naukowcem w dziedzinie, w której pracuję – termodynamice i balistyce poświęciłem swoje życie zawodowe – całe 45 lat. W związku z tym mam bagaż wiedzy, który pozwala mi analizować pewne fakty. Staram się mieć zawsze racjonalne podejście do wszystkiego – analiza jest obiektywnym narzędziem pracy w badaniu zjawisk tak fizycznych, jak i społecznych, publicznych.

Publikację „GW” oceniam jako akt bandytyzmu i terroryzmu wobec mojej osoby. Jestem tym głęboko oburzony. Takiego bezpardonowego ataku nie przypuszczono na mnie nawet w okresie głębokiej komuny. Informacje, jakobym wysyłał wulgarne i antysemickie komentarze pod adresem ministra Sikorskiego, rozprzestrzeniał reprezentujący Sikorskiego mec. Roman Giertych. A przecież to totalna bzdura! Komputer, z którego komentarze te miały być wysyłane, miał być w sieci Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Ten komputer znajdował się w moim zakładzie, ale nigdy nie był zamykany na kłódkę! Nie wiem, kto w czasie wakacji z niego korzystał, kiedy do wysyłania tych komentarzy miało dojść. Nie wiem nawet dokładnie, co z niego wysyłano! Jestem informatykiem od 40 lat, wiem, jak łatwo ukraść IP komputera lub przejąć kontrolę nad wyszukiwarką, wiem, jak łatwo w internecie pod kogoś się podszyć. Jest na to co najmniej pięć sposobów – ale nie będę tu wnikał w szczegóły.

Prokuratura ujawniła Pańskie zeznania w śledztwie smoleńskim. Za Pana wiedzą i zgodą? Uprzedzono Pana chociaż o tym?

– Oczywiście, że nie!

Prokuratura odżegnuje się od tego, jakoby przekazywała jakimkolwiek mediom protokoły z zeznań, zapewniając, że to nie była żadna ustawka z „Wyborczą”.

– Nie wierzę w to. To jest typowe działanie w ramach tzw. czarnej propagandy. Propagandy, którą stosuje się w momentach zagrożenia bytu prowokatora. Ostatnio zastosowano ją w „Gazecie Wyborczej” przed wyborami senatora Pupy, kiedy rozpowszechniono zdjęcie ulotki godzącej w dobre imię kandydata. Ulotka rzekomo zawierała zdjęcie kandydata na senatora w domu publicznym. Odtajnienie tych zeznań jest tu postawieniem kropki nad i. Najwidoczniej prokuratura przestraszyła się, że gazeta ujawniła to, co od niej otrzymała. Dlatego odtajnili wszystko. Na protokole z moim zeznaniem jest nawet większy fragment mojego podpisu! To typowa prowokacja prokuratury i gazety, mająca zdyskredytować i zniszczyć każdego, kto odważy się badać katastrofę w sposób inny niż prorządowe gremia. W myśl dawnych haseł swoich ideowych protoplastów: „Kto nie z Mieciem (Moczarem), tego zmieciem, a kto nie z Władziem (Gomułką), tego zgładziem”.

Minister nauki Barbara Kudrycka stwierdziła, że „wypowiedzi ekspertów Macierewicza to prawdziwy atak na powagę polskiej nauki”, że naruszają Panowie Kodeks Etyki Pracownika Naukowego.

– Takie stwierdzenie jest ewidentnym nadużyciem dokonanym przez typowego urzędnika państwowego rodem z Platformy Obywatelskiej. To jest hucpa. Czekam na to oskarżenie i na to, że wezwą mnie przed komisję etyki. To, co pani minister robi, jest aktem naruszenia Wielkiej Karty Uniwersytetów Europejskich (Magna Charta Universitatum), w której między innymi napisano: „Uniwersytet – jako instytucja odpowiedzialna za utrwalanie europejskiej tradycji humanistycznej – stale dba o tworzenie wiedzy uniwersalnej, a realizując swoje powołanie, przenika granice geograficzne i polityczne oraz potwierdza konieczność poznawania i wzajemnego oddziaływania na siebie różnych kultur”.

Rektor AGH odciął się od Pana, Maciej Lasek zorganizował konferencję, na której mówił, że nie mają Panowie żadnych dowodów na poparcie swoich tez i nie jesteście żadnymi „badaczami katastrof”.

– Ale to nie znaczy, że pewnymi aspektami tej katastrofy nie mogę się zająć. Prawa fizyki, mechaniki, chemii, termodynamiki są obiektywne. My, mechanicy, posługujemy się tymi samymi prawami, tymi samymi równaniami do projektowania różnych konstrukcji. Mogę projektować rurociąg w elektrowni atomowej czy proces technologiczny spawania płaszcza silnika turbinowego. Natomiast nie biorę się za konstruowanie płatowca, bo to nie jest moja specjalność! Nigdy nie mówiłem, że jestem ekspertem od płatowców, mówiłem, że jestem ekspertem od wybuchów i fragmentacji konstrukcji. Analizuję to, co się stało, kiedy samolot uderzył w ziemię, a był już tylko zbiorem fragmentów konstrukcji i ciał ludzkich. Nigdy nie twierdziłem, że zajmuję się analizą lotu samolotu! Zajmuję się badaniem stopnia zniszczenia konstrukcji. A to jest zagadnieniem mechaniki zniszczenia, działu mechaniki ciała stałego, i w tej analizie posługuję się obiektywnymi prawami fizyki i matematyki.

Ale Lasek podkreśla, że skoro nie mają Panowie żadnych dowodów na poparcie swoich tez, to nie ma o czym rozmawiać.

– Proponuję porównać dorobek zawodowy, publikacyjny, pozycję w nauce moją i pana Laska. Nie mówiąc już o porównaniu dokonań pana Laska z dorobkiem zawodowym i naukowym panów profesorów Biniendy i Nowaczyka. Widać tu ogromny dysonans. „Gazeta Wyborcza” i cała ubecja zarzucają, że badając katastrofę smoleńską, występujemy poza zakres swoich kompetencji. Takie konkluzje to nadużycie.

Sami jednak Panowie podkreślali, że obracają się tylko w sferze hipotez, w zeznaniach powołuje się Pan na dokumenty dostarczone przez Antoniego Macierewicza czy zdjęcia z internetu.

– Zawsze mówiliśmy, w jakim zakresie możemy katastrofę smoleńską badać. Nigdy nie powiedziałem, że jestem ekspertem lotniczym, jestem ekspertem od balistyki.

Wygląda na to, że członkowie komisji Millera nie chcą podjąć merytorycznej dyskusji i jej nie podejmą.

– Tego nie rozumiem. Jeśli politykę miesza się do obiektywnych badań, to tym gorzej dla polityków. Nie da się problemu przyczyn katastrofy smoleńskiej zbadać do końca, kiedy każdy z badaczy będzie twierdził, że to on jedynie ma słuszność. W nauce nie można pozwolić sobie na to, by kierować się do kogoś niechęcią czy politycznymi animozjami.

Jak przebiegało Pańskie przesłuchanie w prokuraturze – padały pytania dotyczące ewentualnego wybuchu na pokładzie tupolewa: czy wskazuje na to rozrzut szczątków samolotu, defragmentacja ciał ofiar…

– Prokurator Karol Kopczyk, w mundurze polskiego oficera, zachowywał się prowokacyjnie i w trakcie przesłuchania starał się uzyskać potwierdzenie, że jestem dyletantem w zakresie lotnictwa. Pokazywał mi zdjęcia samolotu Tu-154 z przodu, z boku i z góry i dopytywał z jadowitym uśmieszkiem, gdzie tupolew ma trzeci silnik. Już wtedy podejrzewałem jakąś nieczystą grę i niegodziwe zamiary. Uważam, że złamał zasady etyczne, przyjął moje zeznanie pod przysięgą i temu się sprzeniewierzył. Przyjęcie takiej przysięgi oznacza zobowiązanie do zachowania tajemnicy dla obu stron.

Czuję się osobą prześladowaną. Moje wszystkie telefony są podsłuchiwane przez 24 godziny na dobę. Dam przykład: w środę, 25 września, o godz. 20.30 dzwoniłem do kolegi o imieniu Bogdan. W telefonie słyszałem klikania i głos Bogdana powoli zanikał, mimo że nie ruszałem się z miejsca i siedziałem w fotelu w moim domu. Po zakończeniu rozmowy zadzwoniłem około godz. 21.00 do kolegi Jurka. Rozmawiałem z nim kilka minut. W pewnym momencie głos Jurka brzmiał, jakby trzymał głowę w wiadrze. Rozmowę zakończyliśmy, ponieważ głos Jurka był prawie niesłyszalny. Po rozmowie z Jurkiem zadzwonił do mnie Bogdan, ten pierwszy rozmówca, i powiedział mi, że kilka minut po zakończeniu rozmowy ze mną odezwał się mój telefon. Wyświetlił się mój numer i Bogdan słyszał całą moją rozmowę z Jurkiem. Zapytałem moich kolegów od telekomunikacji. Śmiali się, że „ubecja” urządziła sobie telekonferencję z udziałem moim i osób trzecich. Po tym przykrym doświadczeniu wyrzuciłem do kosza moje dwa telefony komórkowe i kupiłem cztery nowe, na kartę i z doładowaniem. Systematycznie wyrzucam do kosza jeden z nich, co kilka dni.

Prezes PAN zaprasza ekspertów zespołu na naukową konferencję „smoleńską”. Tylko nie wiadomo jeszcze, gdzie i kiedy. Pójdzie Pan?

– Jeśli takie zaproszenie dostanę – to oczywiście – pójdę.

Dziękuję za rozmowę.

Anna Ambroziak

Aktualizacja 3 października 2013 (09:49)

Nasz Dziennik