Niewłaściwe rozłożenie akcentów w kampanii referendalnej, nadmierne upartyjnienie i nadobecność lidera PiS przyniosły porażkę.
Przeciwnicy i osoby rozczarowane rządami Hanny Gronkiewicz-Waltz na stanowisku prezydenta Warszawy przegrali. Nie ma co ukrywać, że wynik ponad 25 proc. głosujących, choć pokazuje stały i liczny „żelazny” elektorat prawicy, to jednak jest on mniej liczny niż grono wyborców Platformy Obywatelskiej i sympatyków lewicy. A ci karnie, zgodnie ze wskazówkami prezydenta, premiera i samej zainteresowanej zostali w niedzielę w domach. Lub pojechali na grzyby.
Pewne jest, że to nie „lenistwo lemingów”, ale ich bardzo konsekwentna decyzja. Tym bardziej że od 2006 r. w każdych wyborach frekwencja w Warszawie jest wysoka. Warszawskie referendum nie było jednak jednym z wielu referendów lokalnych. To polityczna próba sił rządzącego Polską układu polityczno-medialnego i biznesowego z opozycją. Mimo fatalnych, aroganckich rządów obecnej prezydent stolicy, a także coraz dotkliwiej odczuwalnych efektów złych rządów Donalda Tuska opozycja, a dokładnie PiS, tę batalię przegrała.
Referendum zainicjowała Warszawska Wspólnota Samorządowa, miszmasz działaczy samorządowych, od lewa do prawa, którzy postanowili w ten sposób zareagować na kompromitującą wpadkę władz stolicy przy wprowadzaniu ustawy śmieciowej. Drożyzna, podwyżki czynszów, cen biletów, fatalna polityka edukacyjna, korki, przepłacone i drogie inwestycje, a na koniec bezczelna próba podniesienia opłat za wywóz i segregację śmieci to wystarczające powody do podjęcia próby utrącenia Gronkiewicz-Waltz ze stanowiska prezydenta miasta.
Początek końca
Początkowo inicjatywa zyskała bardzo duży odzew społeczny. Jak na realia wielkomiejskiej Warszawy zakochanej w rządach PO sprawa była precedensowa, bo udało się zebrać wymaganą liczbę podpisów i referendum stało się faktem. Ale mobilizacja w trakcie zbierania podpisów nie zaowocowała mocną kampanią. WSS była za słaba i zbyt niemrawa.
Włączyło się w nią PiS, co na pewno nadało batalii o Warszawę impetu. Ale jednocześnie było początkiem końca marzeń o sukcesie tej inicjatywy. Prorządowe media i sama Platforma przebiły się do opinii publicznej, a głównie do swojego elektoratu z przekazem, że referendum zawłaszczyło PiS i Jarosław Kaczyński.
Niestety, warunki walki określał przeciwnik, a ostatnie dwa tygodnie jej trwania potwierdziły to w całej rozciągłości. Pomiędzy tematami ważnymi dla mieszkających w stolicy ludzi, takimi jak wspomniana drożyzna, kompromitujące wpadki przy budowie metra czy przebudowie dróg, duże podwyżki cen biletów czy rozrost biurokracji w ratuszu pojawiła się narracja patriotyczno-historyczna.
Tymczasem opowieści o warszawskich powstańcach, godzinie W czy prezydencie Starzyńskim nie były tym, o czym chcieli słuchać niezadowoleni mieszkańcy Bemowa, Woli, Śródmieścia czy Białołęki. Jedną z twarzy kampanii uczyniono prof. Piotra Glińskiego.
Niedawny kandydat na premiera został kandydatem na prezydenta stolicy. To nietrafiony projekt, z powodów czysto marketingowych był już zgraną kartą rok temu. Na dodatek w konferencjach prasowych brał udział sam Jarosław Kaczyński. Tyle że swoim, niestety, pretensjonalnym tonem tylko potwierdzał narrację Platformy, straszącej, że gdy prezydent zostanie odwołana, warszawscy wyborcy zobaczą w telewizji radosną twarz Jarosława Kaczyńskiego.
Prowadzący kampanię politycy PiS robili wszystko, co można, żeby ten stereotyp potwierdzać. Gwoździem do trumny okazał się rzecznik partii Adam Hofman. Zamiast choć na kilka tygodni odsunąć się od kamer i mikrofonów, lgnął do nich jeszcze mocniej. Chciał pomóc, może zrehabilitować się w oczach prezesa, ale ostatecznie zaszkodził.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że PiS i lider partii po raz wtóry od kilku lat trwonią kapitał polityczny, z takim trudem przecież budowany.
Tak było po żałobie narodowej i wyborach prezydenckich w 2010 r., w ostatnim tygodniu kampanii parlamentarnej roku 2011. A także rok temu, gdy mało rozsądne reakcje lidera największej partii opozycyjnej na rewelacje o trotylu we wraku tupolewa najpierw ułatwiły rozprawienie się z problemem samemu Donaldowi Tuskowi, a w konsekwencji zbiły rosnące słupki poparcia dla PiS o kilkanaście procent. Co więcej, gwałtowny wzrost poparcia dla PiS i topniejące zaufanie do PO i rządu obserwowaliśmy również w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Jednak powakacyjny powrót Jarosława Kaczyńskiego do debaty publicznej okazał się falstartem.
Porażka referendalna to kolejna odsłona tego, co już widzieliśmy wiele razy – zmarnowania politycznego kapitału. Czy ktoś z tego wnioski wyciągnie? Nie sądzę.

