Z Jadwigą Walkiewicz i jej dziećmi: Danutą i Jarosławem, których rodzinę w Starym Gaju zamordował oddział UPA, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
W sobotę przybili Państwo na krzyżu na zbiorowej mogile w Sokólu tabliczkę z imionami i nazwiskami 36 osób. To Państwa krewni?
Danuta Murzyn z domu Walkiewicz: – Tak. Straciłam w Starym Gaju całą rodzinę mojego taty Edwarda Walkiewicza, który cudem ocalał, ponieważ w wieku 17 lat został w 1942 r. wywieziony na przymusowe roboty do Niemiec. Niestety, moi dziadkowie, czyli rodzice taty, zostali tu zamordowani. Dziadek nazywał się Wojciech Walkiewicz, babcia Stanisława Walkiewicz. Śmierć ponieśli także siostra taty Franciszka, brat Jan, jego żona Helena Zielińska-Walkiewicz i ich dzieci. W sumie wraz z pozostałymi członkami rodziny (poza Walkiewiczami m.in. rodziny Zagożdżonów, Rękawików, Zielińskich, Niewiadomskich, Muchów) zginęło aż 36 osób.
Jarosław Walkiewicz: – Niemcy złapali czterech chłopców ze Starego Gaju, wśród nich tatę, który pojechał na roboty do Niemiec. Tylko on i stryj Józef Walkiewicz (40 lat) przeżyli z całej rodziny, która mieszkała w Starym Gaju. Nie ocalały żadne fotografie, dokumenty czy inne pamiątki rodziny Walkiewiczów. Dziś nie ma archiwów kościelnych, państwowych, wszystko zostało zniszczone albo przejęte przez Sowietów lub Ukraińców. Dlatego trudno nam do końca dokładnie ustalić, kto jeszcze tam zginął, ile miał lat i jak się nazywał. Czasami wiemy np., że był tam roczny chłopczyk lub dziewczynka, ale nie wiemy, jakie mieli imiona. O tym, co zdarzyło się w Starym Gaju 30 sierpnia 1943 r., wiemy z opowieści wspomnianego stryja, który był naocznym świadkiem.
Co mówił?
Danuta Murzyn: – Tego dnia wstał wcześnie rano i zobaczył, jak banda UPA otacza wieś. Schował się za stodołą pod słomą, nie zdążył już uprzedzić rodziny, jedynie krzyknął. Był świadkiem, jak w okrutny sposób zamordowali mu żonę i córkę.
Jarosław Walkiewicz: – To był okres zawieruchy, niepokoju, krążyły już wtedy pogłoski, że naokoło mordowane są okoliczne wsie, że zdarzają się rzezie. Niemniej nikt w Starym Gaju nie spodziewał się, że akurat ich to spotka. Stary Gaj był położony w dolince, wokół była otwarta przestrzeń. Stryj dobrze widział wszystkich Ukraińców, nie było jednak żadnej możliwości ucieczki. Tych, którzy próbowali wymknąć się bandzie UPA, mordowano na polach. Stryj widział, jak mężczyzn wyprowadzano przed domy i zabijano, całe rodziny ginęły też w domach lub na podwórzach. Tak zamordowano także jego żonę, zięcia, córkę i ich dziecko.
W jaki sposób zostali zabici?
Jarosław Walkiewicz: – W większości Ukraińcy mordowali ich tym, co mieli pod ręką, choć na strzelnicy – jak się dowiedzieliśmy – zabezpieczono podczas ekshumacji także łuski z pistoletu TT. Stryj relacjonował, że widział zamordowaną kobietę leżącą w swoim obejściu, a obok niemowlę, które z jej rąk stoczyło się na ziemię. Widział też, jak Ukraińcy wpadli do jego domu i wywlekli jego żonę, obcięli jej piersi, rozcięli brzuch i wyciągnęli wnętrzności. Umierała w męczarniach, stryj nie mógł jej w żaden sposób pomóc. Słyszał jej jęki i widział, jak strasznie okaleczona, umiera. Nikt nie spodziewał się, że tak bestialsko wszyscy zostaną zamordowani. Zginęły głównie dzieci, co jest najbardziej porażające. Również z naszej rodziny zamordowano zarówno kobiety w ciąży, jak i bardzo wiele małych dzieci, nawet niemowlęta.
Co się stało ze stryjem?
Jarosław Walkiewicz: – Przeleżał do rana w tej słomie. Następnego dnia około godz. 9.00 widział, jak Ukraińcy przyjechali drabiniastymi wozami do wioski po dobytek zamordowanych Polaków. Jeden z takich wozów, jadąc po słomie, mało co go nie przejechał. Wspominał, że trochę było go nawet widać, ale Ukraińcy go nie dostrzegli, bo zobaczyli uciekającego ze wsi przez pola człowieka. Znamy relację, że jeden młody chłopak ze Starego Gaju dostał bagnetem w oko i zakrwawiony uciekał. Zdołał wpaść do rodziny swoich sąsiadów Piskorskich, gdzie zobaczył zabitego sąsiada, jego żonę Antoninę, a przy niej siedzącą, jeszcze żywą około roczną ich córkę. Dzięki chwilowej nieuwadze Ukraińców stryj przeżył. Dopiero w nocy poszedł do swego domu, wziął chleb, spuścił uwiązanego skomlącego psa i poszedł w kierunku ukraińskiej wioski. Schował się w snopie zboża na polu, gdzie ukrywał się do piątku. Był tak wycieńczony, że w ogóle nie mógł się ruszać.
Jadwiga Walkiewicz: – Stracił najbliższych, było mu w pewnym momencie wszystko jedno, co się z nim stanie. Z bólu nie mógł nawet jeść chleba, który miał przy sobie. W środę zobaczył bardzo blisko siebie Ukraińca orzącego pługiem pole. Widział, jak Ukrainka przyniosła mu jedzenie w trojakach. Siedzieli nieopodal snopka, w którym się ukrywał, dodatkowo ich koń strącił jego wierzch i go jadł. Gdyby go tam zobaczyli, z pewnością by go zatłukli. Na szczęście tak się nie stało. Dwa dni później, w piątek, stryj zobaczył w pewnym momencie, jak inni Ukraińcy pracujący w pobliżu na polu rzucili pługi i zostawiwszy konie, zaczęli uciekać. Okazało się, że polem jechała polska partyzantka do Starego Gaju. Dzięki niej Józef Walkiewicz zdołał się uratować. Dziś wiem, że partyzantów zawiadomił chłopak, któremu bagnetem wykłuto oko. Z nimi – mimo że był ranny – wrócił do wioski.
Dotarli o kilka dni za późno, większość nie przeżyła. Jednak było z nimi na wozach kilka osób, które zdołały się ukryć. Pojechali ze stryjem na strzelnicę, gdzie w rowie rozpoznał ciało swojej córki przecięte piłą. Leżały tam też porzucone zakrwawione narzędzia zbrodni – siekiery, piły, kosy, motyki do kopania i widły.
Jarosław Walkiewicz: – Ciała od kilku dni leżały w upale, nieprzysypane ziemią, więc szybko się rozkładały. Stryj poznał córkę jedynie po włosach, miała charakterystyczne długie włosy zaplecione w warkocz. Po tym traumatycznym przeżyciu osiedlił się później w Kolonii Marysin w pobliżu Chełma, gdzie żył samotnie. Z kolei tato wrócił do Polski w 1945 r. i osiedlił się w Chełmie, ponieważ tutaj mieszkała jego jedyna krewna, o której wiedział. Do Starego Gaju nie dane mu było już nigdy wrócić i odwiedzić rodzinnych stron, mimo iż bardzo chciał tam pojechać. Zmarł we wrześniu 1990 r., do końca życia wierzył, że ktoś z rodziny jeszcze ocalał z rzezi.
Jadwiga Walkiewicz: – Z opowieści mamy wiem, że UPA mordowała także Polaków na peryferiach Kowla. Miałam wtedy 5 lat, mieszkaliśmy w Kowlu akurat koło koszar na ulicy Włodzimierskiej i widzieliśmy, jak uciekają polskie „niedobitki” z okolicznych wiosek. Mama widziała jadący wóz, na którym jechał mężczyzna z pięciorgiem dzieci. Gdy podjechał bliżej, powiedział jej: „Wiozę czworo własnych dzieci, a ten piąty chłopczyk ’przykleił’ się do mnie, błąkał się po lesie”. Okazało się, że pasł krowy, gdy jakaś Ukrainka podeszła do niego i powiedziała: „Dziecko, nie wracaj do wioski, bo tam wszystkich mordują. Uciekaj do lasu”. Mężczyzna zaciął konia i z pięciorgiem dzieci uciekał, bo nagle pojawiła się banda UPA, która zaczęła go gonić. Cudem przeżył ojciec chłopca, który go później odnalazł.
Jarosław Walkiewicz: – Tego samego dnia, co mieszkańcy Starego Gaju, wymordowani zostali Polacy mieszkający w przyległej wiosce o nazwie Sucha Łoza. Rzeź przeżyła m.in. dziewczynka Bronisława Rękawik, siostra cioteczna mojego ojca Edwarda Walkiewicza. Uciekała z domu przez pole z bratem Jankiem (11 lat), Ukraińcy do nich strzelali. Rozłączyli się i ukryli w snopkach zboża na polu. Osobno uciekł jej ojciec Józef Rękawik i matka wraz z drugim synem Wiesławem (9 lat). Oni także schowali się w snopkach. W nocy Wiesio i Janek sami wrócili do domu i schowali się na strychu, a rodzice, nie wiedząc o tym, szukali ich na polu i w okolicy. Dzieci te zostały potem odnalezione przez Ukraińców. Janek został zastrzelony, a Wiesio postrzelony w lewą rękę i ranny zakopany żywcem koło domu. Rodzice przeżyli. Bronisława Rękawik została znaleziona na polu przez dwóch Ukraińców; zgwałconą, wycieńczoną i porzuconą na polu zajęła się Ukrainka, żona Polaka, która powiadomiła jej rodziców. Ojciec zabrał ją do Kowla, stamtąd w 1944 r. uciekli do Chełma, a później do Deputycz i Marysina. Zmarła w 2001 roku.
Wiedzieli Państwo od początku, w którym miejscu Ukraińcy zakopali ciała mieszkańców wsi?
Jarosław Walkiewicz: – Tak. Stryj był nad rowem strzelniczym, do którego wrzucono ciała. Ta strzelnica była charakterystyczna, zachowały się jeszcze resztki jej wałów. Nieopodal stała murowana szkoła. W tej chwili nie ma tam nic, wszystko zostało rozebrane, łącznie z fundamentami szkoły, zrównane z ziemią. Dziś są tam jedynie pola i lasy i nic poza tym. Nie ma wsi, nie ma nazwy, jej położenie geograficzne można znaleźć jedynie dzięki starym mapom kartograficznym lub wojskowym.
W jaki sposób dowiedzieli się Państwo o ekshumacjach w Starym Gaju?
Danuta Murzyn: – Od kuzynki taty, która mieszka we Wrocławiu. Zadzwoniła do nas i powiedziała, że ma informacje od pana dr. Leona Popka z IPN, że w Starym Gaju rozpoczęły się prace archeologiczno-ekshumacyjne. Jestem też czytelniczką „Naszego Dziennika”, w którym przeczytałam również artykuł na ten temat. Gdyby nie te informacje, nic nie wiedzielibyśmy o ekshumacjach, bo o tych sprawach wciąż niestety zbyt mało się mówi.
Jarosław Walkiewicz: – Niestety, nasze państwo niewiele robi w tym kierunku, żeby utrwalać pamięć o Polakach zamordowanych na Wołyniu. Dopiero od niedawna zaczyna się to w jakiś sposób czynić, gdyż wcześniej nikt się tym nie zajmował. W międzyczasie poumierali jednak naoczni świadkowie. Taki pogrzeb jak ten to jedyna okazja, żeby rodziny mogły się spotkać i cokolwiek ustalić.
Danuta Murzyn: – Nasza wiedza jest niestety wciąż skąpa. Tym bardziej że tato nie chciał mówić o tym, co stało się tu w 1943 roku. Mam żal do siebie, że za mało z nim na ten temat rozmawiałam, że nie pytałam i dziś tak mało wiem. To był jednak przykry temat i tato niechętnie cokolwiek wspominał.
Byli Państwo w Sokólu i dawnym Starym Gaju pierwszy raz?
Jarosław Walkiewicz: – Przyjechaliśmy tutaj pierwszy raz towarzyszyć w ostatniej drodze naszych bliskich. Mama przyjechała tutaj po 70 latach. Mój ojciec, mimo że urodził się w Starym Gaju, niestety nie doczekał tej chwili, choć bardzo chciał tu przyjechać. Mówił, że na piechotę, z zamkniętymi oczami trafiłby do miejsca, gdzie mieszkał.
Jadwiga Walkiewicz: – Co wspaniałe, spotkaliśmy tu swoją rodzinę Zielińskich ze strony rodzonego brata mojego męża. Przez całe życie myśleli, że ten wraz ze swoją żoną przeżył rzeź i wyjechał gdzieś za granicę. Pisali do Czerwonego Krzyża, lecz nie uzyskali żadnych informacji. Dziś dowiedzieli się od nas, że Ukraińcy ich wtedy także zamordowali. Co ciekawe, ci Zielińscy mieszkają tak jak my w Chełmie, o czym też nie wiedzieliśmy. Mąż do śmierci nie wiedział, że w tym samym mieście żyje rodzina jego bratowej.
Jarosław Walkiewicz: – Mamy świadomość, że tu leży cała nasza rodzina. Trudno także wraca się po 70 latach w rodzinne strony. Tutaj też dopiero dowiedzieliśmy się o tym, że część zamordowanych w Starym Gaju osób została przez Ukraińców pochowana na cmentarzyku legionowym. Trzeba przyznać, że nie wszyscy Ukraińcy byli źle do Polaków nastawieni. Przecież znali się, chodzili do tej samej szkoły.
Dziękuję za rozmowę.

